Nie myślimy o tym może na co dzień w ten sposób, ale żyjemy na planecie podwójnej.
Pierwszą jest Ziemia, to jasne. Ale nasz Księżyc (łac. Luna) to również księżyc pierwszoligowy i choć nie ma on w naszej percepcji rangi samodzielnej planety, to przynajmniej rozmiarem niewiele mu do niej brakuje.
Ustawmy go zatem dziś we właściwej perspektywie.
Deimos i Phobos – księżyce Marsa (planety o wielkości o połowę mniejszej od Ziemi), mają jedynie po około 10 kilometrów średnicy. Nasz Księżyc ma aż 3,7 tys. km – co odpowiada ponad 1/4 średnicy Ziemi. W Układzie Słonecznym tylko Pluton i jego księżyc Charon tworzą podobną, dobraną co do wielkości parę. Ale Pluton to sam w sobie mikrus, który w 2006 roku, po 76 latach od swojego odkrycia utracił status pełnoprawnej planety. A Charona nie zauważył nikt aż do 1978 roku.
Nasz Księżyc natomiast trudno przeoczyć. Podczas pełni jego tzw. „wielkość gwiazdowa” wynosi -12 mag (łac. magnitudo). To skala wymyślona jeszcze przez greckiego astronoma Hipparchosa z Nikei, w której różnica 5 „wielkości” odpowiada 100-krotnej różnicy jasności. Dla porównania: Słońce ma -26 mag, Wenus -4 mag, Jowisz -2,5 mag, a gołym okiem dostrzegamy gwiazdy o jakości około +6 mag. Chyba, że mamy naprawdę dobry wzrok, to mamy szansę dojrzeć do cyfry +7.
Księżyc widać zatem jak na dłoni i jest to charakterystyczny obraz. Czasem jest dyskiem (wypełnionym okręgiem), czasem jest sierpem. Paradoksalnie – kiedy z wyglądu jest sierpem to nadal w sensie faktycznym pozostaje dyskiem – dlatego popularne dziecięce rysunki, w których przez sierp Księżyca przezierają gwiazdy nie oddają rzeczywistości prawidłowo. Czasem wydaje się nam większy, szczególnie kiedy jest nisko nad horyzontem, ale trzeba pamiętać, że to tylko właściwe nam ludziom złudzenie optyczne – w naszej percepcji obiekty znajdujące się na wysokości wzroku zawsze wydają się większe niż te widziane nad nami. Zachodzące Słońce nie jest niestety większe niż to w zenicie – zapewniam Cię, więc nie sprawdzaj tego bez potrzeby.
Raz w roku Księżyc w pełni jest natomiast naprawdę większy, ponieważ znajduje się najbliżej Ziemi – to tzw. „superksiężyc” lub „superpełnia”. Jest wówczas 0 14 procent większy i świeci do 30 procent jaśniej niż normalnie. Jego orbita jest elipsą z – mówiąc naukowo – perygeum i apogeum (najbliższym i najdalszym punktem względem środka układu). I choć jego średnia odległość od Ziemi to ok. 383 tys. km, to potrafi on raz w roku podejść do nas na ok. 356 tys. km. Nie są to może liczby robiące wrażenie na użytkownikach starych samochodów, ale i tak odległość Księżyca od Ziemi służy często do obrazowania myślowych eksperymentów. Czy wiesz, że gdyby komórki twojego mózgu – neurony ułożyć jedna obok drugiej to sięgnęłyby do Księżyca?
Pełnia Księżyca, czyli faza, w której znajduje się po przeciwnej stronie Ziemi niż Słońce (mówiąc fachowo – długość ekliptyczna Księżyca i Słońca różnią się o 180 stopni) wypada normalnie raz w miesiącu kalendarzowym. Zdarza się, że w lutym nie wypada żadna pełnia. Zdarza się również, że pełnia Księżyca wypada dwa razy w miesiącu – zjawisko takie określa się mianem „niebieskiego księżyca”. W języku angielskim powiedzenie once in a blue moon oznacza zdarzenie bardzo rzadkie – ale tak naprawdę mówimy o czymś co przydarza się średnio co dwa i pół roku.
