Historia nie odnotowała dokładnej daty tego wydarzenia, ani nazwiska sprawcy. Wiemy tylko tyle, że na przełomie XIX i XX wieku gdzieś w dystrykcie Kanchapur w Nepalu niedoświadczony myśliwy popełnił błąd.
Próbował samotnie zabić tygrysa bengalskiego (Panthera tigris tigris).
Po pierwsze, było to świętokradztwo. Według wierzeń nepalskiego plemienia Tharu, każde polowanie na tygrysa należało poprzedzić rytualną ofiarą z kogutów i kozłów (Puja), aby pokazać szacunek dla leśnego bóstwa Ban Dhevi. Decyzja powinna być także pobłogosławiona przez szamana (gurau) święconym kielichem z rakshi. Takiego przedsięwzięcia w żadnym razie nie należało podejmować pochopnie. Inaczej narażano się na gniew bogów.
Po drugie, to nie było zadanie dla samotnego i niedoświadczonego łowcy. Tygrys (Panthera tigris) jest najpotężniejszym przedstawicielem rodziny kotowatych (Felidae) i jednym z największych drapieżników lądowych w ogóle. Big game – jak określają tego rodzaju zwierzęta Anglicy. Dorosłe samce mierzą regularnie 3 metry długości i mogą ważyć ponad 300 kilogramów.
A tygrys bengalski, jak sama łacińska nazwa wskazuje, to tygrys wśród tygrysów. Żyjący w naszej wyobraźni i niezatartym do dziś kulturowym przekazie. Tygrys indyjskich maharadżów, Rudyarda Kiplinga i Williama Blake’a – „Tygrys, tygrys w puszczach nocy / Świeci blaskiem pełnym mocy. / Czyj wzrok, czyja dłoń przelała / Grozę tę w symetrię ciała?”. Mityczny tygrys, którego hinduska bogini Durga dosiadała w walce przeciw demonom.
Być może niecierpliwy myśliwy chciał być jak ci biali Sahibowie, o których tyle słyszał. Spróbował już ich ginu i papierosów, przeszmuglowanych przez granicę z Indiami i spodobały mu się rzeczy, które mógłby od nich kupić za łowieckie trofeum. Za skórę z tygrysa mógłby także urządzić sobie prawdziwe gospodarstwo, poza wilgotnym lasem i rozpadającą się lepianką rodziców. Kupić muły i zacząć pracować na swoim. Tak czy inaczej, myśliwy ten najwyraźniej nie postrzegał tygrysa jako leśnego ducha, władcy dżungli utrzymującego równowagę w świecie przyrody. Widział go jako zdobycz i źródło łatwego zarobku.
I przez to zachował się nierozważnie.
Można założyć, że ruszył do dżungli sam, ze starą strzelbą ładowaną przez lufę na ramieniu i prowadząc za sobą na sznurze młodego kozła. W miejscu, gdzie słyszał o ostatnich atakach tygrysa na zwierzęta gospodarskie zbudował na drzewie niewielkie stanowisko (mechan). Przywiązał kozła do drzewa jako przynętę. I czekał.
Mijały godziny. Czekanie dłużyło się. Wkrótce ekscytacja przerodziła się w nudę. Przyszedł wieczór, a kozioł wciąż tam stał, spokojnie żując trawę. Być może tygrys nigdy jednak nie przyjdzie.
Tygrys przyszedł. Zaatakował znienacka z szybkością i siłą, jakiej młody myśliwy nigdy dotąd nie widział. W jednej sekundzie kozioł już nie żył. Tygrys – a w mówiąc precyzyjnie: samica tygrysa, za którą szły dwa małe szczenięta – był ogromny. Znacznie większy niż wyobrażał to sobie niedoświadczony łowca. Nagle zabicie go przestało wydawać się zadaniem do udźwignięcia.
Ale, pomimo paniki, myśliwy jednak spróbował. Tygrys usłyszał go jednak, gdy drążącymi rękami niezgrabnie podnosił strzelbę do strzału i błyskawicznie się wycofał. Strzał był niedobry, kula nie trafiła w tułów, nie uszkodziła żadnego z ważnych organów. Ale jednak ranił – tygrys został trafiony w pysk. Nie śmiertelnie. Ryk, który niedoszły łowca usłyszał w odpowiedzi – gardłowy i przeszywający – był najwyższym wyrazem furii.
Przerażony człowiek pobiegł z powrotem do wioski. Nie zdając sobie sprawy, że tego dnia obudził potwora.
Tak narodził się jeden z pierwszych, największych i najbardziej znanych zwierzęcych zabójców w historii. Tygrys z Champawat (Champawat Tiger), zwany też Ludojadem z Champawat (Man-Eater of Champawat).
Przez kolejną dekadę miał on nie tylko polować na ludzi i atakować ich w imię łowieckiego instynktu (a może gniewu bogów lasu), ale także – z przyczyn, które miały źródło w nieudanym ataku na niego, a stały jasne dopiero później – jeść ich mięso.
