Kategorie
Historie Literatura faktu Styl życia

Macierz Eisenhowera

Dwight D. Eisenhower, popularny „Ike”, pięciogwiazdkowy generał i 34 prezydent USA nie był – tak się przynajmniej niektórym wydawało – człowiekiem wielkiego intelektu, pracowitości, czy wizji. Określano go mianem prezydenta unikającego publicznej uwagi i grającego w golfa, bo w jakiś sposób w natłoku zajęć głowy państwa w czasach zimnej wojny udawało mu się znaleźć czas także na ulubione rozrywki.

Nie formułował też tak wielkich i chwytnych haseł jak John F. Kennedy, Bill Clinton czy Barrack Obama – a to w końcu złotoustych liderów kupujemy najchętniej.

Ale odrzucając pozory i legendy, które tak często rządzą dziś przekazem historycznym (szczególnie w jego warstwie medialnej), jaki naprawdę był Ike i co zostało nam po nim 60 lat po zakończeniu przez niego służby publicznej? I jakie lekcje możemy wyciągnąć z jego historii?

Interesujące jest, w jak wielkim stopniu dzieje XX wieku wykreowali i ukształtowali dowódcy wojskowi. Ameryka nie byłaby oczywiście mocarstwem światowym bez swojej dużo starszej „polityki wielkiego kija”, „dyplomacji kanonierek” i doktryny Wilsona (o czym wspominałem we wpisie 50 mil drogi do imperium), ale ostatecznie nie byłaby nią na pewno gdyby nie II Wojna Światowa i nowy porządek, który po niej zapanował. Co będzie dalej z tą rolą – zobaczymy.

Z państwa zmierzającego wcześniej do izolacjonizmu, USA zmieniły się pod wpływem prezydentów Franklina D. Roosevelta i Harry’ego Trumana w Wielkiego Interwenienta – a może raczej powróciły do korzeni i starych ambicji. Wielka wojna przyniosła zmierzch starych mocarstw i wykreowała moment, w którym o losach świata decydowali (wiemy to sami bardzo dobrze, pamiętając smutne powojenne losy Polski) nie tylko politycy, w rodzaju „przypadkowego” prezydenta Trumana (A. J. Baime – The Accidental President: Harry S. Truman and the Four Months That Changed the World), bezwzględnego gangstera Stalina (Simon Sebag Montefiore – „Stalin. Dwór czerwonego cara”) i kutego na cztery nogi Churchilla (Anthony McCarten – „Czas mroku. Jak Churchill zawrócił świat znad krawędzi” – na kanwie której nakręcono znany film z Garym Oldmanem), ale także wysocy rangą generałowie.

Winston Groom (historyk i autor znany szczególnie z zekranizowanego z sukcesem Forresta Gumpa) poświęcił bardzo dobrą książkę The Generals: Patton, MacArthur, Marshall, and the Winning of World War II niektórym z najbardziej wpływowych generałów swoich czasów. Wrócimy jeszcze na tych łamach szerzej do tych tytułowych postaci, jak również do kilku innych, jak choćby Curtis LeMay – którym fascynację zdradził ostatnio, nieco zaskakująco, znany autor książek społeczno-psychologicznych Malcolm Gladwell w swoim najnowszym dziele – The Bomber Mafia: A Dream, a Temptation, and the Longest Night of the Second World War – czy Leslie Groves, niestrudzony szef projektu Manhattan, bez którego wojna mogłaby trwać znacznie dłużej, a pozycja USA jako atomowego mocarstwa mogłaby się w ogóle nie ukształtować. Książka Jamesa Kunetki – The General and the Genius, opisująca relacje Grovesa oraz naukowca Roberta Oppenheimera jest wysoko w rankingu moich zeszłorocznych lektur, podobnie jak wspomnienia samego generała – Now It Can Be Told: The Story Of The Manhattan Project.

Groom wspomina w swojej książce po pierwsze o George’u S. Pattonie, czterogwiazdkowym generale z europejskiego teatru walk, postaci niezwykle charyzmatycznej i romantycznej – dowódcy bardzo wymagającym, ale uwielbianym przez żołnierzy (zwanym przez nich old blood and guts), autorze niezliczonych zwycięstw i równie licznych, celnych bon-motów na temat przywództwa, z których wiele weszło do kanonu zarządzania, jak choćby – „nigdy nie mów ludziom jak wykonać zadanie, powiedz im co ma być zrobione i daj się zaskoczyć ich pomysłowością” (don’t tell people how to do things, tell them what to do and let them surprise you with their results). Jeśli chcielibyście poznać więcej złotych myśli Pattona zajrzyjcie do książki – Sreechinth C Wisdom of the American Bandito.