Przeciwną fazą Księżyca jest nów, kiedy znajduje się on pomiędzy Ziemią i Słońcem i pozostaje niewidoczny w jej cieniu.
Liczbę księżyców w Układzie Słonecznym określa się obecnie jako „co najmniej 173”. Mars, jak się rzekło, ma dwa. Merkury i Wenus są sierotami. Ziemia ma oczywiście jeden, ale wyjątkowy. Za to pozostałe cztery wielkie gazowe planety otacza już cała chmara – Jowisz ma 67 księżyców, Saturn 62, Uran 27, a Neptun 14.
Niektóre z nich to niezłe okazy – Tytan, księżyc Saturna, ma własną atmosferę i jest większy od Merkurego. Nasz Księżyc zajmuje natomiast pod względem wielkości zacne miejsce 5.
Księżycom nadaje się tradycyjnie nazwy zaczerpnięte z mitologii greckiej. Osobliwym wyjątkiem jest Uran. Niejaki John Herschel, syn Williama, odkrywcy tej planety, wybierając nazwy dla jej księżyców, sięgnął do literatury angielskiej. I tak już zostało – księżyce Urana noszą zatem imiona postaci z utworów Szekspira oraz Alexandra Pope’a. Jest wśród nich niewinna Desdemona, wrażliwa Ofelia, król elfów Oberon, błazen Trinkulo i inne, być może znane Ci, nieśmiertelne postacie.
Nasz Księżyc oczywiście także wyłamuje się tu z konwencji. Nie jest greckim bogiem lub mitycznym bohaterem, choć tak naprawdę posiada i takie związki. Grecką boginią księżycową była Selene i stąd podróżników na ten „Srebrny Glob”, jak również się go nazywa, określa się jako „selenonautów”, a przyszłych mieszkańców nazwiemy „selenitami”. Rzymską była natomiast Luna – od której wzięła się jego łacińska nazwa. W języku polskim etymologia słowa „księżyc” to natomiast „syn księcia” – w tym wypadku chodzi o Księżyc w nowiu jako dziecko odchodzącego, starego miesiąca. Przypomina nam to także, że „księżyc” był dla naszych przodków ważną miarą czasu. Stąd zresztą między innymi jego angielska nazwa Moon – od praindoeuropejskiego słowa mēnsis (miesiąc).
Księżyc to pozytywna, ale tajemnicza postać. Znamy na co dzień tylko jedno jego oblicze, nie ujawnia on przed nami swojej ciemnej (a mówiąc precyzyjnie – niewidocznej) strony. Znajduje się w stosunku do Ziemi w dobrze dobranej, synchronicznej rotacji – co oznacza, że możemy obserwować go tylko z jednej, widocznej strony. Jego obrót wokół własnej osi odpowiada czasowi obiegu wokół Ziemi (nieco ponad 27 dni). Ta mityczna „ciemna strona Księżyca” pozostaje dla ziemskiego obserwatora niewidoczna.
Stronę niewidoczną znamy natomiast ze zdjęć – po raz pierwszy sfotografowała ją radziecka sonda Łuna 3 w 1959 roku. Grupa Pink Floyd nagrała nieśmiertelny album The Dark Side of the Moon w 1973 roku. Na szczęście dla nas padające tam pesymistyczne stwierdzenie: There is no dark side of the Moon, really. As a matter of fact it’s all dark („Nie ma ciemnej strony Księżyca, w rzeczywistości jest cały ciemny”) to tylko artystyczna przenośnia. Ciemna strona jest zresztą w porównaniu z jasną niezwykle nieurozmaicona i nudna. Nie ma na co patrzeć. Księżyc pokazuje nam zatem wyłącznie tę właściwą.