Przez lata był nieuchwytny – skutecznie unikał myśliwych, tropicieli i łowców nagród, a nawet całego regimentu nepalskich Gurkhów. A jeśli jego misją faktycznie była zemsta przeciw ludziom, to był w niej niezwykle efektywny. Oficjalnie zabił w ciągu swojego życia 436 osób. Zapisując na kartach historii jedną z najbardziej przejmujących opowieści z gatunku „człowiek przeciw dzikiej naturze” – taką, która jeży włosy na głowie i nie pozwala zasnąć opowiedziana czy ognisku.
Ale jest to także, a może przede wszystkim, opowieść o tym, jak zmienił się świat pomiędzy XIX i XX wiekiem i jak ludzkość zaczęła coraz bardziej wypychać zwierzęta z ich naturalnych siedlisk i w sposób nieprzemyślany i rabunkowy redukować ich habitaty. Zmuszając je tym samym do walki o przetrwanie.
Zacznijmy od kilku faktów. W normalnych warunkach tygrysy nie atakują, a tym bardziej nie jedzą ludzi. Jak większość zwierząt mają wpojony przez lata koegzystencji z nami instynktowny lęk przed istotami dwunożnymi, które mogą nosić groźną broń lub miotać pociski. W większości przypadków tygrys po prostu wycofa się przed konfrontacją z człowiekiem. A tygrysy gdy chcą, są nieuchwytne. Człowiek mógł spędzić całe życie na terenach zamieszkanych przez nie – nawet w czasach, gdy w rejonie subkontynentu indyjskiego żyło ponad 100 tysięcy tygrysów – i nigdy nie spotkać nawet jednego z nich.
Jeśli chodzi z kolei o szerszą biologię, to tygrysy są ważnymi drapieżnikami Alfa (Apex-predators), zwanymi również drapieżnikami szczytowymi. Znajdują się, jak sama nazwa wskazuje, na szczycie łańcucha pokarmowego, nie mając same naturalnych wrogów. W obu kwestiach pomijając oczywiście nas samych. Mówiąc fachowo – okupują najwyższy poziom troficzny w swoim ekosystemie, który składa się z łańcucha powiązanych ze sobą organizmów – od producentów (zwykle roślin), przez kilka szczebli konsumentów (zwierząt roślinożernych i mięsożernych), aż po rozkładających i konsumujących ich resztki reducentów. Każdy z nich jest potrzebny. A drapieżnik Alfa, powodujący ciągłe zagrożenie i wywierający zdrową presję na wszystkich pozostałych, jest potrzebny szczególnie.
Rola takich drapieżników jest dla utrzymania delikatnej równowagi biologicznej nie do przecenienia. Ich obecność reguluje liczbę zwierząt roślinożernych, co wpływa bezpośrednio na rozwój i rodzaj występującej w danym regionie roślinności. Wpływa także – a to, jak zaraz sobie powiemy bardzo ważne – na liczbę mniejszych drapieżników (mesopredators), którymi drapieżniki wyższego rzędu także mogą się żywić lub po prostu ostro rywalizować z nimi o pożywienie. Usunięcie jednego drapieżnika, czy wprowadzenie nowego powoduje nierzadko dramatyczną, kaskadową zmianę w ekosystemie.
Aby uzmysłowić sobie, co może się stać w wyniku zaszkodzenia interesom drapieżnika szczytowego, przywołajmy funkcjonujące w biologii pojęcie „uwolnienia drapieżnika średniego poziomu” (mesopredator release). Jeśli w danym środowisku zabraknie dużego drapieżnika Alfa, najczęściej w wyniku działania człowieka, prowadzi to do natychmiastowego wzrostu liczebności drapieżników średniego szczebla, które z kolei szybko usuwają ze środowiska zwierzęta znajdujące się niżej w hierarchii – nierzadko doprowadzając do ich wyginięcia, szczególnie w zamkniętych ekosystemach (jak na przykład wyspy). Różnorodność biologiczna zostaje natychmiast zaburzona, a cały lokalny ekosystem może ulec zagładzie.
Często powoływanym przykładem jest spadek liczebności drapieżników Alfa – pumy płowej (Puma concolor) oraz wilków szarych (Canis lupus) w Ameryce Północnej w XX wieku, w wyniku zbyt intensywnej gospodarki leśnej, rozwoju rolnictwa i hodowli i tępienia tych zwierząt przez ludzi. Prowadziło to do nieproporcjonalnego wzrostu populacji kojotów (Canis latrans), lisów (Vulpes vulpes) czy szopów (Procyon lotor), które z kolei wywierały zbyt dużą presję na mniejsze zwierzęta, prowadząc do znacznej redukcji ich populacji i bezpowrotnego wyginięcia wielu gatunków – na przykład ptaków.
