Teoria względności w prostych słowach – godzina spędzona z atrakcyjną osobą jest jak minuta, a minuta spędzona na rozgrzanych węglach jest jak godzina.
Być może o czymś takim myślał sobie minuta po minucie Eddy Merckx w 1972 r., na welodromie w mieście Meksyk, ustanawiając kolarski rekord jazdy godzinnej na czas.
Jest to Święty Graal kolarstwa, najwyższy test sportowej wytrzymałości – a Merckx, kolarz wszech czasów, „Kanibal”, lubił wygrywać wszystko co warto było wygrać. I wszystko, za co się zabrał.
Miasto Meksyk leży na wysokości 2.300 m n.p.m., co oznacza mniejszą gęstość powietrza, a więc i mniejszy opór. Powoli dostrzegano, jak wielkie znaczenie dla wyników ma aerodynamika. Kulminacją była wygrana Grega LeMonda w TdF w 1989 r., na ostatnim etapie, dzięki zastosowaniu aerodynamicznej kierownicy (zapożyczonej z triathlonu, zwanej odtąd lemondką). Oraz rywalizacji Chrisa Boardmana z Graemem Obree w latach 90-tych, kiedy obaj prześcigali się w wymyślaniu najdziwniejszych aerodynamicznych pozycji.
Merckx żył w innych czasach – technologia ograniczyła się tutaj do wyboru toru na wysokości oraz lekkiego roweru. We współpracy z Ernesto Colnago zbudowano jednobiegowy, stalowy rower ważący poniżej 7 kg. Można go dziś oglądać w gablocie na stacji metra w Brukseli.
Merckx zabrał się do sprawy tak energicznie, że na pierwszych 400 m wykręcił czas, który dałby mu medal na olimpiadzie w jeździe torowej. Zapłacił za to drogo później – gdyby nie szarżował jego wynik mógłby być jeszcze lepszy. Jazda godzinna polega na ciągłym balansowaniu na cienkiej granicy możliwego wysiłku. I tak przez 60 minut.
Ostateczny wynik, 49,431 km, był nowym rekordem i utrzymał się przez kolejnych 12 lat – pobity dopiero przez Francesco Mosera, który korzystał z dalszego rozwoju technologicznego, w tym aerodynamicznego stroju. A Merckx pojechał w tradycyjnym ubraniu z… wełny.
„Była to najcięższa jazda w moim życiu” – przyznał Merckx. Jego grymas bólu przy schodzeniu z roweru jest charakterystycznym momentem tamtego wydarzenia, utrwalonym na filmie.
W latach 90-tych Tony Rominger wywindował rekord w jeździe godzinnej do 55,291 km, a Chris Boardman w pozycji „supermana” do 56,375 km, ale wtedy do sprawy wkroczyła organizacja kolarska UCI i anulowała rekordy ustanowione przy pomocy zbyt nowatorskiego sprzętu i wymyślnych pozycji. A potem podzieliła tę dyscyplinę na „UCI Hour Record” – w której należało jeździć na sprzęcie i pozycji zbliżonej do Merckxa oraz „Best Human Effort” – pozwalającej na podejście nowocześniejsze, ale z co najmniej 3 punktami oparcia, a więc tak jak dziś wyobrażamy sobie jazdę na czas.
I w ten sposób w 1997 r. rekord Merckxa powrócił na szczyt jako benchmark w UCI Hour Record. A jak dobry był to benchmark pokazuje fakt, że w 2000 r. Chris Boardman, najwybitniejszy czasowiec w historii tej dyscypliny, podjął próbę na podobnym rowerze i pobił rekord Merckxa o zaledwie… 10 metrów.
A po zejściu z roweru również przyznał, że nigdy nie było ciężej.