Zdolności przywódcze Pattona znacznie ustępowały niestety jego zdolnościom politycznym, a jego niewyparzony język, kontrowersyjność, a przede wszystkim poglądy idące pod prąd linii najwyższego dowództwa (jego zaprzysiężona antysowieckość oraz niechęć do rozliczenia nazistów mogły utrudnić procesy pokojowe) doprowadziły ostatecznie do jego śmierci w bardzo podejrzanym wypadku drogowym (prawdopodobnie zaaranżowanym przez NKWD za cichą zgodą własnego dowództwa). Więcej na ten temat przeczytacie w książce ze wspominanej już i corocznie rozwijanej serii „KillingBilla O’Reilly i Martina Dugard’a – Killing Patton: The Strange Death of World War II’s Most Audacious General. Patton, tak się wydaje, nie umiał odpuścić kiedy już było trzeba (a to ważna umiejętność), był zaprogramowany na ciągłą walkę – nawet kiedy należało skupić się już na budowaniu pokoju. W obliczu zakończenia wojny popadł w depresję wyznając, że czuje się niepotrzebny. Po obejrzeniu hagiograficznego film o nim z 1970 r., Richard Nixon wydał podobno rozkaz eskalacji wojny w Wietnamie.

Douglas MacArthur, popularny „Mac”, był z kolei genetycznie zaprogramowany, aby być wielkim żołnierzem i sam bardzo w to wierzył – jego ojciec był bohaterem wojny secesyjnej, odznaczonym Medalem Honoru (Congressional Medal of Honor). Młodszy MacArthur, który ukończył akademię w West Point na pierwszej pozycji pod czujnym okiem nadopiekuńczej matki także to wyróżnienie zdobył – to jedyny taki przypadek w historii: najwyższy medal zdobyty kolejno przez ojca i syna. Wkrótce miał zostać także najmłodszym generałem w amerykańskiej armii (w wieku 38 lat), a ostatecznie jedną z zaledwie pięciu osób pełniących funkcję pięciogwiazdkowego generała (tzw. generała armii – General of the Army) w amerykańskim wojsku lądowym. Był dowódcą sił zbrojnych na Pacyfiku, a następnie głównodowodzącym sojuszniczych wojsk okupacyjnych w Japonii (Supreme Commander of the Allied Powers).

Jego błyskotliwy intelekt był legendarny, podobnie jak jego nieokiełznane ego i bardzo trudny charakter. Mówiono o nim, że jest postacią żywcem wyjętą z teatru – jego gesty były starannie wystudiowane, a dbałość o własny imidż graniczyła z samouwielbieniem. Uwielbiał poklask i nie wahał się w tym celu przypisywać sobie cudzych zasług lub nie brać odpowiedzialności za własne błędy. Tak czy inaczej, MacArthur odegrał ogromną rolę w powojennym rozwoju Japonii – mieszkając przez lata na Filipinach rozumiał wschodnią duszę bardzo dobrze. Pod jego wodzą Japonia została zdemilitaryzowana, winnych rozpętania wojny przykładnie ukarano, ale symboliczna pozycja samego cesarza Hirohito została utrzymana. Nade wszystko MacArthur rozumiał, jak ważne dla Japończyków było zachowanie twarzy i w decydującym momencie historii umiał zachować się jak doskonały polityk – kierując Japonię na drogę bezprzykładnego powojennego rozwoju i przemiany w czołową gospodarkę świata. Wrócimy jeszcze do tego wątku gdzie indziej.

O MacArthurze mówiono niejednokrotnie, że jest tak przekonany o własnej nieomylności, że ocierało się to o pychę, jeśli nie o niesubordynację. W czasie okupacji Japonii był przez moment równy władcy państwa – dekrety podpisywał we własnym imieniu, nie rządu USA, a dyplomaci byli akredytowani przy nim, a nie przy cesarzu. W pewnym momencie zaczęto określać go nawet mianem „najgroźniejszego człowieka w Ameryce” – najgroźniejszego dla niej samej. Podobnie jak Patton był fascynującą postacią swoich czasów. Losy MacArthura ciekawie opisuje książka Marka Perry’ego – The Most Dangerous Man in America: The Making of Douglas MacArthur. A o jego sporze z prezydentem Trumanem przeczytacie w książce H. W. Brandsa – The General vs. the President: MacArthue and Truman at the Brink of Nuclear War.