Podobne zjawisko obserwowano w Afryce, gdzie ograniczenie liczebności lampartów (Panthera pardus) doprowadziło do niekontrolowanego wzrostu liczby małp, jak pawiany (Papio sphinx), które wchodzą w nierzadko agresywne konflikty z ludźmi.
Ta sama historia dotyczy wpływu przemysłu wielorybniczego na morski ekosystem. Intensywne polowania na kaszaloty (Physeter macrocephalus), które opisuję we wpisie „Polowanie na Lewiatana”, przyczyniły się w ciągu ostatnich 150 lat do ogromnego wzrostu liczebności drapieżnych bezkręgowców, na które ssaki te polowały.
Z naszego własnego podwórka znamy na szczęście także proces odwrotny – przywrócenie obecności wilków powoduje natychmiastową zmianę zachowań dużych roślinożerców – jak łosie, jelenie i sarny, które zaczynają unikać otwartych przestrzeni, a miejscu, gdzie wcześniej intensywnie żerowały, zaczyna odradzać się bujna roślinność.
Na przełomie XIX i XX wieku na terenie dzisiejszego Nepalu i Indii zaszły właśnie zmiany takiego kalibru, które spowodowały dramatyczny wpływ na istniejący w tym miejscu od tysięcy lat ekosystem. Brytyjczycy w Zjednoczonych Prowincjach (United Provinces of British India) w dolinie górnego Gangesu oraz dynastia Rana w zachodnim Nepalu doprowadzili wspólnie – poprzez niekontrolowane wycinanie drzew, nieharmonijną politykę rolniczą oraz rabunkowe łowiectwo – do ekologicznej katastrofy. W wyniku wycinania lasów, odbierania terenów łowieckich i zabijania zwierzyny łownej, na tygrysy – drapieżniki na szczycie hierarchii – została wywarta presja o takiej magnitudzie, że musiała ona znaleźć tragiczne ujście. Opowieść o Tygrysie z Champawat dobrze to ilustruje.
Tygrys jest zwierzęciem terytorialnym. Samce zajmują terytoria o powierzchni conajmniej 100 km² – więcej niż może zapewnić przeciętny rezerwat. Samice – niewiele mniejsze. I obie grupy zaciekle ich bronią. Tygrysy, w przeciwieństwie do lwów, nigdy nie nauczyły się, że kooperacja stadna może przynieść jakiekolwiek korzyści. Kiedy znajdą odpowiednie dla siebie terytorium, to wyjąwszy okres godowy i wychowania młodych są bardzo niechętne, aby się nim z kimkolwiek dzielić. Pozostają samotnikami.
Krótko mówiąc, tygrysy walczą o swój teren zębami i pazurami. Kto przegra walkę musi odejść. A jeśli nie ma już gdzie odejść, musi prędzej czy później zaryzykować i wyjść z cienia. I spotkać się na otwartej przestrzeni z człowiekiem, którego normalnie unika. A w konfrontacji jeden na jednego nie mamy z tygrysem większych szans.
Być zaatakowanym przez tygrysa to najczęściej paść ofiarą jego samoobrony. Jeśli tygrysia matka zostanie zaskoczona ze szczeniętami lub ranny tygrys zostanie zapędzony do narożnika – zaatakuje. Jak wygląda atak tygrysa? Dobre wyobrażenie daje dostępny w Internecie film, który dokumentuje takie zdarzenie w Parku Narodowym Kaziranga w 2004 roku. Uzbrojeni strażnicy parku jadą na słoniach w poszukiwaniu osobnika, który zapuścił się poza granice rezerwatu i zaczął polować na bydło. Tropiony tygrys pojawia się nagle, niewiadomo skąd i z niezwykłą szybkością i siłą wyskakuje na wysokość głowy słonia (czyli 3 metry w górę) i potężnym ciosem rani jednego z prześladowców, urywając mu trzy palce.
Drugi przypadek – to stać się zwierzyną łowną. To może z kolei zdarzyć się tylko wówczas, gdy tygrys zostanie z jakiegoś powodu zmuszony, aby pokonać swój wrodzony strach przed ludźmi. Takim powodem może być, jak już stwierdziliśmy, utrata terytorium. A istnieje oczywiście różnica między tym, co tygrys na co dzień robi, a do czego jest zdolny, jeśli zostanie do tego zmuszony. Na przykład gdy jest dodatkowo chory lub okaleczony.
Główna broń tygrysa to kły długie na na ponad 7 centymetrów, które pozwalają mu skutecznie polować na zwierzęta nawet pięć razy cięższe od siebie – jak ważący półtora tony bawół Gaur (Bos gaurus), największy przedstawiciel dzikiego bydła na świecie. Wyobraź sobie, jakiej siły potrzeba, aby powalić tak umięśnione i masywne zwierzę. Podpowiedzieć należy, że siła szczęk tygrysa to około tysiąc funtów na cal kwadratowy (73 kg na cm2). Czyli 4-krotnie większa niż u najsilniejszego Pit Bull Terriera. Utrata, czy uszkodzenie zębów jest zatem najpoważniejszą kontuzją, jaka może spotkać tygrysa.
