Kategorie
Historie Literatura faktu Styl życia

Jakoś to będzie

Improwizacja (z łac. improvisus – „nieprzewidywalny”) to działanie lub tworzenie czegoś – na przykład dzieła muzycznego czy publicznego wystąpienia – bez przygotowania. Spontanicznie, na zawołanie.

W wykonaniu ludzi „utalentowanych” taki popis wydaje się – z punktu widzenia odbiorców – czymś wyjątkowym. Przykładowo – wychodzi na scenę komik, czy inny popularny stand-uper i z miejsca, bez tremy, sypie doskonałymi żartami sytuacyjnymi, dowcipkuje z widownią, z refleksem odpowiada na reakcje poszczególnych osób i tak dalej. To dopiero jest błyskotliwość. Znacie to, robi wrażenie. Bardzo trudno jest występować publicznie, a co dopiero występować w sposób naprawdę zabawny.

Czy ten znany raper, który jest w stanie do wszystkiego szybko ułożyć rym (i rytm) – na przykład w ramach pojedynku (challenge) z innym podobnym muzykiem. W jaki sposób ten prosty z facjaty człowiek myśli i mówi tak szybko? To się nam nigdy nie uda.

Lub ten irytująco pewny siebie polityk, który staje do debaty i bez problemu i jakichkolwiek oznak zdenerwowania czy zażenowania przemawia wprost do wyborców oraz szybko (i co gorsza sensownie) reaguje nawet na najtrudniejsze pytania dziennikarzy i zaczepne zagrywki kontrkandydatów. Może nie zamieniłbyś się z nim na profesje (tak przynajmniej głośno deklarujesz), ale w gruncie rzeczy podziwiasz jego umiejętności publicznych wystapień.

Nieprzypadkowo napisałem wyżej słowo utalentowany w cudzysłowie. Jak wspominałem we wpisie Talent – ten aspekt naszych intelektualnych możliwości jest bowiem zdecydowanie przereklamowany. Lepiej byłoby mówić „utalentowany oraz przygotowany” albo po prostu „wytrenowany”. Pisałem już, że niesłusznie i na własną zgubę bagatelizujemy praktykę i ćwiczenia – dając za to pierwszeństwo wyimaginowanym talentom i urojonej błyskotliwości, które mają jakoby zastąpić prawdziwe, wyuczone i wytrenowane umiejętności.

Tymczasem – idąc za powołanymi wyżej przykładami – każdy komik, który odniósł sukces i zdobył zasłużoną popularność przyzna (tu akurat powołuję się na autentyczne wspomnienia Chrisa Rocka), że zanim wyjdzie swobodnie na takie „improwizowane” wystąpienie w głównym paśmie (prime time), to wpierw ćwiczy przez dziesiątki godzin – nierzadko występując przez wiele tygodni przed mniej wymagającą publicznością w jakichś podrzędnych lokalach i cyzelując warsztat. Odsiewając komiczne ziarna od nieśmiesznych plew.

OK, ten dowcip się udał – zostaje dopisany do repertuaru. Ten nie, widownia była zażenowana lub co gorsza nie reagowała – skreślamy go zatem (albo wykorzystamy przy okazji występów dla jeszcze mniej wysublimowanych redneck’ów). Po takich ćwiczeniach z żywą publicznością można już mieć w głowie naprawdę szeroki arsenał dobrych tekstów i żartów na większość nadarzających się „na gorąco” okazji. I materiał na doskonałe wystąpienie, które po wszystkich tych żmudnych przygotowaniach można już na luzie zaprezentować przed milionową publicznością – jakby od niechcenia.

Jako ilustrację tej tezy obejrzyjcie wystąpienie nieśmiertelnego (w sensie artystycznym) Dona Ricklesa na inaugurację drugiej kadencji 40-stego Prezydenta USA Ronalda Reagana w 1985 roku. Rickles, pionier gatunku, który dziś określamy jako Roast, występuje tam nie tylko przed prezydencką parą, ale przed w zasadzie całą rządową wierchuszką, a więc widownią najtrudniejszą z możliwych – z punktu widzenia komika. Stary Rickles nie wykazuje żadnej tremy i nie ma tam litości dla nikogo, znęcając się szczególnie nad Sekretarzem Stanu Georgem Shultzem – „Dobry wieczór, Sekretarzu Schultz. Co Pan robi w mieście? Ludzie pomyślą, że nie ma pan nic do roboty”. (Good evening Secretary Shultz. What are you doing in town? People will think you have nothing to do). To jest kontrolowana improwizacja w najlepszym scenicznym wydaniu.

