Podobno w Centrum Nauki Kosmicznej NASA wisi plakat przedstawiający charakterystycznego owada – trzmiela i zawierający nastepujące, motywujące przesłanie: „Naukowcy stwierdzili, że zgodnie z zasadami fizyki trzmiel nie ma prawa latać. Ale trzmiel nic o tym nie wie”.
Jest coś niezwykle pociągającego i efektownego w tym prostym stwierdzeniu. Implikuje ono, że naukowcy przyjrzeli się trzmielowi – czyli dużej, krępej i gęsto owłosionej pszczole z rodzaju Bombus i po zaobserwowaniu, że ma ona nieproporcjonalnie małe skrzydła w stosunku do rozmiarów swojego ciała zawyrokowali, że nie powinna latać. Tymczasem owad ten ma gdzieś prawa fizyki, wszelkich „hejterów” i osoby, które chciałyby go uziemić – i po prostu sobie lata.
Tymczasem w rzeczywistości nikt nie widział takiego plakatu w żadnej siedzibie NASA (nie wiadomo nawet o jakie „centrum nauki kosmicznej” chodzi). Ale co gorsza, nikt nie widział „badań naukowców”, z których wynikałby wniosek, że owad, którego dobrze znamy i który lata z charakterystycznym, niezwykle głośnym brzęczeniem, latać nie może.
Hasło motywacyjne płynące z historii o trzmielu jest oczywiście tak piękne, że jest z nim jak w tym znanym powiedzeniu o efektownych anegdotach – „nawet jeśli to nieprawda, to dobrze zmyślone”.
Ale jednak trzymając się faktów – jest to przykład intelektualnego oszustwa – i to dość osobliwego. Z jednej strony szermujemy tu argumentem naukowym („naukowcy stwierdzili”), a z drugiej jednak negujemy naukę („trzmiel o tym nie wie” – w domyśle lata, badacze nie mają więc racji), co przecież obecnie w oficjalnej narracji jest surowo zabronione. Przeciwnikom masowych szczepień oraz wszystkim kwestionującym tezę o globalnym ociepleniu spowodowanym przez człowieka odbiera się obecnie miano osób inteligentnych. No to jak to?
Po drugie, jak wspomniałem, nie ma takich badań.
Okazuje się, że mit trzmiela jest tak naprawdę bardzo stary – dużo starszy niż poświęcone mu internetowe memy. Niektóre źródła sięgają „lat przedwojennych” i wskazują na rozmowę niezidentyfikowanego biologa (entomologa) z równie nieznanym fizykiem (specjalistą od aerodynamiki). Biolog zastanawiał się jak to możliwe, że pszczoła lata, skoro ma tak małe skrzydła w stosunku do masy swojego ciała. Inżynier wykonał podobno (możemy sobie wyobrazić, że na serwetce) „szybkie obliczenia”, z których wynikało – pszczoła nie może latać, ponieważ nie wytworzy odpowiedniej siły nośnej. Takie tam kawiarniane snucie teorii. Był to prawdopodobnie ostatni przypadek, gdy dwóch naukowców z różnych dziedzin zgodziło się ze sobą w swoich wątpliwościach, choć jak się nad tym głębiej zastanowić, to jest w tym jednak trochę złośliwości fizyka, który nie chciał pomóc biologowi („przynieś mi kolego jakiś ciekawszy okaz godny mojej analizy, a nie jakiegoś pospolitego insekta”).
We wpisie Anatomia odpuszczania wspominałem o tzw. „heurystyce dostępności” oraz „społecznym dowodzie słuszności”. Ta pierwsza jest błędem wnioskowania polegającym na przypisywaniu większego prawdopodobieństwa zdarzeniom, które łatwo przywołać do świadomości i są bardziej nacechowane emocjonalnie. Przykład – wielu ludzi boi się latać samolotem, ponieważ słyszeli o głośnych katastrofach tych maszyn i wybierają podróż samochodem, pomimo, że prawdopodobieństwo śmierci w tym środku transportu jest statystycznie nieporównanie wyższe. Z kolei społeczny dowód słuszności to dostosowywanie własnych opinii do dominujących poglądów grupy.
Jeśli dodatkowo głośny pogląd formułują „autorytety”, to mamy do czynienia z kwalifikowaną formą – argumentem ex catedra. „Rzym przemówił, sprawa skończona” (Roma locuta, causa finita) – mówiło się w średniowieczu.
Zatem dobra rada, którą akurat powielany mit trzmiela nieco niezamierzenie wzmacnia – jeśli ktoś zaczyna wspominać o „badaniach naukowców” bez podawania konkretnych źródeł, czy szermować argumentem „wszyscy wiedzą, że” – miej się na baczności. Podam kolejny przykład – historia głosi, że w 1953 roku absolwenci kończący Uniwersytet Yale w New Haven (prestiżowy, należący do tzw. ligi bluszczowej – Ivy League) wzięli udział w eksperymencie dotyczącym planowania swojej przyszłości. Badacze pytali ich, czy – a jeśli tak, to jak szczegółowo – spisali cele, które zamierzali osiągnąć. Dwadzieścia lat później naukowcy rzekomo odnaleźli tych samych studentów i odkryli, że 3% tych, którzy zapisali swoje cele osiągnęło więcej niż 97% pozostałych, którzy nie byli tak skrupulatni.