Czyli określiliśmy już krąg potencjalnych sprawców – utrata terenu łowieckiego, zabijanie naturalnych ofiar tygrysów, okaleczenie lub wrodzona wada osobnicza. Wszystkie te elementy pozostają – jak się zaraz przekonamy – aktualne w historii Tygrysa z Champawat. I wyjaśniają, czemu on – i wielu jemu podobnych – stało się w XIX i XX wieku zdeklarowanymi ludojadami.
Tygrysy mają długą historię. Pochodzą od niewielkich zwierząt przypominających dzisiejsze łasice – tzw. Miacidae, żyjących w lasach Europy i Azji już 62 miliony lat temu. Około 20 milionów lat temu część z nich wyewoluowała w kierunku dzisiejszych psowatych (Canidae), a część w kotowate (Felidae). W tym kontekście dobra, choć nieco szorstka komitywa, w jakiej nierzadko żyją udomowione psy i koty nie powinna dziwić – mają w końcu wspólnych przodków.
Kotowate dzieliły się na pantery (Pantherinae), koty (Felinae) i wymarłe już machajrodony (Machirodontinae). O tych trzecich na pewno jednak słyszałeś, a przynajmniej o ich najbardziej znanych przedstawicielach – Smilodonach, które ważyły 400 kilogramów, ich przypominające szable zęby miały do 30 centymetrów długości i które były w stanie upolować mamuta. Około 10 tysięcy lat temu większość megafauny, w tym mamuty właśnie, została niestety przetrzebiona przez człowieka, a wraz z nimi wyginęły także żywiące się nią drapieżniki. Tak wskutek działalności człowieka wyginął mityczny tygrys szablozębny. I nie był ostatni.
Dzisiejsze tygrysy od zawsze mieszkały w Azji, gdzie pojawiły się po raz pierwszy około 2 milionów lat temu i wkrótce żyło ich tam co najmniej kilkaset tysięcy. Do czasu pojawienia się człowieka – szczególnie białego człowieka.
Aż trzy gatunki – tygrys balijski (Panthera tigris balica), tygrys jawajski (Panthera tigris sondaica) i tygrys kaspijski (Panthera tigris virgata) wyginęły w samym tylko XX wieku – w wyniku niszczenia ich środowiska naturalnego i polowania na nie lub na dużą zwierzynę, będącą ich głównym źródłem pożywienia.
Tygrys syberyjski lub amurski (anthera tigris altaica), uważamy za największego przedstawiciela gatunku, był już bardzo bliski wyginięcia. W latach 40-tych XX wieku liczebność tych tygrysów zmniejszyła się do zaledwie 20-30 sztuk. Obecnie populacja odradza się, choć usunięcie z puli genetycznej największych osobników, na które polowano jako łowieckie trofea, przyczyniła się do trwałego spadku ich wielkości.
A jeśli chodzi o króla tygrysów, czyli tygrysa bengalskiego, to kiedy pod koniec XIX wieku Rudyard Kipling pisał „Księgę Dżungli” (The Jungle Book) w Indiach żyło ich około 100 tysięcy. W 1971 roku, kiedy podjęto pierwsze poważne kroki w celu ich ochrony, ich liczebność spadła już do zaledwie 1.800 osobników. Oznacza to spadek populacji o ponad 98 procent.
Polowania na tygrysy były ulubioną rozrywką kolonialnych władz Indii – miały podkreślać siłę Imperium, jego bogactwo i maczyzm jego elit. Ich wzorem szli zafascynowani białymi Sahibami lokalni maharadżowie oraz dynastia Rana w Nepalu. Obławy liczyły nierzadko 30, a nawet 40 słoni. To nie była równa walka. Szacuje się, że w latach 1875-1925 zabito w ten sposób w Indiach i Nepalu ponad 80 tysięcy tygrysów.
Niektóre nazwiska łowców i ich „osiągnięć” są znane. William Rice zabił 158 tygrysów w 4 lata. Pułkownik Geoffrey Nightingale – ponad 300. A George Yule, zapalony myśliwy z połowy XIX wieku, przestał liczyć przy 400. Król Jerzy V, dziadek obecnie panującej w Wielkiej Brytanii Elżbiety II, świętując swą koronację w 1911 roku zabił w Indiach 39 tygrysów w 10 dni. A do tego 18 nosorożców i 4 niedźwiedzie. To było jak sport dla prominentów. Krwawy sport. Big-game hunt.
Zabicie tygrysa było także tradycyjnie ważnym rytuałem przejścia w dorosłość dla młodych hinduskich książąt (bagh shikar), choć nie była to uroczystość na tyle częsta, aby dorównać przemysłowo-sportowemu zacięciu Brytyjczyków. Niektórzy lokalni arystokraci szli jednak dalej i z duchem czasów – maharadża Umed Singh II kazał na przykład zmodyfikować swojego czerwonego Rolls-Royce’a Phantom’a z 1925 roku do celów safari i łowów na tygrysy – w tym wyposażyć go w wielki szperacz i karabin maszynowy.