Niestety cały ten aspekt długich i trudnych przygotowań pozostaje dla nas niewidoczny – widzimy tylko jego efekty. W konsekwencji mamy zadziwiającą tendencję do lekceważenia treningu, a gloryfikowania samego aktu „performansu”. A to z kolei jest dobrym przykładem błędu myślowego zwanego absence blindness, nad którym rozwodziłem się szerzej we wpisie To, czego nie widać. Oraz dobrym przykładem tego, co można określić jako próba chodzenia (a może i myślenia) na skróty.

„On jest urodzonym mówcą” – mówimy na przykład, zazdroszcząc innej osobie zdolności do porywających publicznych wystąpień, które nas samych ewidentnie paraliżują. Tymczasem, o ile oczywiście cechy charakteru czy intelektu – takie jak ekstrawertyzm, otwartość, sympatia do ludzi oraz zdolność precyzyjnego i interesującego wysławiania się i bogaty zasób słownictwa (krótko mówiąc – zdolności oratorskie) – na pewno pomagają, to dopiero praktyka czyni mistrza. Wszystko jest trudne, dopóki nie stanie się łatwe. A publiczne wystąpienia to mimo wszystko praktyka, jak każda inna – z uwzględnieniem oczywiście stopnia trudności.

Możesz być pewien, że taka osoba przed ważnymi publicznymi wystąpieniami na pewno nie zaniedbuje przygotowań i ćwiczeń oraz nie poprzestaje na myśleniu – „znam się na tym temacie, coś tam powiem, jakoś to będzie”, które jest pułapką dla tak wielu z nas. Jeśli już „palimy” publiczne wystąpienia to nie z braku talentu, ale z braku praktyki i przygotowań. A przygotowywać trzeba się tym ciężej, im mniej ma się praktyki.

Do lekceważenia zalet treningu i przygotowania przyczynia się także (nieco paradoksalnie, bo przecież tworzą ją ludzie niepozbawieni i talentów i charakteru i w końcu uporu w dążeniu do celu) popkultura. Zwykle gdy w filmach prezentowana jest przemiana głównego bohatera, to polega ona na odtworzeniu kilkuminutowej sekwencji, w której bohater ów wbiega na przykład na schody prowadzące do Muzeum Sztuki w Filadelfii. Dobra, coś tam się przygotowywał, ale pomińmy to i przejdźmy do akcji. A już najlepiej jest schudnąć z tymi i tymi tabletkami, bez wysiłku.

Tymczasem prawda jest dużo mniej atrakcyjna i dużo bardziej brutalna – zaniedbując przygotowania, przygotowujesz się do porażki (by failing to prepare, you are preparing to fail) – mówił, nie bez racji, Benjamin Franklin.

Joe Satriani, prawdopodobnie największy wirtuoz gitary elektrycznej naszych czasów, wyznaje w książce Strange Beautiful Music: A Musical Memoir, że decyzję o zostaniu gitarzystą podjął spontanicznie 18 września 1970 roku – w dniu śmierci Jamesa „Jimiego” Hendrixa. Przykład Hendrixa jest dla celów naszych dzisiejszych rozważań bardzo dobry, ponieważ w społecznym odbiorze był on personifikacją improwizacji. W najlepszym wydaniu i najlepszym tego słowa znaczeniu. Jego występ na festiwalu Woodstock w 1969 roku, w trakcie którego brawurowo zagrał swoją własną, gitarową wersję amerykańskiego hymnu (The Star Spangled Banner) to jedno z najbardziej legendarnych i niezapomnianych wydarzeń muzycznych wszech czasów.