Rola naszego Księżyca nie ogranicza się natomiast do wrażeń estetycznych. Pole grawitacyjne Księżyca stabilizuje naszą planetę, dzięki czemu obraca się ona z właściwą szybkością i pod właściwym kątem wobec Słońca. To jest waśnie ta „podwójna planeta”, od której zacząłem dzisiejsza opowieść. Stabilizuje ją zresztą z takim skutkiem, że nasza doba stale się wydłuża. Ale nie jest to dla Ciebie żadne usprawiedliwienie do prokrastynacji – mówimy tu o 2 tysięcznych sekundy na sto lat. Ciesz się zresztą, że tu jesteś i masz dzięki niemu sprawy do załatwienia – bez Księżyca z dużym prawdopodobieństwem nie byłoby życia na Ziemi. Żyjemy z nim w tandemie, który naprawdę warto docenić.
Jak dobrze wiemy, codzienne przypływy i odpływy morskie to także jego sprawka. W Zatoce Hudsona (Hudson Bay) w Ameryce Północnej wysokość pływów wywołanych przyciąganiem Księżyca sięga nawet 8 metrów. Potrafi on także, od czasu do czasu, wywołać spektakularny trik – zaćmienie Słońca. Zaćmienia Słońca, zwłaszcza te, w trakcie których dysk słoneczny zostaje całkowicie przesłonięty przez Księżyc, należą do najbardziej widowiskowych zjawisk przyrody. Najdłuższe mogą trwać ponad 7 minut, a w ich trakcie zapadają prawdziwie nocne ciemności. Zwierzęta wpadają w niepokój, zdezorientowane ptaki udają się na spoczynek, a na niebie w środku dnia pojawiają się gwiazdy. Ludzie potrafią podróżować przez pół świata aby zobaczyć to na własne oczy. A kiedyś dzięki przewidywaniu tego zjawiska można było zdobyć i utrzymać wielką władzę. A dzięki jego obserwacji potwierdzić tak wywrotowe – jak się początkowo wydawało – teorie, jak ogólna teoria względności Alberta Einsteina (tak, grawitacja naprawdę zakrzywia światło).
Obserwacje samego Księżyca, zwłaszcza jego pokrytej kraterami powierzchni, dawały do myślenia – również na temat skutków podobnych impaktów meteorytów, do których dochodziło na powierzchni Ziemi – czasem przecież z katastrofalnym skutkiem, o czym mogłyby zaświadczyć trylobity i dinozaury. Początkowo myślano, że są to w istocie wulkany – najwyraźniej trudno było się pogodzić z tym, że Księżyc jest martwy, również pod względem geologicznym. Powierzchnia Księżyca, pokryta kraterami i tzw. „morzami” księżycowymi (łac. maria) od zawsze fascynowała – jest przy tym pewną ironią, że jego widoczna powierzchnia jest obecnie znana, zbadana i opisana lepiej, niż głębie naszych Ziemskich oceanów.
Księżyc nie jest przy tym oczywiście zbudowany z sera, ale ze skał i całkiem znajomych pierwiastków. Ale niektóre z nich, jak rzadki izotop helu (hel-3) być może w przyszłości zrewolucjonizują naszą energetykę, bo są idealnym paliwem do jądrowej fuzji.
Ale skąd on się w ogóle wziął, ten Księżyc? Krótko mówiąc – nie wiemy na pewno. Wczesne teorie sugerowały, że Ziemia przechwyciła go kiedy przelatywał nieopodal w czasie formowania się Układu Słonecznego. Obecnie dominuje natomiast śmiały pogląd, że około 4,5 miliarda lat temu, we wszechobecnym bałaganie w formującą się Ziemię uderzył obiekt wielkości Marsa, wyrzucając w kosmos ogromną ilość materii, z której powoli utworzył się nasz wierny towarzysz. Jest zatem nie tyle partnerem, ale dosłownym synem Ziemi – kość z kości.