Największy upolowany okaz tygrysa bengalskiego z odmiany zwanej królewską (Royal Bengal tiger) ważył prawie 860 funtów (390 kg), mierzył 11 stóp (330 cm), a na swoją ostatnią kolację spożył dorosłego woła domowego (Bubalus bubalis), którego zaciągnął do lasu wraz z 80 funtowym głazem, do którego nieszczęsne zwierze było przywiązane. Zobaczycie go dziś w Museum Historii Naturalnej (Smithsonian National Museum of Natural History) w Waszyngtonie.
Tygrysy to niezwykłe zwierzęta i dopóki istnieją pozostają bardzo szybkie, bardzo zwinne, bardzo silne i bardzo inteligentne. Tygrys bengalski w krótkim sprincie rozwija prędkość 40 mil na godzinę (65 km/h) – trzy razy większa niż przeciętny człowiek i niemal równą prędkości konia wyścigowego.
Nie uciekniesz tygrysowi i nie ukryjesz się przed nim. Znany jest przypadek z ZOO w San Francisco, gdzie drażniony przez nietrzeźwych gości tygrys najpierw gładko pokonał skokiem 11 metrową fosę, po czym w furii skoczył w górę na szczyt 4-metrowego ogrodzenia dotkliwie raniąc swoich prześladowców. A był to tylko tygrys żyjący w niewoli, który co najmniej odwykł od siłowego polowania. Wyobraź sobie wynik spotkania z dzikim okazem w najwyższej bojowej formie.
A co do inteligencji – znane są przykłady udawania przez tygrysy odgłosów wydawanych przez inne zwierzęta w celu ich zwabienia. Tygrys jest zatem maszyną do zabijania, rezultatem milionów lat ewolucji.
Tygrys jest oczywiście mięsożerny – zjada ponad 20 kilogramów mięsa na jedno posiedzenie. A kiedy jest głodny pożywi się wszystkim. Poza dużymi roślinożercami zapoluje także na inne drapieżniki – jak wilki, a nawet na imponujące gady, jak potężne krokodyle różańcowe (Crocodylus porosus), czy pytony (nomen omen) tygrysie (Python molurus). Tygrysy polują nawet na leopardy hinduskie (Panthera pardus fusca) – inne regionalne wielkie koty, które są przecież pierwszorzędnymi drapieżnikami same w sobie. Nawet słonie (Elephas maximus) i nosorożce indyjskie (Rhinoceros unicornis), które generalnie nie mają naturalnych wrogów mogą, jeśli są nieostrożne, stać się ich ofiarą. Nosorożec waży przy tym 3 tony, a słoń nawet ponad 5.
Jeśli chodzi z kolei o polowania na ludzi, to badania wskazują, że ponad 60 procent udokumentowanych ataków tygrysów miało miejsce na obszarach, gdzie działalność człowieka przyczyniła się do zmniejszenia powierzchni lasów i dostępnej zwierzyny łownej. Nie zaskakuje nas to, prawda? I jak się okazuje schemat zdarzeń był niemal niezmienny – tygrys ludojad okazywał się drapieżnikiem ze zdewastowanego przez człowieka habitatu. I zawsze był w jakiś osób fizycznie ranny lub okaleczony.
Rozwiążmy zatem w końcu tę zagadkę – w wyniku opisanego tu nieudanego polowania Tygrys z Champawat stracił część zębów. W tym dwa ze swoich kluczowych kłów – po prawej stronie głowy. Nie mógł już efektywnie polować na dużą zwierzynę, ani bronić swojego terytorium przed innymi tygrysami. A to zmusiło go do podjęcia nadzwyczajnych środków, aby przeżyć. Musiał znaleźć swoje nowe terytorium łowieckie. I nową, może mniej kaloryczną, ale łatwiejszą zdobycz.
Możemy sobie wyobrazić, że głodny i okaleczony tygrys z Champawat natknął się na człowieka jeszcze w zielonych dolinach Nepalu (terai). Pierwsze spotkanie było zapewne przypadkowe. Ale jego wynik łatwy do przewidzenia.