Satriani sam również doszedł oczywiście do niebywałego mistrzostwa muzycznego – poprzez nieustanne ćwiczenia oraz uczenie gry na gitarze elektrycznej innych aspirujących muzyków (na przykład młodego Kirka Hammetta z Metalliki), ale w swojej książce przyznaje, że kiedy był młody (czytaj: głupi) i postanowił wzorować się na Hendrixie, to w istocie wpatrywał się naiwnie jedynie w publiczny wizerunek niekonwencjonalnego mistrza. Hendrix brzmiał jak wirtuoz, który nigdy nie musiał poświęcić dnia na ćwiczenia – wydawał się stuprocentowo naturalnym talentem. Dopiero później Satriani, grając razem z Billy’m Cox’em – basistą Hendrixa, dowiedział się i zrozumiał, że Hendrix ćwiczył praktycznie bez przerwy. Kochał oczywiście gitarę i kochał muzykę, ale do mistrzostwa doszedł mozolnymi i niekończącymi się codziennymi treningami, a nie jakimś tam spaniem z instrumentem pod poduszką.

Jak wspominałem w przywoływanym już wpisie Talent, w książce „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu” (Outliers. The Story of Success) Malcom Gladwell wskazuje, że pełne mistrzostwo osiąga się dopiero po 10.000 godzinach praktyki. W tym układzie godzina ćwiczeń dziennie pozwoliłaby dojść do maestrii w 27 lat. Hendrix należy akurat do niesławnego „Klubu 27” (obok Janis Joplin, Jima Morrisona, Kurta Cobaina i Amy Winehouse) – zmarł tragicznie mając właśnie lat 27 – co samo w sobie sugeruje, że zanim do tego doszło musiał ćwiczyć dużo, dużo więcej. Inaczej nie pozostawiłby przecież po sobie w młodym wieku tylu legendarnych utworów i wystąpień.

W znanej piosence Dire StraitsMoney for Nothing, Mark Knopfler humorystycznie przywołuje wypowiedzi pracowników sklepu typu „RTV i AGD”, którzy oglądając artystów z wczesnych teledysków w zdobywającej szybko ogromną popularność stacji MTV komentują, że „to nie jest praca, to jest po prostu coś co robisz” (that ain’t workin’, that’s the way you do it). Nic bardziej mylnego.

A jak mówił jeszcze inny znany muzyk – Paul Simon – „improwizacja jest zbyt ważna, aby pozostawić ją przypadkowi” (improvisation is too good to leave it to chance). Myślę, że zaczynamy rozumieć już, że improwizacja to po prostu spontaniczna, ale jednak wyćwiczona sztuka kompozycji.

Były aktor i późniejszy Prezydent USA Ronald Reagan, o którym wspominałem wyżej (a wcześniej miedzy innymi we wpisie Najdroższa ambasada świata), miał wybitną zdolność do zapadających w pamięć wystapień – okraszonych trafnymi porównaniami, obrazowymi przykładami, czy po prostu zabawnymi żartami. Rozumiał dobrze zasadę, którą sygnalizowałem we wpisie Wróbel w garści – i do której jeszcze wrócimy na tych łamach – że skomplikowane prawdy (adresowane na przykład do ludu – czyli wyborców) trzeba ubrać w krótkie, zabawne i zapadające w pamięć sentencje.

„Recesja jest wtedy, gdy twój sąsiad traci pracę, kryzys gdy pracę tracisz ty. A ożywienie gospodarcze wówczas, gdy Jimmy Carter straci swoją (A recession is when a neighbor loses his job, a depression is when you lose yours. And recovery starts when Jimmy Carter loses his) – mówił podczas swojej pierwszej (zwycięskiej) kampanii prezydenckiej. I – jak możecie podejrzewać – nie był to żart improwizowany. Reagan zapisywał swoje zapadające w pamięć teksty na małych fiszkach, uczył się ich i dobierał je precyzyjnie pod dane wystąpienie. Komponował – trzymając się przyjętej dziś terminologii. A mając doświadczenie i aktorską pamięć (do czasu oczywiście – w ostatnich latach życia zmagał się z chorobą Alzheimera), robił to w sposób wyjątkowo swobodny. I niepozbawiony autoironii – „Mówi się, że polityka jest drugim najstarszym zawodem świata. Nauczyłem się, że jest zaskakująca podobna do tego najstarszego” (It has been said that politics is the second oldest profession. I have learned that it bears a striking resemblance to the first).