Jest z nami od zawsze wiec jest także stale obecny w naszych wyobrażeniach, wierzeniach i naszej sztuce. Najstarsze znane wizerunki Księżyca mają ponad 3.000 lat. Po raz pierwszy w sztuce nowoczesnej pojawia się z kolei na obrazach „Ukrzyżowanie i Sąd Ostateczny” Jana van Eycka z 1430 roku. A po raz pierwszy w sposób naukowy, na podstawie obserwacji teleskopowych, został zilustrowany przez Galileusza (Galileo Galilei) w 1609 roku. Polski astronom Jan Heweliusz (Johannes Hevelius) ma na nim w uznaniu swoich zasług nawet krater swojego imienia. Podobnie jak ten, który jako pierwszy dostrzegł ruch większej partnerki tego planetarnego układu – Mikołaj Kopernik (Nicolaus Copernicus). A pierwszy na Księżycu, przynajmniej tak się mówi, był także Polak – Pan Twardowski. Byli w naszej kulturze także i tacy niezapomniani nicponie, którzy próbowali go ukraść.
W pięknie Księżyca jest także, przyznacie to sami, coś niepokojącego. Wilki wyją do niego, niektórzy ludzie przemieniają się przy nim w wilkołaki, a wszyscy na pewno gorzej śpią przy jego świetle. Być może jest to jakiś pierwotny atawizm, który chroni nas w momencie, gdy moglibyśmy być zbyt widoczni dla drapieżników. Inspiracja słowa „luna” w lunatykowaniu jest oczywista. Podobnie jak w angielskim słowie lunatic (wariat). Księżyc w nowiu znika także w niepokojący sposób na 3 dni – co w wielu wierzeniach kojarzono ze śmiercią lub cyklicznym przejściem dusz do krainy umarłych.
O prawdziwej podróży na Księżyc także marzono od zawsze. W 1865 roku wczesną wizję takiej wyprawy snuł Juliusz Verne w książce „Z Ziemi na Księżyc” (De la Terre à la Lune), zaskakująco trafnie przewidując wiele prawdziwych elementów takiego lotu. Na podstawie książki nakręcono później francuski film niemy z 1902 roku „Podróż na Księżyc” (Le Voyage dans la Lune), w którym przedstawiona jest charakterystyczna scena trafienia statku kosmicznego w oko na fikcyjnej twarzy Księżyca. „Fly me to the Moon„ to tytuł amerykańskiego muzycznego klasyku, wykonywanego we wpadającej w ucho wersji przez samego Franka Sinatrę. Znacie też zapewne „Pana Soczewkę na Księżycu” Jana Brzechwy.
Pierwszą sondą naprawdę wystrzeloną w kierunku Księżyca była radziecka Łuna 1. Była to jednocześnie pierwsza zbudowana przez człowieka maszyna, której nadano tzw. „drugą prędkość kosmiczną” – pozwalającą wydostać się z pola grawitacyjnego ziemi w drodze „do gwiazd”. Wystrzelona 2 stycznia 1959 roku nie dotarła co prawda do celu w wyniku błędów nawigacyjnych, ale już jej następczyni Łuna 2 wylądowała „z hukiem” – wybijając 13 września 1959 roku z impetem dziurę w powierzchni Księżyca. Okolicznościowe fanty wiezione przez nią z ZSRR prawdopodobnie przy tym wyparowały, więc Nikita Chruszczow nie omieszkał wręczyć Dwightowi Eisenhowerowi ich wiernych kopii. Trwał już kosmiczny wyścig.
W czasie, gdy Rosjanie umieszczali na orbicie Sputnika (4 października 1957 roku), psa Łajkę (3 listopada 1957 roku), a w końcu pierwszego człowieka – Jurija Gagarina (12 kwietnia 1961 roku), Amerykanie mieli problem z poprawnym oderwaniem rakiety od Ziemi. Ale uczyli się i nadrabiali braki szybko – więcej przeczytasz o tym we wpisie „Gdzie Pan znowu leci, Senatorze”.
Pierwsze prawdziwe „miękkie” lądowanie na Księżycu było jeszcze dziełem radzieckiej sondy Łuna 9 (3 lutego 1966 roku), która przesłała także na Ziemię pierwsze zdjęcia jego powierzchni. Obecności kosmitów nie stwierdzono, co zwolenników sięgających XIX wieku i wiecznie żywych teorii spiskowych (zwanych zbiorczo jako Great Moon Hoax) na pewno rozczarowało.