Tygrys jeśli atakuje człowieka to tak, jakby atakował dziką zwierzynę. Podkrada się nisko przy ziemi. Atakuje z boku lub od tyłu, z ogłuszającym i paraliżującym rykiem. Tygrys, w zależności od wielkości ofiary, albo łamie jej kark, albo ją dusi. My, z racji swoich niewielkich rozmiarów, zaliczamy się do tej pierwszej kategorii. Pierwsza ludzka ofiara została zabita w ten sposób w 1898 lub 1899 roku
Głodny i bezdomny Tygrys z Champawat zabił zatem i zjadł swojego pierwszego człowieka i okazało się to bardzo proste. Niewyobrażalnie wręcz proste, mając na uwadze okaleczenie, które ostatnio tak bardzo utrudniało mu życie. W inteligentnej głowie tygrysa musiała pojawić się wówczas przełomowa myśl. I odtąd zamieszkane przez ludzi wioski na obszarze terai, a potem okolice miasta Champawat przestały już być miejscem, którego należało się bać. Stały się terenem łowieckim
Tygrys z Champawat zabił 200 osób w Nepalu i kolejnych 236 w Indiach. Według obrazowego porównania, które pada w doskonałej książce Dane Huckelbridge – No Beast so Fierce: The Terrifying True Story of the Champawat Tiger, the Deadliest Animal in History (brak polskiego wydania) – to tak, jakby jeden Tygrys z Champawat zjadł całą koszykarską ligę NBA. Istnieją oczywiście dyskusje, czy liczba ta jest prawdziwa. Jednak taką właśnie podaje drugi bohater naszej historii – Jim Corbett, jako potwierdzoną urzędowo przez brytyjskie władze kolonialne.
Bezduszna matematyka zdaje się zresztą przemawiać na korzyść wiarygodności tej historii. Tygrys musi zjeść około 60 kilogramów mięsa tygodniowo, aby przeżyć. Jeden człowiek o tej masie w ciągu tygodnia dałby 52 osoby rocznie i około 416 do 468 w okresie 8-9 lat, kiedy tygrys ten terroryzował region. Nie jest to zatem historia pozbawiona prawdopodobieństwa. I nie była jedyną podobną na przestrzeni dziejów.
Już w XII wieku na terenie Anglii dochodziło do ataków wilków na ludzi w wyniku wycinania lasów, w tym legendarnego Lasu Sherwood. W XVI wieku w Szkocji wilki stały się tak agresywne wobec ludzi i zwierząt gospodarskich, że wzdłuż dróg budowano w regularnych odstępach schronienia dla podróżnych. Głodne wilki w desperacji wykopywały nawet zmarłych z grobów.
W latach 1764-1767 we Francji grasował wilk albo, jak twierdzą niektórzy, krzyżówka wilka z psem, czy nawet ogromna, sprowadzona tu afrykańska hiena (nie wiemy do dziś dokładnie, co każe zaliczyć tego osobnika do tzw. kryptyd) – znany jako „Bestia z Gévaudan” (La bête du Gévaudan). Zabił 113 osób, zanim został wytropiony i położony martwym przez lokalnego myśliwego Jean Chastela. Francuski film z 2001 roku Braterstwo wilków” (Le Pacte des loups) sugeruje, że za atakami wytresowanego zwierzęcia stał spisek miejscowych prominentów. Teorii spiskowych wokół tych wydarzeń, z uwagi na ich niewyjaśnionych charakter, jest zresztą wyjątkowo dużo.
Drugi przypadek jest bardziej jednoznaczny i również doczekał się filmowej ekranizacji. W 1898 roku dwa bezgrzywe samce lwów, znane jako „Lwy z Tsavo”, zabiły w krótkim czasie 135 robotników pracujących przy budowie mostu kolejowego w Kenii. Opisane w książce inżyniera tej budowy Johna Henry’ego Pattersona – „Ludojady z Tsavo” (The Man-Eaters of Tsavo) stały się później bohaterami filmu z 1996 roku „Duch i Mrok”(The Ghost and the Darkness). Obecnie ich wypchane ciała stanowią główną atrakcję Muzeum Historii Naturalnej w Chicago (Field Museum). Jeden z nich miał uszkodzone zęby, co stanowi dla nas znajomy schemat.
Warto dodać, że do dziś odmiana bezgrzywych lwów żyjących w Kenii uchodzi za najbardziej niebezpieczną i odpowiadającą za zdecydowaną większość ataków na ludzi i ich udomowiony inwentarz. Brak grzyw ma jakoby świadczyć o wysokim poziomie testosteronu i związanej z tym agresji.
W 1916 roku wybrzeże New Jersey w USA terroryzował przez chwilę rekin – żarłacz biały (Carcharodon carcharias), który stał się potem inspiracją dla „Szczęk” (Jaws) Stevena Spielberga z 1975 roku. Zabił 4 osoby w dwa tygodnie, a jedną poważnie ranił. Był to także jeden ze znanych przykładów paniki rozprzestrzenianej za pośrednictwem prasy.
Podobno ogromny, stary i na pewno żyjący jeszcze do niedawna krokodyl nilowy (Crocodylus niloticus) o imieniu Gustaw (Gustave) z Burundi zabił w ciągu swojego życia 300 osób i do dziś pozostaje znanym postrachem okolicy, choć od paru lat go nie widziano. Być może pogłoski o jego śmierci są przedwczesne, ponieważ krokodyle potrafią przetrwać bez aktywności i jedzenia bardzo długo.