Zachwycamy się zatem do dziś lekkością stylu Jimiego Hendrixa oraz swobodą wypowiedzi Ronalda Reagana, ale jak widać każda z tych umiejętności była rezultatem wielu lat ćwiczeń i przygotowań. Zgadzając się z Simonem – wychodziło im to wszystko zbyt dobrze, aby mogło być dziełem przypadku.

A przykłady takich osób można by jeszcze mnożyć. Bill Clinton, 42 Prezydent USA, uchodzi za jednego z najzdolniejszych polityków wszech czasów oraz za mistrza kontaktów z wyborcami – opowieści na temat jego charyzmatycznego, wręcz uwodzicielskiego stylu bycia jest mnóstwo (publicznie znamy oczywiście co najmniej jeden przypadek, gdy ewidentnie przeszarżował). Rzecz jednak w tym, że w początkach kariery Clinton był dość słabym mówcą, który – mówiąc wprost – przynudzał. W momencie próby miał jednak za sobą doskonały sztab wyborczy, który w 1992 roku ukuł dla niego „spontaniczne” hasło, które zapewniło mu ostatecznie prezydenturę. „Gospodarka, głupcze!” (Economy, fool!).

Zatytułowałem ten wpis słowami „jakoś to będzie”, ponieważ skoro nasza kultura (w tym – jak się rzekło – popkultura) nie gloryfikuje treningu, ćwiczeń i żmudnych przygotowań (mówiąc językiem marketingu – nie są to obecnie słowa sticky, ani sexy) – a przeciwnie, wspiera szybkość (fast food, fast fashion itd.) oraz dostępność wszystkich dóbr i usług na zawołanie (instant, on demand) – to bardzo często nasze życie kieruje się dziś niestety tym właśnie mottem.

Po co mam się martwić, po co mam się starać? Obejrzę dziś raczej jakiś serial, napiję się winka, a istotnym problemem pomartwię się jutro. Jeśli w ogóle, bo przecież prawem dzisiejszego człowieka jest nie martwić się niczym i nigdy. I przekupywani naszymi własnymi pieniędzmi przez polityków (jak przewidział to już Alexis de Tocqueville) wierzymy w to święcie. Tak właśnie kreuje się nowoczesnych i do tego niedojrzałych niewolników – uzależnionych od „tu i teraz”, posiadających pamięć złotej rybki i umiejętność koncentracji na poziomie małego dziecka.

Kiedyś słowo „terminator” oznaczało młodego ucznia, przyuczającego się mozolnie do zawodu w ramach danego cechu lub gildii, zmierzającego do tytułu czeladnika – będącego przecież dopiero prawdziwym początkiem dalszej drogi. Dziś to samo słowo kojarzy się nam raczej z ukształtowanym już, doskonałym cyborgiem T-800 o twarzy Arnolda Schwarzeneggera.

W nagradzanym filmie dokumentalnym „Jiro śni o sushi” (Jiro Dreams of Sushi) dowiadujemy się, że w legendarnej tokijskiej restauracji Sukiyabashi Jiro młody kucharz, zanim zostanie dopuszczony do bardziej skomplikowanych czynności, przez pierwsze 10 lat gotuje ryż. Tyle zajmuje dojście do mistrzostwa w tak pozornie prostej, a jednak kluczowej dla smaku sushi, czynności. Wyobraźcie sobie teraz, że ktoś w naszej „zachodniej” (jakoby wyższej) kulturze każe wam pracować przez 10 lat nad gotowaniem ryżu. Uznalibyśmy to chyba z mobbing i wyzysk. Lepiej już żyć od zlecenia do zlecenia w ramach kultury prekariatu. Albo “poszukiwać siebie” w ramach jakiegoś wolontariatu.