Pierwszy człowiek, który oficjalnie postawił stopę na Księżycu był już natomiast Amerykaninem. Śmiały plan lądowania człowieka na Księżycu przed końcem lat 60-tych XX wieku przedstawił 25 maja 1961 roku 35 Prezydent USA John Fitzgerald Kennedy w historycznym przemówieniu:
„Wybieramy się na Księżyc… W tej dekadzie wybieramy się na Księżyc i robimy inne rzeczy, nie dlatego, że są łatwe, ale dlatego, że są trudne, ponieważ ten cel będzie służył do organizowania i mobilizowania naszej najlepszej energii i umiejętności, jest to wyzwanie, które jesteśmy gotowi zaakceptować, którego nie chcemy odkładać i które zamierzamy skutecznie podjąć – to i inne.” (We choose to go to the Moon…We choose to go to the Moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard; because that goal will serve to organize and measure the best of our energies and skills, because that challenge is one that we are willing to accept, one we are unwilling to postpone, and one we intend to win, and the others, too).
Nie dane mu było dożyć tej chwili – zginął w zamachu w Dallas w 1963 roku. Ale jego plan wykonano. Co ciekawe, z bezcenną, ale moralnie wątpliwą pomocą byłych nazistowskich naukowców, zasymilowanych przez USA w ramach szeroko zakrojonej Operacji Paperclip – jak Wernher von Braun. Przeczytasz o tym między innymi w interesującej książce Annie Jacobsen – „Operacja Paperclip” (Operation Paperclip: The Secret Intelligence Program that Brought Nazi Scientists to America).
Nieco ponad 8 lat po sławnej zapowiedzi JFK, Neil Armstrong i Edwin „Buzz” Aldrin, wspierani z orbity przez Michaela Collinsa, wylądowali na Księżycu. Było ich trzech – jak w powieści Verne’a.
Armstrong, były pilot doświadczalny takich legendarnych maszyn, jak kosmiczny samolot North American X-15 (polecam na ten temat książkę Richarda Tregaskisa – X-15 Diary: The Story of America’s First Space Ship) uchodził za wybitnego introwertyka, ale i człowieka zimnej krwi. Kiedy manewrował lądownikiem księżycowym „Orzeł” (Lunar Module „Eagle”) nad powierzchnią Księżyca w bezskutecznym poszukiwaniu miejsca do lądowania, misja była już bardzo bliska przerwania (abort). Ale sprawy były w dobrych rękach, Armstrong zachował spokój i wylądował. W zbiornikach pozostało paliwa na mniej niż minutę pracy.
Była niedziela, godzina 20:17 czasu Greenwich (GMT), 20 lipca 1969 roku. „Orzeł wylądował” (The Eagle has landed) – zameldował Armstrong.
Nad ziemskim rankiem – w poniedziałek 21 lipca 1969 roku, o 02.56 GMT, Armstrong opuścił lądownik i filmowany przez czarno-białą kamerę jako pierwszy człowiek postawił stopę na Księżycu. Jak zawsze tajemniczy, do końca nie zdradził, co zamierza powiedzieć kiedy już tego dokona. Świat usłyszał oczywiście nieśmiertelne: „To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” (It’s one small step for a man, but one giant leap for mankind).
„Wspaniała pustka” (Splendid desolation) – skomentował po nim drugi człowiek na Księżycu – Aldrin.
Celem misji było oczywiście bezpieczne lądowanie, wykonanie krótkiego spaceru i powrót na Ziemię. Dłuższa eksploracja miała być już przedmiotem kolejnych lądowań. Armstrong i Aldrin spędzili chodząc po powierzchni Księżyca zaledwie 2 godziny i 15 minut. W tym czasie zatknęli tam amerykańską flagę, wykonali kilka prostych badań oraz zebrali pierwsze próbki skał.