W czasie Wojny w Korei wyszły z niego wszystkie najlepsze i zarazem najgorsze cechy. Geniusz wojskowy pozwolił mu najpierw przeprowadzić skuteczny desant pod Ichon. Ale kiedy w odpowiedzi do walki wkroczyły wojska chińskie, MacArthur zaczął tracić wyczucie proporcji i zaczął grozić użyciem broni atomowej – wbrew politycznej linii swoich mocodawców. Wspomniany spór w tej kwestii z prezydentem Trumanem doprowadził ostatecznie do jego odwołania i zmierzchu jego długiej kariery. „Stary żołnierz nigdy nie umiera, on po prostu odchodzi w cień” (Old soldiers never die, they simply fade away) – skomentował to, bez ironii, sam generał.

Pod względem charakteru George Marshall, również generał pięciogwiazdkowy i szef sztabu wojsk lądowych USA (Chief of Staff), a później sekretarz stanu (Secretary of State), był całkowitym przeciwieństwem MacArthura. W czasie wojny stał najwyżej ze wszystkich generałów, ale powszechnie twierdzono, że w odróżnieniu od nich jest całkowicie pozbawiony ego, które mogłoby przeszkadzać mu w pracy i podejmowaniu decyzji. Był powszechnie szanowany i ceniony jako jeden z najlepszych żołnierzy i organizatorów w historii. Sam Peter Drucker, prawdopodobnie najbardziej znany badacz teorii zarządzania, określił go jako jednego z najbardziej wpływowych „menedżerów” wszech czasów.

Marshall (po polsku: marszałek) jest zresztą także ciekawym przykładem, jak nazwisko może kształtować losy danej osoby i zawód przez nią wybrany – są na to badania, sami znacie na pewno wiele osób, których nazwisko pasuje do profesji, którą wykonują. A historycznie może było nawet odwrotnie – o czym świadczą nazwiska Smith, czy Kowalski.

Sam generał miał akurat do siebie zdrowy dystans – nie chciał, aby stworzono dla niego specjalne stanowisko „marszałka”, ponieważ wówczas byłby tytułowany „marshall Marshall” (skojarzenie z majorem Majorem z „Paragrafu 22” (Catch 22) Josepha Hellera jest jak najbardziej na miejscu). Po wojnie plan nazwany jego imieniem pozwolił odbudować Europę – a patrząc szerzej można spokojnie założyć, że bez Marshalla nie byłoby Unii Europejskiej. Jest laureatem pokojowej nagrody Nobla.

To co wypada podkreślić studiując biografię Marshalla, to jego wybitne zdolności przywódce, ale także obiektywny sposób, w jaki dobierał osoby do dedykowanych im zadań – pozbawiony osobistych resentymentów. Marshall mógł osobiście nie lubić Douglasa MacArthura (określał go w rozmowach jako „that fellow MacArthur” co znaczyło w jego słowniku coś na kształt SOB – po polsku powiedzmy „skurczybyk”), ale nie przeszkadzało to powierzać mu zadań i cedować pełnej odpowiedzialności za działania na froncie Pacyfiku. Brak wpływu osobistych uprzedzeń na decyzje to cecha wyłącznie największych liderów.

Książka Grooma nie wymienia natomiast innego znanego dowódcy, który nie miał może charyzmy Pattona, błyskotliwości MacArthura, czy doświadczenia i zdolności Marshalla, ale jednak to on w stosunkowo krótkim czasie wspiął się na wyżyny władzy wojskowej, a później także politycznej. We wpisie Szczęście pisałem o tym, jak bardzo czasy, w których się urodziliśmy mogą kształtować nasze losy. Biografia Eisenhowera jest tego bardzo dobrym przykładem.

Wywodzący się z niezamożnej rodziny i wychowany w Kansas Ike nie wyróżniał się na pozór niczym szczególnym i w trakcie swojej kariery utknął na 16 lat w randze majora. Nie walczył w I wojnie światowej, dowodząc jedynie ćwiczebnymi jednostkami na terenie USA. Szczerze powiedziawszy nie miał nigdy zobaczyć walki w polu z własnej perspektywy. Jego losy związały się ostatecznie z pozostałymi Bogami Wojny – jak określił ich Jonathan W. Jordan w książce American Warlords: How Roosevelt’s High Command Led America to Victory in World War – był przyjacielem Pattona i podwładnym MacArthura oraz Marshalla.