Ale oddajmy też nieco sprawiedliwości nam – ludziom współczesnym – z mózgami rozmiękczonymi co prawda przez nowe technologie (kto jeszcze potrafi zapamiętać kilka numerów telefonów?), ale jednak mogącymi korzystać w zasobów wiedzy i środków niedostępnych naszym przodkom i umiejącym za ich pomocą zmotywować się kiedy trzeba do rzeczy ważnych. Kultura i rynek rzucają nam może bezustannie kłody pod nogi, próbując uzależnić od siebie i sprowadzić na manowce – jednak wciąż walczymy. I pomijając osoby naprawdę zblazowane, nie czujemy się wcale dobrze, gdy zawodzimy oczekiwania, popełniamy błędy z braku przygotowań lub nie dotrzymujemy naszych postanowień w wyniku niedostatków konsekwencji. Jest w nas coś, co mimo wszystko każe być przyzwoitym, działać w sposób odpowiedzialny i zorganizowany – czujemy wtedy satysfakcję z dobrze wykonanej pracy, a efekty osiągnięte po trudnych przygotowaniach smakują dużo lepiej, niż te podane nam na tacy.

Myślenie „jakoś to będzie” nie jest zresztą domeną tylko naszych czasów czy naszych nowoczesnych wad i zaniedbań. „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie / Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie!” – to strofy z prawie 200-letniego „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, który sam „wieszczem” będąc fascynował się improwizacją w sztuce.

Nie jest to także – wbrew temu co nam się wmawia – cecha immanentna Polski, czy Polaków. Dużo mówi się co prawda o naszej jakoby wrodzonej nieodpowiedzialności, bałaganiarstwie i „ułańskiej fantazji”, ale nie zapominajmy, że to na przykład francuscy wodzowie gorliwie wysłali na rzeź podczas I Wojny Światowej młodzież ubraną w widoczne z daleka kolorowe mundury (jak z czasów napoleońskich) – pod ogień nowoczesnych niemieckich karabinów maszynowych. Robiliśmy to tak od zawsze – jakoś to będzie i tym razem. Tym razem nie było.

Przykłady indywidualnych porażek i zbiorowych tragedii wywołanych myśleniem typu „jakoś to będzie” są oczywiście liczne i mógłbym je zilustrować wieloma opowieściami z moich wpisów (zarówno tych już napisanych, jak i planowanych).

Mike Tyson nie przygotował się należycie do walki z Jamesem „Busterem” Douglasem, bo uznał, że tyle już w swojej karierze wygrał, że i tym razem „jakoś to będzie” (Ostatnia taka walka).

Dyrekcja NASA wydała w 1986 roku zgodę na start promu kosmicznego, pomimo oblodzenia wyrzutni i wyraźnych ostrzeżeń inżynierów, którzy obawiali się startu w niesprawdzonych wcześniej warunkach (Challenger). Nauka ewidentnie poszła w las ponieważ 17 lat później pozwolono wejść w atmosferę innemu wahadłowcowi, pomimo świadomości uszkodzeń powłoki termicznej podczas jego wcześniejszego startu (Columbia).

Pilot KLM Jacob Veldhuyzen van Zanten nie upewnił się, czy w gęstej mgle jaka spowiła niespodziewanie zatłoczone lotnisko Los Rodeos na Teneryfie 27 marca 1977 roku Boeing 747 linii Pan Am opuścił już pas startowy przed nim.

Ayrton Senna, legendarny kierowca Formuły 1 i 3-krotny mistrz świata, zginął w 1994 roku podczas Grand Prix San Marino na torze Imola, ponieważ kolumna kierownicy w jego wartym miliony dolarów bolidzie została prowizorycznie zespawana i w kluczowym momencie po prostu pękła. Akurat przy wchodzeniu z pełną prędkością w szybki lewy zakręt Tamburello.

Tak właśnie działa Prawo Murphy’ego i tak postępuje z nami los, kuszony słowami „jakoś to będzie”.

Za design bolidu zespołu Williams odpowiadał doświadczony Patrick Head, więc tym bardziej trudno zrozumieć tak tragiczny konstrukcyjny błąd. Jeszcze trudniej jest pojąć, jak zasada „jakoś to będzie” może tak swobodnie rządzić ogromnymi infrastrukturalnymi przedsięwzięciami – w rodzaju budowy wałów chroniących japońskie elektrownie atomowe (Nie buduj poniżej tego punktu), czy niezwykle drogimi misjami – takimi jak przywołane już loty w kosmos.