W każdej z tej historii mamy do czynienia ze zwierzęciem, które z jakiegoś powodu obraca się przeciw ludziom. Możemy nie być ulubionym daniem żadnego z nich, ale przychodzi moment, gdy zaczyna ono niebezpiecznie zwracać na nas uwagę i złowrogo łypać w naszą stronę. W końcu także jesteśmy zrobieni z jadalnego dla drapieżnika mięsa.
Kolonializm i eksploatacja natury miały, jak się rzekło, swoje tragiczne skutki. Być może to zły strzał przekształcił Tygrysa z Champawat w ludojada. Ale, jak wskazałem, równie dobrze była to rabunkowa gospodarka i ekologiczna katastrofa, jaką sprowadzono na ten region. A jeśli była to katastrofa, to w każdym aspekcie spowodowana przez ludzi.
I trzeba było również człowieka, aby historię Tygrysa z Champawat zakończyć.
Jim Corbett był łowcą, który w latach swojej świetności polował na duże zwierzęta ku uciesze swoich arystokratycznych, imperialnych sponsorów. Ale oddajmy mu sprawiedliwość – dużą część życia spędził także jako największy ambasador tygrysów i zwolennik ich sprawy. Jako syn pocztowca z Irlandii sam dobrze wiedział, co to znaczy żyć w kraju skolonizowanym – przez tych samych ludzi, dla których całe życie pracował. Nigdy nie stracił właściwej perspektywy. Do końca życia pozostał synem ziemi indyjskiej. I dzieckiem natury.
Corbett usłyszał po raz pierwszy o Tygrysie z Champawat w 1903 roku. Nie był jeszcze wówczas znanym tropicielem ludojadów i odznaczonym Członkiem Imperium Indyjskiego (Order of the Indian Empire). Był zwykłym pracownikiem indyjskiej kolei, drobnym urzędnikiem, sympatycznym i lubianym człowiekiem, który miał w sobie ciekawość odkrywcy. Ale w lesie, jako łowca, zawsze był niezrównany. Przez całe życie gromadził wiedzę na temat zwierząt, ich zwyczajów oraz technik łowieckich. Już jako młody człowiek spędził wiele dni podróżując przez dżunglę, śpiąc pod gołym niebem, obserwując zwierzęta i rozmawiając z lokalnymi ludźmi. Instynktownie zdawał sobie sprawę, jak ważne są tygrysy dla utrzymania biologicznej równowagi. A opowieść o Tygrysie z Champawat pozostaje przecież historią o tym, jak deforestacja, industrializacja i kolonizacja mogą zaburzyć delikatną równowagę ekosystemu. I jakie tragiczne skutki mogą z tego wyniknąć. Corbett to wszystko przeczuwał i przyszedł czas, gdy wrócił do tej myśli.
Jim Corbett nigdy nie chciał być identyfikowany z polowaniami dla sportu, w którym lubowała się brytyjska arystokracja. Ani z polowaniem dla trofeów, w czym celowali Hindusi. Najtrafniej byłoby chyba powiedzieć, że Corbett widział polowanie na tygrysa jak swego rodzaju misję. To, co Rudyard Kipling, nieodrodny syn tamtych czasów, określił jako „Brzemię Białego Człowieka” (The White Man’s Burden) – o czym wspomniałem we wpisie „50 mil drogi do imperium”. Była to misja białego Sahiba – obrony miejscowych ludzi przed napadającą ich bestią. Ludzi, których często znał zresztą osobiście. Corbett miał też nieustanne poczucie obowiązku i z sumiennością, z jaką wykonywał swoją pracę urzędnika, miał wykonywać także pracę łowcy na zlecenie.
A pierwszym jego dużym zleceniem był właśnie Tygrys z Champawat.
Jim Corbett zabił Tygrysa ludojada z Champawat w 1907 roku – po tym, jak zabił on 16-letnią dziewczynę z wioski Fungar, niedaleko miasta, od którego wziął swoją nazwę – Champawat. Tygrys zostawił w lesie krwawy ślad, którym łowca mógł podążyć tropiąc go. W pierwszym, samotnym starciu musiał jeszcze uciekać przed tygrysem. Ale w drugim podejściu, wykonanym we współpracy z miejscowymi mężczyznami, odniósł sukces. To nie była krótka i łatwa walka – Corbett strzelał celnie, choć nieskutecznie, dwa razy i musiał następnie pomagać sobie drugą bronią – starą ładowaną od lufy strzelbą, aby zatrzymać szarżującą na niego tygrysicę. Bez szans na przeładowanie – czyli bez drugiej szansy. Bestia padła ostatecznie niecałe 6 metrów od niego. W gruncie rzeczy była to wyrównana walka twarzą w twarz.
I był to także moment, w którym rozpoczęła się wielka sława Jima Corbetta. Szczęście, jak się mawia, to w końcu okazja, która napotyka na przygotowanego (luck is what happens when preparation meets opportunity).