W miarę powolnych postępów swojej kariery i nabierania doświadczenia dał się natomiast poznać jako świetny organizator i wykonawca zadań, ale przede wszystkim jako człowiek bardzo towarzyski, pełen dyplomatycznego taktu. Uwielbiał grę w pokera i brydża (grał na bardzo wysokim poziomie), które jak żadne inne wyróżniają tych, którzy umieją dobrze czytać charakter i nastawienie przeciwnika. Miał też skromność człowieka, któremu dane było żyć w czasach Wielkiego Kryzysu i niezłomną siłę woli – w przyszłości miał z dnia na dzień rzucić nałóg palenia 4 paczek papierosów dziennie, ponieważ lekarz powiedział mu, że może to być niezdrowe.

Wiedział także dobrze, że nie chce być taki jak MacArthur – swoją służbę pod egocentrycznym generałem na Filipinach wspominał zawsze z duża rezerwą. Ale dzięki szkole charakteru, jaką była współpraca z trudnym szefem, potrafił później poradzić sobie w godzinie próby z innymi silnymi osobistościami – Churchillem, Pattonem, Marshallem, Omarem Bradleyem, czy Bernardem L. Montgomerym. I- jak zapowiadałem wyżej – jego kariera nabrała niezwykłego rozpędu w trakcie II Wojny Światowej.

W 1941 roku został jednogwiazdkowym generałem, wciąż nie był jednak brany pod uwagę jako znaczący dowódca z uwagi na brak doświadczenia bitewnego. Ale już w 1942 roku dostał swoją szansę – objął dowództwo nad frontem północnoafrykańskim, gdzie przyszło zmierzyć mu się z samym „Lisem Pustyni” – Erwinem Rommlem, ale także ważyć plany i interesy Aliantów (Operacja Torch).

Później była inwazja na Sycylię (Operacja Husky) i Włochy (Operacja Avalanche), a potem życiowa próba, czyli Operacja Overlord – inwazja na Normandię, największy desant w historii świata – 6 czerwca 1944 roku. W grudniu 1943 roku prezydent Roosevelt zdecydował, że to Ike, a nie Marshall będzie dowodził tą operacją – zdecydowały jak się wydaje zdolności polityczne Eisenhowera, którego styl bycia dawał po raz kolejny rękojmię dobrego wyważenia celów wojsk sprzymierzonych. I w ten sposób Dwight D. Eisenhower przeszedł do historii.

Inwazja na Normandię zakończyła się, jak dziś wiemy, sukcesem – zarówno dzięki wybitnemu poświęceniu żołnierzy, jak i wcześniejszym akcjom dezinformacyjnym (Operacja Fortitude). Najbardziej sugestywnym obrazem D-Day pozostaje film „Szeregowiec Ryan” (Saving Private Ryan) Stevena Spielberga z 1997 roku, w którym spośród wymienionych wyżej pojawia się postać Marshalla, a sierżant Mike Horvath (Tom Sizemore) po odbiciu plaży zbiera francuską ziemię do metalowej puszki i wrzuca ją do torby, gdzie widzimy jego poprzednie trofea – w tym puszkę podpisaną „Sycylia”, co ilustruje, że przeszedł już dotychczasową drogę Eisenhowera.

W grudniu 1944 roku Ike otrzymał koronną piątą gwiazdkę i najwyższy tytuł Generała Armii.

Po wojnie Eisenhower dowodził amerykańską strefą okupacyjną w Niemczech, zastapił Marshalla na stanowisku szefa sztabu i wspierał powstanie ONZ i NATO. Odwiedził Polskę raz – w 1945 roku, z zaskoczeniem oglądając na własne oczy stopień zniszczenia Warszawy. W 1948 roku został natomiast kierownikiem Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku, a w 1950 roku naczelnym dowódcą NATO (Supreme Commander of the North Atlantic Treaty Organization).