Być może czytałeś tę historię w jakimś poradniku lub ktoś mówił ci o magicznej mocy zapisywania swoich celów na kartce papieru. Problem z powyższą opowieścią jest natomiast ten sam, co z badaniem nad naszym grubym asertywnym trzmielem. Nie było takiego badania.
Ale znów – nawet jeśli to nieprawda to dobrze zmyślone. Stąd również ta historia weszła do kanonu coachingu i rozwoju osobistego. Tego, który zdaniem wielu należałoby zdelegalizować. W aspekcie doboru i prawdziwości źródeł mogą mieć oni akurat sporo racji.
W książce Stephena Briersa – „Psychobzdury. Jak mity popularnej psychologii mieszają nam w głowach” (Psychobabble: Exploding the Myths of the Self Help Generation) autor rozprawia się z 23 mitami podobnego kalibru.
Mit 5 to „Myśl pozytywnie i zwyciężaj”. Martin Seligman, profesor Uniwersytetu Pensylwanii w Filadelfii (twórca znanego pojęcia wyuczonej bezradności), sformułował teorię, zgodnie z którą pozytywne i optymistyczne nastawienie jest skutecznym lekiem na zły nastrój i doskonałym motywatorem do działania – wręcz receptą na życiowy sukces. Nie zgodzili się z nim kanadyjscy badacze Joanne Wood, John Lee i Elaine Perunovic, którzy wskazują, że pozytywne afirmacje nie tylko nie pomagają, ale potrafią być wręcz szkodliwe – ujawniają bowiem różnicę pomiędzy stanem obecnym, a tym który chcielibyśmy, a nie umiemy osiągnąć. Nadmiar pozytywnego myślenia szkodzi i ogłupia. Ślepy optymizm składnia do lekkomyślności. Jeśli pracujesz w biznesie to pewnie wiesz także, że osoby nieustannie optymistyczne uznawane są często za słabe duchowo, emocjonalnie niedojrzałe lub niekompetentne. Nie chciałbyś zatrudnić prawnika optymisty do pisania dla ciebie ważnej umowy. Wiesz kto najlepiej dystansuje się stale od poczucia lęku i niepokoju? Psychopaci i przestępcy.
We wpisie Szczęściarze podkreślałem więc, że bardziej istotne dla poczucia szczęścia jest mnożenie możliwości i szans, niż bezmyślna wiara w to, że odniesiemy sukces. A we wpisie Szczęście wskazywałem, jak wiele zależy od danych nam przez los (ale i trafnie wykorzystanych) szans. To konstruktywny optymizm, a nie myślenie życzeniowe.
„Optymistyczni, afirmujący życie ludzie mogą stanowić świetne towarzystwo, ale podobnie jak wiele skutecznych lekarstw optymizm podawany w nadmiarze może mieć niepożądane skutki uboczne. Wypieranie uczuć nigdy nie służy duszy; potrzebujemy informacji dostarczanych przez pełne spektrum emocji, a nie tylko przez te bardziej optymistyczne. Jeśli chcemy żyć jak dorośli, musimy się konfrontować z rzeczywistością – mimo że taka konfrontacja bywa zniechęcająca, dezorientująca lub rozczarowująca – a nie być niepoważnymi marzycielami, którzy chowają głowę w piasek i upierają się, że sprawy mają się dokładnie tak, jak chcemy” – to trafne stwierdzenie z omawianej książki.
Mit 12 to z kolei „Wszystkiego można się nauczyć”. Wystarczy tylko chcieć, być jak trzmiel i walczyć do upadłego. Rozprawiałem się z tym mitem już nieco sam w powołanym wcześniejszym wpisie. Jak żartobliwie wskazuje Diana Hartman – gdyby to była prawda, to na świecie byłoby mniej dozorców, a więcej astronautów.
Tyle jeśli chodzi o naukowe mity.
Wróćmy teraz do naszego małego kolegi. Wiemy już, że lekce sobie waży opinie naukowców lub pozostaje w tej kwestii ignorantem. Nie przejmuje się opiniami innych o sobie i lata. I to, przyznajmy, dość spektakularnie. Nie ma w tym może wielkiej gracji, raczej brutalna moc – gdyby był samolotem to byłby jak kanciasty i brzydki Fairchild A-10 Thunderbolt II (popularny Warhog), a nie jak smukły General Dynamics F-16 Fighting Falcon. Gdyby był samochodem, to byłby muscle-carem w typie Forda Mustanga GT, a nie subtelną baletnicą jak Mazda MX-5.
