Zarobiony jestem – mówi, kiedy pytasz go co słychać. Wiecznie opowiada o tym ile ma pracy, z jakimi przeciwnościami musi się zmagać, jakie błędy zostały popełnione i jak trzeba ciągle walczyć, aby je naprawić. Każdy zbliżający się termin zapowiada ostrą walkę z przeciwnościami losu. Taką osobę ogląda się przy pracy jakby grała w filmie akcji, albo wojennym dramacie.
Po każdym zakończonym projekcie chwali się, jak to było ciężko, ale dzięki jego bohaterskiej postawie udało się sprawę zakończyć sukcesem. Choć jeśli się lepiej nad tym zastanowić, to projekt ten nie wydawał się wcale aż tak trudny i wymagający.
Ale myślisz sobie, starając się racjonalizować – wszystko jest trudniejsze niż się wydaje. Oraz zajmuje więcej czasu niż się wydaje – to prawo Hofstadtera (znasz je już z wpisu Prokrastynacja).
Nie myli się ten, co nic nie robi – brzmi znane powiedzenie i ta osoba posługuje się nim wyjątkowo często, kiedy zostanie skonfrontowana z oczywistymi błędami, jakich można było uniknąć. Ma to podkreślać, że aktywne osoby mylą się i popełniają błędy, które trzeba oczywiście naprawiać, ale jest to naturalna konsekwencja podejmowania działań, szczególnie tych odważnych.
Ale kiedy zaczniesz się sprawie przyglądać lepiej to wyda ci się, że ilość dramatów, przekroczonych terminów i walk z problemami, jakich dałoby się uniknąć dzięki lepszemu planowaniu jest tu jednak zbyt wysoka. Czy faktycznie mamy do czynienia ze stachanowcem, czy raczej z kimś kto jak socjalizm bohatersko walczy z problemami, które sam stwarza?
Dochodzimy w tym miejscu do pewnego interesującego fenomenu – błędu poznawczego zwanego absence blindness – w wolnym tłumaczeniu ślepoty na rzeczy niewidoczne. Widzimy to, co pcha się przed nasz wzrok i tym się przede wszystkim zajmujemy – wszystkimi tymi dramatami, katastrofami i domniemanymi kryzysami. Jesteśmy zresztą genetycznie uwarunkowani na dostrzeganie tego, co jest w naszym otoczeniu od razu widoczne, a nie skupianie na tym, co dzieje się poza naszym spojrzeniem. To pierwsze wydaje się zawsze ważniejsze.
Wróćmy teraz do naszego menadżera dramaturga. Czy jest efektywny w tym co robi, skoro ciągle walczy (choć zwycięża)? Niekoniecznie. Dobrzy menedżerowie są prawdę mówiąc wyjątkowo nudni – dostarczają efekty prac w terminie, a ich najlepszą cechą jest to, że rozpoznają potencjalne problemy zanim się one pojawią oraz zapobiegają im zanim zdążą urosnąć do większych rozmiarów. Najlepsi z nich wyglądają zresztą, jakby robili niewiele, a i tak ich praca jest wykonana na czas i w założonym budżecie.
Problem polega na tym, że mało kto dostrzega to, czemu dobry menadżer zapobiega. Nie widzimy problemów, które nie wystąpiły dzięki efektownemu planowaniu. Każdy widzi natomiast dramaty, z jakimi bohatersko zmaga się menadżer mniej przewidujący – kiedy porusza niebo i ziemię, aby naprawić problemy, które sam stworzył przez słabe planowanie. I nagroda niesłusznie trafia często do tego drugiego – w docenieniu nie tyle ciężkiej, ale tak naprawdę bardzo widocznej pracy. Nie daj się jednak zwieść i dostrzegaj oraz nagradzaj raczej tych pierwszych. Low-drama – to ładne słowo na określenie takiej postawy. Należy ją cenić tak wysoko, jak to tylko możliwe. Lepiej żeby było nudno, przewidywalnie, ale efektywnie, niż kroczyć od jednego pożaru do drugiego.
Omawiana dziś sprawa sięga zresztą dalej. Nie dostrzegamy tego, że autobusy i pociągi cały czas kursują, paczki są dowożone, drogi się odśnieżają, a z kranu płynie ciepła woda. Dopóki nie wydarzy się coś spektakularnego, nie nastąpi awaria i nie przyjdzie nam brać zimnego prysznica traktujemy to wszystko jak coś oczywistego. To stąd specjaliści od rozwoju osobistego podpowiadają nam, aby każdego dnia przemyśleć co już mamy i co zostało nam dane, a czego może nie dostrzegamy i nie doceniamy. Jest to zresztą interesujący paradoks – w obserwacji wolimy skupiać się na tym, co widzimy (pomijając istotne fakty, które nieintuicyjnie ukrywają się przed naszym wzrokiem), ale już w naszych głowach rządzą głównie myśli o rzeczach, których nie mamy, a chcielibyśmy mieć. To wyrządza nam podwójne szkody.
Media tradycyjne zwracają ostatnio uwagę na negatywny wpływ mediów społecznościowych na dobrostan umysłowy nastolatków. Trudno się dziwić – obserwując influencerów na Instagramie widzą wystudiowane piękno, sukces i bogactwo. I widzą, że oni tego nie mają. I wiedzą, że mają za to swoje przyziemne problemy. I myślą, że te są influencerom obce. Ale znów – ważne jest to czego nie widać. Nikt tam się przecież specjalnie nie chwali się, że tak jak ty wstał tego dnia lewą nogą, nie obudził się ze śnieżnobiałymi zębami i świeżym oddechem oraz, że miał stłuczkę w drodze do pracy (chyba, że mówimy o rozbiciu darowanego Mercedesa, to się akurat dobrze sprzedaje).
W fantastycznej książce o finansach „Psychologia pieniędzy. Ponadczasowe lekcje o bogactwie, chciwości i szczęściu” (The Psychology of Money: Timeless lessons on wealth, greed, and happiness) Morgana Housela, o której wspominałem już we wpisie „Czas to pieniądz” zawarta jest ciekawa myśl – bogactwo to również coś, czego nie widać. To niekupione drogie samochody i prywatne odrzutowce. To niekupione designerskie gadżety. To wszystko to, czego nie dostrzeżesz w życiu ludzi naprawdę bogatych, a czym niektórzy sławni i aspirujący chwalą się w mediach społecznościowych. O celebrycie jeżdżącym Ferrari za milion złotych można powiedzieć jedno – wydał milion złotych. A to zupełnie coś innego niż bogactwo.
Prawdziwe bogactwo, jak przypomina Housel, to aktywa niewydane, a zainwestowane, pracujące na siebie i generujące tę magię procenta składanego, o którym również już pisałem we wpisie o tym samym tytule. To to co istnieje, a co pozostaje ukryte bo nie zostało wydane na bardziej widoczne aktywa, będące tak naprawdę w dłuższym okresie jedynie pasywami.
Widziałeś zatem wielu menadżerów grających główne role w swoich dramatach (może nawet ich wyróżniałeś) i widziałeś wielu krzykliwych, pozornie bogatych celebrytów (może nawet marzyłeś, aby być jak oni).
Ale czy wiesz kim w biznesie był zmarły niedawno Peter Buck, a w inwestycjach Ronald Read i Anne Scheiber?