Eisenhower, pomimo swoich oczywistych zdolności, nie chciał pełnić funkcji politycznych, choć propozycja startowania w wyborach prezydenckich pojawiła się już w 1948 roku. Ostatecznie jednak zdanie zmienił i prezydentem został (jako trzeci generał w historii – po Waszyngtonie i Grancie), a funkcję tę miał sprawować przez dwie kolejne kadencje (w latach 1953-1961). Swoją kampanię w 1952 roku poprowadził pod chwytnym hasłem I like Ike i startując z ramienia Republikanów wygrał z Adlai Stevensonem z ogromną przewagą – zdobywając 442 głosy elektorskie (spośród 531) i wygrywając w 39 stanach (z ówczesnych 48). Wygrał, jak mówią Amerykanie, by a landslide.

Interesujące jest, że w trakcie swojej kampanii Eisenhower umiał zdystansować się zarówno do polityki Roosevelta, jak i Trumana, którą wcześniej wraz z nimi współtworzył. Tylko politycy są zdolni do takich wolt.

Przejdźmy natomiast teraz do osobistych zdolności Ike’a i tytułowej Macierzy Eisenhowera. Jak ustaliliśmy już, Ike wyprzedził w swoim życiu o wiele zdolniejszych od siebie i lepiej usytuowanych rywali w wyścigu na szczyty dowództwa wojskowego, a potem politycznej władzy. Jak tego dokonał?

Na pewno była to zasługa jego charakteru i zdolności politycznych, ale i bystrości umysłu i niezrównanej pracowitości, którymi jednak nigdy celowo nie epatował. Jeśli czytaliście wpis To, czego nie widać wiecie do czego zmierzam.

Jak twierdzi William I. Hitchcock w książce The Age of Eisenhower, Ike miał prawdziwie profesjonalny instynkt i zdolności organizacyjne, które pozwalały mu sprawiać wrażenie, że wykonywane zadania przychodzą mu z łatwością. W efekcie wydawało się, że wykonuje mniej pracy niż jej rzeczywiście wykonywał – i co ciekawe, był to dokładnie taki imidż, do jakiego dążył. Porównajmy to teraz z bombastyczną osobowością MacArthura, który swoimi zachowaniami hodował sobie wrogów, gdziekolwiek się udał. Zawsze udawaj, że jesteś głupszy niż jesteś – podpowiadał Ike – bo kiedy w końcu ujawnisz, że jesteś w istocie bardzo mądry, będzie to miało dla drugiej strony dodatkowy efekt zaskoczenia.

Wszystko wskazuje na to, że Dwight Eisenhower był wybitnym taskmasterem. Jest autorem znanego powiedzenia, że plany są może i bezużyteczne, ale planowanie jest nieodzowne. Czynność planowania pozwala bowiem zebrać niezbędne fakty, a co ważniejsze – przygotować się mentalnie na różne scenariusze, których już sama wojna przynosi tysiące, a rządzenie krajem w czasach zimnej wojny i atomowego zagrożenia – wielokrotnie tyle.

Anegdota głosi, że kiedy po przeprowadzce do Białego Domu obsługa przyniosła Eisenhowerowi dwie zalakowane koperty o znaczeniu państwowym, Ike od razu dostrzegł lukę w procedurach i ich nieefektywność. – Dlaczego nikt z moich ludzi nie przeczytał tych listów przede mną!? – spytał z oburzeniem, wprawiając w konsternację wszystkich przyzwyczajonych do starych prezydenckich zwyczajów. I nie był to pokaz intelektualnego lenistwa, czy arogancji – Eisenhower wierzył w procesy i procedury, delegowanie zadań oraz w to, że nie może sam zajmować się wszystkim. Że musi odróżniać rzeczy ważne (na swoim stanowisku) od tych, które może zlecić do wykonania komuś innemu. To dzięki temu znajdował czas również na ulubioną grę w golfa. Prowadząc jednocześnie Amerykę na drogę bezprecedensowego wzrostu gospodarczego oraz ogromnych inwestycji.

To, co wyróżniało Dwighta D. Eisenhowera jako przywódcę była zatem jego zdolność do organizowania procesów oraz dostrzegania i dawania priorytetu rzeczom naprawdę i długoterminowo ważnym.

W trakcie swojej, jak się wtedy wydawało, bezproduktywnej służby międzywojennej, Eisenhower dowodził transkontynentalnym konwojem, poznając na własnej skórze fatalny stan krajowych dróg. To wspomnienie sprawiło, że kiedy już został prezydentem zainicjował największy i najdroższy w historii, ale jednocześnie niezwykle ważny projekt infrastrukturalny – budowę amerykańskiego systemu autostrad (Interstate Highway System). Można zgodzić się z Wojciechem Orlińskim (za tytułem jego książki), że „Ameryka nie istnieje” (taka, jaką ją znamy z legend i filmów). Ale drogi łączące poszczególne miasta i miasteczka – na pewno tak.