Wykonali też znakomite zdjęcia high-endowymi aparatami Hasselblad 500C. Kiedy je przejrzycie, szybko dostrzeżecie natomiast smutny fakt. Są wśród nich znane, doskonałe zdjęcia Buzza Aldrina. Ale nie ma ani jednego dobrego zdjęcia Neila Armstronga. Powtórzmy to – nie mamy zdjęć pierwszego człowieka na Księżycu. Spekulowano potem, że Aldrin nie zrobił zdjęć Armstrongowi specjalnie, rozczarowany tym, że to nie jemu dane było postawić historyczny pierwszy krok. Walczący całe życie o uznanie i uwagę, podobno nigdy się z tym do końca nie pogodził. Żyje zresztą do dziś, kultywując wizerunek ekscentrycznego 90-latka.
W zeszłym roku minęło 50 lat od tego epokowego wydarzenia, co stało się dobrą okazją do wspomnień i okolicznościowych filmów – takich jak fabularny „Pierwszy człowiek” (First Man) z Ryanem Goslingiem w roli Armstronga, a także dokumentalny „Apollo 11”, w którym pokazano po raz pierwszy wiele niepublikowanych dotąd materiałów.
O programie kosmicznym i misji Apollo 11 napisano oczywiście także niezliczoną liczbę książek. Na pewno wato przeczytać tę Jamesa R. Hansena – „Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga” (First Man. The Life of Neil A. Armstrong), która była inspiracją filmu. Polecić także warto książkę Jana Barbree – Neil Armstrong: A Life of Flight (brak polskiego wydania). Jeśli ktoś z kolei wolałby bliżej poznać Buzza Aldrina to powinien przeczytać jego szczerą autobiografię No Dream Is Too High (brak polskiego wydania). Dobre światło na kulisy całego programu kosmicznego rzuca książka legendarnego kierownika kontroli lotów Gene Kranza – „Porażka nie wchodzi w grę” (Failure Is Not An Option). Z okazji 50. rocznicy lotu wydano także dobrze podsumowującą cały program książkę Douglasa Brinkley’a – American Moonshot: John F. Kennedy and the Great Space Race (brak polskiego wydania).
Istnieje oczywiście wiele teorii spiskowych związanych z lądowaniem Apollo 11 – czy raczej z jego domniemanym brakiem. Przeczą im skały przywiezione z Księżyca i badane przez naukowców na całym świecie, a dziś także zdalne obserwacje zachowanego w niezmienionym kształcie miejsca lądowania na Morzu Spokoju (łac. Mare Tranquillitatis), na co technologia już pozwala. A amerykańska flaga nie powiewa od wiatru w studio filmowym tylko, wstyd się przyznać, została źle zaprojektowana przez co nie rozciągała się należycie w poziomie. Zdmuchnął ją dopiero prawdziwy odrzut z silników przy odlocie Orła.
Armstrong i Aldrin mieli jeszcze po drodze problem z włącznikiem silników, który wyłamali tłumiąc się w pełnym rynsztunku w małej kabinie lądownika, ale naprawili go za pomocą długopisu i bezpiecznie wrócili do modułu dowodzenia (Command Module) Columbia pilotowanego na orbicie przez Collinsa, który określił potem swoje niecierpliwe oczekiwanie jako „największą ludzką samotność od czasu Adama”. Wyobraź sobie precyzję, jakiej wymagały nie tylko lądowanie, ale i synchronizacja obu modułów w przestrzeni. I to wszystko na komputerach o pamięci RAM rzędu 4kB. Nic dziwnego, że trudno w to uwierzyć, skoro trudno to sobie wyobrazić.
Wykorzystując następnie „grawitacyjną procę” (gravitational slingshot) przy okrążeniu Księżyca, cała załoga bezpiecznie wróciła na Ziemię, wodując (splashdown) 24 lipca 1969 roku, po 9 dniach misji. Z miejsca stali się światowymi bohaterami.
Sam lot, precyzja planowania i wykonania były niezrównane. Ówczesna nauka i technika osiągnęły w lipcu 1969 roku szczyt możliwości. Był to zresztą rok cudów – w tym roku po raz pierwszy oblatano także rewolucyjnego Boeinga 747 Jumbo Jet i naddźwiękowego Concorde.