Budowa najdroższego i najbardziej zaawansowanego okrętu amerykańskiej marynarki wojennej – lotniskowca USS Gerald R. Ford – kosztowała podatników ponad 13 miliardów dolarów. Jest to oczywiście kwota astronomiczna (tyle mniej więcej wynoszą roczne wpływy z tytułu podatku CIT w Polsce), ale stanowiącą nie więcej niż 2 procent rocznego budżetu USA i zaledwie kroplę w morzu jej PKB wynoszącego prawie 21 bilionów dolarów (bilion to jedynka z 12 zerami).

Tymczasem ilustrujący dzisiejszy wpis nieszczęsny okręt Vasa – pośmiertna chluba muzeum w Sztokholmie – kosztował swego czasu Szwecję króla Gustawa Adolfa prawie 5% jej ówczesnego PKB. I niewiele mniej wstydu.

Vasa, królewski galeon budowany w latach 1626-1628 – przy wykorzystaniu najdroższych materiałów (miedzy innymi szlachetnego dębu) i zdobiony ponad 500 pięknymi rzeźbami – okazał się prawdopodobnie najdroższą w dziejach marynarki fuszerką. Nadzorujący jego tworzenie Henrik Hybertsson nie miał żadnego doświadczenia w budowie okrętów tej wielkości, dodatkowo pozwalając budowniczym na popełnienie tak prostych błędów jak używanie dwóch różnych miar – stopy amsterdamskiej i szwedzkiej. Okręt, choć piękny i niebywale efektowny, był niestety asymetryczny, zbyt smukły, za wysoko obciążony i efekcie niestabilny – nawet wówczas gdy stał jeszcze w suchym doku. Jakoś to będzie – mówiono jednak. I tak Vasa zatonęła podczas swojego dziewiczego rejsu – zaledwie kilkaset metrów od nadbrzeża.

Ale nie tylko architekci i konstruktorzy potrafią machnąć ręką na zdrowy rozsądek. Również będący uosobieniem geniuszu fizycy jądrowi.

Niejaki Alvin C. Graves musiał mieć wyraźną wadę charakteru – nieprzystającą człowiekowi zajmującymi się tak niebezpiecznymi substancjami jak uran i pluton. W 1946 roku beztrosko dopingował swojego kolegę Louisa Slotina, który w nonszalancki sposób bawił się wąskim śrubokrętem, unosząc nim berylowy reflektor neutronów umieszony nad 6 kilogramową kulą plutonu (plutonium, Pu). Zabawa ta nazywała się obrazowo „łaskotaniem ogona smoka” (tickling the dragon’s tail) i skończyła się niestety jak większość zabaw tego typu. Osłona ześlizgnęła się niespodziewanie (choć chyba tylko dla Slotina) z ostrza śrubokrętu, w wyniku czego doszło do niekontrolowanej reakcji łańcuchowej plutonowego rdzenia, która objawiła się nagłym, przerażającym, niebieskim błyskiem. Slotin zareagował błyskawicznie i ręką oddzielił od siebie złączone przypadkowo berylowe półkule przerywając reakcję. Ale był już w tym momencie chodzącym trupem – niedługo potem zapadł w śpiączkę i zmarł po 9 dniach.

Graves, sam silnie napromieniowany i doświadczający do końca życia neurologicznych objawów choroby popromiennej nie nauczył się niestety wiele z tej przykrej przygody z “diabelskim rdzeniem” (demon core) – który był już zresztą recydywistą (wcześniej zabił nieostrożnego Harry’ego Daghliana).

I tak w 1954 roku ów mający podejrzanie wysoki poziom tolerancji na ryzyko (czy też wysoki poziom „jakoś to będzie”) Graves, został przydzielony do prawdopodobnie najbardziej odpowiedzialnej pracy świata – nadzorował na atolu Bikini na Pacyfiku (Wyspy Marshalla) próbny wybuch termojądrowy o kryptonimie Castle Bravo.