Jak mawiał Albert Einstein – „wszyscy wiedzą, że czegoś nie da się zrobić, aż przyjdzie ktoś, kto o tym nie wie i on to robi”. To przesłanie także niesie za sobą mit trzmiela. Problem w tym, że trzmiel wie co robi. Jest tworem milionów lat ewolucji i gdyby w zamyśle stwórcy nie miał latać, to zostałby borsukiem. Patrząc na trzmiela faktycznie można odnieść wrażenie, że ma skrzydła zupełnie nieprzystosowane do latania – małe i wątłe na tle grubego odwłoka. Porównując go aerodynamicznie do ptaka i przykładając do niego te same standardy (proste długie skrzydła, poruszające się w osi pionowej, czyli z góry na dół) – nie poleciałby. Ale on jest owadem, a owady latają inaczej niż ptaki.
Trzmiel waży około jednego grama, a powierzchnia jego skrzydeł (po dwa z każdej strony) to około centymetra kwadratowego. Teoretycznie jego skrzydła mają zbyt małą siłę nośną w stosunku do jego wielkości, ale tylko wtedy, gdyby trzmiel miał szybować. Tymczasem trzmiel nie szybuje – lata aktywnie, stosunkowo wolno, z szybkością około jednego metra na sekundę, ale jeśli chce to również na duże odległości. Potrafi nawet latać do tyłu. Jest bowiem bardziej jak helikopter niż samolot i należy patrzeć na niego w podobny sposób. Helikopter także ma pokaźny kadłub i stosunkowo cienkie śmigło. I o ile samolotu używa się do szybkiego transportu z punktu A do punktu B, to śmigłowce mają dużo bardziej skomplikowane zadania – potrafią na przykład zawisnąć w górach lub innym trudnym terenie, gdy ekipa ratowników zjeżdża na dół na pomoc.
Trzmiel lata podobnie, trzepocze skrzydłami z ogromną prędkością, siłą i ruchem obrotowym. Jego życiową rolą jest bowiem latanie precyzyjne – od kwiata do kwiata po nektar. Udanie łączy w sobie to, czego my nie potrafimy dobrze odtworzyć – jest jednocześnie transportowym samolotem (ma skrzydła i potrafi przenosić ładunek o masie 50% wagi swojego ciała) i precyzyjnym helikopterem (obraca nimi z dużą prędkością i intensywnością). Pod tym kątem wie o lataniu więcej niż nasi inżynierowie i naukowcy. W tym zakresie mit trzmiela jest zresztą trafny – naukowcy nie zawsze potrafią jak widać zrozumieć i przełożyć dobrze na język fizyki to, co naturze przychodzi bez wysiłku.
Jeśli miałbym szukać podobnych przykładów, to bardzo długo nie rozumiano także, w jaki sposób pije pies (spoiler – pije wciągając wodę od spodu językiem wywiniętym na dół, a nie tworząc nim łyżkę i zagarniając od góry – jak nam się potocznie wydaje).
Mit trzmiela ma jeszcze jedną warstwę – bardzo dobrze widoczną w codziennym internetowym dyskursie. Bardzo lubimy historie, gdy ktoś pokonuje przeciwności, wspomnianych już lekceważących „hejterów” i nieprzychylnych nienawistników. Bez nich zwycięstwo smakuje przecież gorzej. Trzmiel uosabia nasze pragnienia. Pokazuje im wszystkim zgięty łokieć jak Kozakiewicz ruskim w Moskwie w 1980 roku, jak Robert Lewandowski działaczom, którzy go nie chcieli w Legii Warszawa. Każe potrzymać sobie piwo w czasie, gdy startuje. Jest wzorem asertywności i skupienia na celu – Bóg dał mu za krótkie skrzydła i pozbawił gracji, ale on nadrobił to siłą mięśni i zwierzęcą determinacją. Piękna historia.
Tymczasem trzmiel, znacznie bardziej niż my jest zwierzęciem stadnym – żyje w koloniach, gdzie fanaberie jednego osobnika i jakikolwiek indywidualizm nie istnieją. Jest członkiem roju. Jest bardzo pożyteczny, żyje pracą, jest super efektywnym zapylaczem (w ciągu dni rój trzmieli otwiera kilka tysięcy kwiatów a pojedynczy trzmiel jest 3 razy bardziej skuteczny niż zwykła pszczoła) i nie musi czytać w tym celu motywacyjnych książek, ani wieszać sobie żadnych plakatów. Jeśli o czymś nie wie – to raczej o tym, że się nim w ogóle interesujemy i że doceniamy jego pracę. Robi swoje bez poklasku – i to jest chyba najbardziej motywująca lekcja, jaką może nam dać.
Bardziej prawidłowa wersja opowieści o trzmielu, znacznie bardziej pedagogiczna, powinna być zatem następująca: Podobno trzmiel ma za małe skrzydła, aby wykonywać taką pracę, jaką potencjalnie mógłby i chciałby wykonywać. Ale trzmiel i tak robi to, co do niego należy. Najlepiej jak potrafi.