Dokonano tego, o czym ludzie marzyli od tysiącleci, a astronomowie planowali od co najmniej 500 lat. Kiedy Johna Younga, kosmonautę-legendę, który był w kosmosie 6 razy w ramach 3 różnych programów i sam stanął na Księżycu w misji Apollo 16, dziennikarz zapytał, dlaczego ważne manewry dokonywane są zawsze po ciemnej stronie Księżyca i czy nie można by wykonać ich po stronie widocznej, Young odpowiedział w charakterystycznym dla siebie ironicznym stylu: „Nie da się, spytaj o to zresztą tego gościa – Keplera”.
Program Apollo był jednym z największych osiągnieć technicznych ludzkości, który przypieczętował supremację Stanów Zjednoczonych jako światowego imperium i zapewnił im zwycięstwo w kosmicznym wyścigu z ZSRR.
Po pierwszym locie przyszły kolejne, które przyniosły 6 skutecznych lądowań w latach 1969-1972 roku. I jedną zakończoną niemal tragedią misję Apollo 13. Były oczywiście planowane kolejne misje, ale licznik wydatków wskazywał już liczby ponad psychologiczną granicą 100 miliardów ówczesnych dolarów. Lata 70-te przyniosły kryzys, a wraz z nim cierpliwość amerykańskiego podatnika zaczęła się wyczerpywać. Popularność i oglądalność kolejnych misji spadała i ostatecznie misje Apollo 18 i 19 nigdy się nie odbyły.
Do tej pory na Księżycu stanęło 12 astronautów. Chodzili po nim, jeździli po nim elektrycznym łazikiem (Lunar Roving Vehicle), a nawet grali w golfa. Ostatnimi, którzy postawili stopę na Księżycu byli Eugene Cernan i Harrison Schmitt w ramach misji Apollo 17 w 1972 roku. Była to najdłuższa misja programu Apollo – astronauci spędzili na powierzchni Księżyca ponad 3 dni i przebyli na niej ponad 35 km. Wykonali 3 spacery (Extra-vehicular activity – EVA) o łącznym czasie ponad 22 godzin. 10 razy więcej niż ich pionierscy koledzy z Apollo 11.
Odlatując pozostawili po sobie tabliczkę ze słowami: „Tu ludzie zakończyli pierwszą fazę eksploracji Księżyca, grudzień, A.D. 1972. Oby duch pokoju, w którym tutaj przybyliśmy, znalazł odzwierciedlenie w życiu całego rodzaju ludzkiego” (Here man completed his first explorations of the Moon December 1972, A.D. May the spirit of peace in which we came be reflected in the lives of all mankind).
I to był koniec. Mija właśnie 48 lat od czasu zakończenia ostatniej księżycowej misji programu Apollo. Dobrze opisanej w książce Eugene Cernana – The Last Man on the Moon (brak polskiego wydania) oraz filmie dokumentalnym o tym samym tytule, dostępnym na platformie Netflix.
Na Księżyc poleciały jeszcze bezzałogowe sondy, ale sam człowiek jak dotąd tam nie wrócił i choć trudno w to uwierzyć, nie ma obecnie dostępnej technologii, która mogłaby go tam z dnia na dzień przetransportować. Nie ma już gigantycznej rakiety Saturn V. Ale im bardziej zdajemy sobie sprawę, jak mało realna jest załogowa misja na Marsa i im bardziej loty kosmiczne stają się dostępne i ekonomicznie opłacalne – również dzięki aktywności takich ludzi jak Elon Musk, powrót tam wydaje się tylko kwestią czasu.
A w oczekiwaniu na turystyczną wycieczkę na Księżyc, warto spojrzeć na niego od czasu do czasu – póki ciągle tam jest. Nie będzie z nami na zawsze. Co roku oddala się od Ziemi o kilka centymetrów. Za dwa miliardy lat może już kontynuować dalszą podróż samotnie. Ale póki co, trzeba mu to przyznać, pełni swoją służbę wyjątkowo wiernie.