Jednym z celów detonacji było wypróbowanie deuterku litu jako nowego paliwa do broni termojądrowej – lit (lithium, Li) jest minerałem znacznie łatwiejszym do uzyskania niż płynny deuter (deuterium, izotop wodoru). Wyjaśnijmy, że bomba termojądrowa to stworzenie wielokrotnie bardziej niszczycielskie niż „zwykła” bomba atomowa – do tego stopnia, że tej drugiej używa się zaledwie jako zapalnika, dla odpalenia tej pierwszej. Spodziewaną moc „bomby” nazwanej „Krewetka” (Shrimp) – w tym przypadku eksperymentalnej, stacjonarnej instalacji – oszacowano na 4-8 megaton TNT (milionów ton trotylu). Dla porównania, bomba uranowa Little Boy, zrzucona na Hiroszimę w 1945 roku (zobacz wpis Ostatnia misja) miała moc “zaledwie” 15 kiloton TNT (czyli tysięcy, a nie milionów ton trotylu).

W dniu planowanej eksplozji (1 marca) pogoda zaczęła się gwałtownie pogarszać, co groziło niepożądanym opadem radioaktywnym (fallout), który mógłby skazić okoliczne wyspy. Znaną prawdą jest natomiast, że ludzie się w gruncie rzeczy z wiekiem nie zmieniają i przypadek Gravesa tylko to potwierdzał. Dał on mimo wszystko zielone światło dla detonacji. Zobaczymy. Jakoś to będzie.

Ani Graves, ani inni naukowcy nie przewidzieli, że izotop lit-7 obecny w eksperymentalnym paliwie termojądrowym ulegnie pod wpływem wysokoenergetycznych neutronów rozpadowi na tryt, hel i kolejną dawkę neutronów – w teorii miał on bowiem pozostać niereaktywny. Ale teoria teorią, a praktyka praktyką. Ta dodatkowa produkcja trytu i neutronów sprawiła, że realna moc „bomby” okazała niemal 4 razy większa niż zakładano w najłagodniejszych przewidywaniach. A prawie dwa razy większa niż w scenariuszu najdalej idącym.

Jak śpiewa Donald Fagen w piosence Memorabilia – w pokoju przy kuchni znajduje się „Kolorowy film z eksplozji Castle Bravo / Dziewczyno wiesz, że to był wielki strzał” (Color film of Castle Bravo / Girl you know that shot was huge).

I był. “Krewetka” wybuchła z mocą 15 megaton trotylu (sama kula ognia miała 5 kilometrów średnicy), doprowadzając przy złej pogodzie do katastrofalnego opadu radioaktywnego, który zagroził życiu co najmniej 20.000 ludzi. Śmiercionośny opad zbombardował okoliczne wyspy – dzieci wybiegały przed domy i łapały w ręce coś, co przypominało śnieg (gdyby oczywiście wiedziały, jak wygląda prawdziwy śnieg), a było rzecz jasna czymś nieporównanie gorszym. Radioaktywny fallout dotarł do Australii, Indii i Japonii, a częściowo nawet na terytorium USA i Europy. Trudno o większy – jak to się obrazowo mówi w swojskim języku biznesu (a powinno się jak widać również w języku nauki) – „fakap”.

Jeśli zatem nie jesteś trenującym całymi dniami muzykiem, doświadczonym politykiem, architektem, konstruktorem, pilotem, kierowcą, czy fizykiem jądrowym – to improwizacja i podejście typu „jakoś to będzie” na pewno nie jest dla ciebie. Szczególnie, jeśli przypadło ci do wykonania ważne i odpowiedzialne zadanie.

Ale nawet jeśli jesteś, to szczypta samokrytycyzmu, dyscypliny i zwykłej ostrożności oraz pokory w podejściu do czekającego cię zadania na pewno nie zaszkodzi.

Ostatecznie cokolwiek byś nie zrobił – jakoś to będzie. Dobrze jest się rzetelnie przygotować i osiągnąć zasłużony sukces – to jasne. Można też pominąć przygotowania i mieć nadzieję, że mimo wszystko „będzie dobrze”.

Ale, jak mówią doświadczeni inwestorzy – sama nadzieja to jednak bardzo kiepska strategia.