Faktem wartym podkreślenia jest, że przed Tygrysem z Champawat nie było w zasadzie znanych tygrysów ludojadów w Indiach. Po nim, w wyniku zdarzeń i okoliczności powołanych wyżej, przyszły jednak kolejne. I to na walce z nimi Jim Corbett zbudował swoją legendę. Miał być odtąd wzywany na pomoc, jak mityczny bohater i zabójca potworów, aby jako jedyny poradzić sobie z kolejnym drapieżnikiem terroryzującym okolicę. Jim Cornett rozwiązał łącznie 30 takich regionalnych problemów z tygrysami i leopardami, które były odpowiedzialnie łącznie za co najmniej 1.200 ludzkich ofiar.
Wymieńmy kilka z najbardziej znanych: Leopard z Panaru (Leopard of Panar), zabity w 1910 roku, miał być może na swoim koncie równie wiele ofiar, co Tygrys z Champawat. Leopard z Rudraprayag (Leopard of Rudraprayag) z 1926 roku zabił 125 osób. Następnie były jeszcze między innymi: Ludojad z Mohan (Mohan Man-Eater) z 1931 roku, Ludojad z Kanda (Kanda Man-Eater) z 1933 roku i Ludojad z Chuka (Chuka Man-Eater) z 1937 roku.
Jim Corbett, korzystając z rosnącej sławy, spisał następnie swoje wspomnienia i przygody w książce „Ludojady z Kumaonu” (Man-Eaters of Kumanom) z 1944 roku. Książka z miejsca stała się bestsellerem i była powszechnie chwalona za jakość historii i narracji. Jego kolejnym bestselerami były „Lampart ludojad z Rudraprayag” (The Man-eating Leopard of Ruraprayag), My India i Jungle Lore (brak polskich wydań).
I tak jak każdy sukces, także ten literacki nie przestawał zaskakiwać Corbetta – człowieka w gruncie rzeczy skromnego i nieśmiałego. Łowca Dżentelmen (Gentleman Hunter), jak go nazywano, z biedy swojego dzieciństwa, doszedł do wielkiej sławy i majątku. Sam uważał się natomiast za przypadkowego bohatera.
Ale najwyraźniej z biegiem lat sława zabójcy tygrysów coraz bardziej mu ciążyła. Kiedy zaczynał swoją karierę łowcy, na terenie Indii wciąż żyły dziesiątki tysięcy tygrysów. Kiedy natomiast w latach 30-tych XX wieku pisał do przyjaciela, pełen niepokoju odnotował, że obecnie ich liczba spadła do zaledwie kilku tysięcy. Sprawa wymagała działania. A działanie związane z naturą Corbett zawsze postrzegał jako swój obowiązek. Odtąd poświecił całą swoją energię, znajomosci i sławę dla ochrony tych dzikich zwierząt. Jeśli zabijanie ludojadów było jego powołaniem, to ochrona pozostałych miała być jego spuścizną. Najstarszy park narodowy w Indiach otwarto z jego inicjatywy w 1936 roku. Początkowo nosił nazwę Hailey National Park. Dziś to Park Narodowy Jima Corbetta.
Dalsze losy tygrysów to ciągłe ocieranie się o zagładę. W 1973 roku Indira Ghandi zainicjowała w Indiach tzw. Project Tiger, który do dziś pozostaje najbardziej kompleksowym w dziedzinie ochrony tygrysów. Utworzono 9 rezerwatów, zatrudniono strażników do ich ochrony i przesiedlono całe wioski poza ich obszar. Liczba tygrysów zaczęła szybko rosnąć, dochodząc do 4.000. Ale już w latach 80-tych XX wieku zaczęła ponownie spadać. Chińska moda na leki sporządzone z kości tygrysów doprowadziła do kolejnego kryzysu i plagi nielegalnych polowań na nie. Ich przyszłość pozostaje niepewna.
Natomiast zgodnie z ostatnim cenzusem sporządzonym przez World Wildlife Fund, światowa populacja tygrysów wzrosła z 3.200 w 2010 roku do 3.890 w 2o16 roku. Tygrysy bengalskie stanowią 70 procent z nich. Istnieją nawet duże parki narodowe, gdzie liczebność tygrysów wzrosła w ciągu kilku lat 5-krotnie. Determinacja i konkretne działania dają rezultaty. Jest nadzieja.
W 1947 roku dekolonizacja Indii na dobre się rozpoczęła i Corbett musiał na stałe opuścić swój dom i swoją indyjską ojczyznę. Wyjechał do Kenii. Podobno nigdy nie przyzwyczaił się do nowego domu i miał osobliwy zwyczaj sypiać poza nim – w namiocie, blisko lasu.
Jim Corbett zmarł w 1955 roku. Do końca pozostał dzieckiem swoich czasów, człowiekiem z natury i w pewnym sensie, pomimo całej sławy i osiągnięć, outsiderem. Choć sławny i znany, zmarł daleko od swojego prawdziwego domu, wypędzony ze swego matecznika przez historyczne przemiany, których nie rozumiał i do których nie potrafił się przystosować.
Dokładnie tak samo, jak Tygrys z Champawat.