Eisenhower podłożył również kamień węgielny pod powstanie bardzo znanej organizacji, którą przywoływałem już wielokrotnie w historiach na tych łamach – NASA (National Aeronautics and Space Administration). Wprowadził też Civil Rights Act z 1957 roku, pierwszą dużą reformę praw obywatelskich od czasów Wojny Secesyjnej, która była kolejnym w latach 50-tych XX wieku (obok wyroku Sądu Najwyższego Brown v. Board of Education) wyłomem na rzecz praw ludności Afroamerykańskiej. Za jego kadencji zakończyła się wojna w Korei, a do Unii Stanów Zjednoczonych przystąpiły dwa nowe stany – Alaska i Hawaje. Natomiast zimna wojna pomiędzy Ameryką a Rosją pozostała dzięki jego staraniom taka, jak być powinna. Zimna.

To wszystko nie byłoby zapewne możliwe, gdyby Ike nie umiał odróżnić rzeczy ważnych (important) od rzeczy pilnych (urgent). Jak sam przyznawał – „Mam dwa rodzaje problemów: pilne i ważne. Te pilne nie są ważne, zaś te ważne nigdy nie są pilne” (I have two kinds of problems, the urgent and the important. The urgent are not important, and the important are never urgent).

Wiele lat później Stephen Covey, w znanej książce „7 nawyków skutecznego działania” (The 7 Habits of Highly Effective People), przywołał ponownie te dylematy Eisenhowera. Tak zwana Macierz Eisenhowera (the Eisenhower Box lub Matrix) przypomina kwadrat i dzieli się na 4 ćwiartki:

1. Ćwiartka I – rzeczy Ważne i Pilne (górna lewa strona) – zadania, które muszą zostać zrealizowane jak najszybciej; sprawy, mające ściśle określony limit czasowy, nagłe sytuacje, które wymagają natychmiastowego rozwiązania oraz rzeczy, które powinny być rozwiązane już jakiś czas temu w przeszłości.

2. Ćwiartka II – rzeczy Ważne i Niepilne (górna prawa strona) – zadania, których realizacja nie musi zostać ukończona w jak najszybszym czasie, często związane z samorozwojem.

3. Ćwiartka III – rzeczy Nieważne i Pilne (dolna lewa strona) – sprawy, które należy szybko rozwiązać, ale nie mają dużej rangi ważności; można wobec tego oddelegować je do realizacji dla innej osoby.

4. Ćwiartka IV – rzeczy Nieważne i Niepilne (dolna prawa strona) – zadania, które tak naprawdę nie powinny zajmować naszej uwagi, należy ograniczyć ich udział w naszym codziennym życiu.

Jako ludzie mamy niestety tendencję do przekładania spraw pilnych i terminowych nad naprawdę ważne, stąd analiza zadań, a nade wszystko zdawanie sobie sprawy, że istnieją w naszym życiu sprawy pilne i jednocześnie nieważne, jest bardzo istotna.

Pojawia się oczywiście pytanie, jak odróżnić rzeczy ważne od nieważnych? Można w tym celu zadać sobie pytanie, jakie na pewno zadawał sobie sam Ike – czy dana sprawa będzie miała znaczenie za rok, za dwa lata i za dekadę? Jeśli tak – jest to niewątpliwie sprawa ważna. Nawet jeśli w danej chwili nie wydaje się pilna.

I tak jak istnieją cztery pola w Macierzy Eisenhowera, tak istnieje też teoria czterech pór cyklu cywilizacyjnego, w którą życiorys i czasy przywołanego dziś człowieka dobrze się wpisują. Zgodnie z nią trudne czasy tworzą silnych ludzi, którzy następnie dzięki swojemu wysiłkowi, wizji i umiejętności identyfikowania rzecz ważnych kreują dla następnych pokoleń dobre czasy. Następnie niestety dobre czasy kreują słabych ludzi, którzy poprzez swój brak wizji, umiejętności dostrzegania rzeczy ważnych i brak zapobiegliwości kreują czasy trudne.

A potem cykl się powtarza.