Dokładnie 22 lata temu, John Glenn, Senator USA ze stanu Ohio, ponownie poleciał w kosmos.
Była to regularna misja amerykańskiego programu wahadłowców, już czwarta w samym tylko 1998 roku, 92 w ogóle i 25 dla niezawodnego promu kosmicznego Discovery. I jako taka pewnie nie przyciągnęłaby specjalnego zainteresowania, gdyby nie dwa fakty. Powrót na orbitę Johna Glenna oraz pierwszy lot w kosmos w wykonaniu Hiszpana.
John Glenn nie był oczywiście pierwszym astronautą, który poleciał w kosmos po raz drugi w życiu. Przykładowo, dla dowódcy tej misji numer STS-95 (uwaga: numer misji niekoniecznie odpowiada kolejnemu numerowi lotu programu wahadłowców) Curtisa Browna był to już czwarty lot w kosmos, a dla specjalisty polskiego pochodzenia Scotta Parazynskiego – trzeci. Ale Glenn był kimś szczególnym – był bowiem, jakby to dobrze ująć, pierwszym-pierwszym amerykańskim kosmonautą na orbicie, który poleciał na nią po raz drugi. I do tego najstarszym.
Prawie czterdzieści lat wcześniej, John Glenn został pierwszym amerykańskim astronautą, który wykonał prawdziwy lot orbitalny. Piszę prawdziwy, ponieważ wcześniejszy, debiutancki lot Alana Sheparda był tak naprawdę piętnastominutowym lotem „suborbitalnym po trajektorii balistycznej”. Czyli, mówiąc po ludzku: Shepard został zamknięty w kapsule i wystrzelony w kosmos niczym pocisk, po czym niedługo potem spadł jak kamień do oceanu. Natomiast Glenn, jak wcześniej Jurij Gagarin, okrążył Ziemię po jej orbicie – i to nie raz, jak legendarny Rosjanin, ale łącznie trzy razy.
Glenn, urodzony w 1921 roku, miał wówczas 41 lat i był najstarszy wśród swoich siedmiu kolegów, których świat zna szerzej jako Siódemkę Programu Mercury (Mercury Seven). Pierwszego zorganizowanego zespołu amerykańskiego programu lotów kosmicznych. Byli to: Scott Carpenter, Gordon Cooper, John Glenn, Gus Grissom, Wally Shirra, Alan Shepard i Deke Slayton.
Kiedy przystępowali w 1958 roku do kwalifikacji do programu, byli już odznaczonymi i wyróżniającymi się wojskowymi pilotami. Ich koledzy nie mogli pojąć, dlaczego chcą porzucić godną pracę w lotnictwie, marynarce, legendarnej bazie Edwards, krótko mówiąc armii – na rzecz zostania „królikami doświadczalnymi”, zamykanymi w stalowych puszkach bez sterów i skrzydeł i wystrzelanymi w przestrzeń. To nie było godne Pilota. Wtedy każdy chciał być jak Chuck Yeager, pierwszy człowiek, który przekroczył barierę dźwięku. A nie jak, nie przymierzając, szympans, po którym trzeba wycierać z kabiny małpie odchody. Te żarty pojawiły się oczywiście później, kiedy małpa Ham bardzo dobrze poradziła sobie z postawionym jej zadaniem. Na początku było po prostu zdziwienie.
Ale kiedy program się zakończył, byli oni już celebrytami i bohaterami narodowymi na skalę nigdy wcześniej (i później) już nie widzianą. Przynajmniej przez ten wyjątkowy, historyczny moment.
Glenn, świetny sportowiec i charyzmatyczny blondyn, również miał za sobą bogatą karierę jako pilot. Podczas II wojny światowej odbył niemal sześćdziesiąt lotów bojowych. W wojnie koreańskiej – dziewięćdziesiąt. Za bojowe zasługi wielokrotnie odznaczany był m.in. Krzyżem Lotniczym (Distinguished Flying Cross). A później, jak wielu doświadczonych pilotów jego czasów (w tym Neil Armstrong – pierwszy człowiek na Księżycu), został pilotem doświadczalnym w złotej erze samolotów odrzutowych.
W 1957 roku stał się sławny ustanawiając ówczesny rekord w transkontynentalnym locie z Los Angeles do Nowego Jorku. Trasę od Pacyfiku do Atlantyku o długości 3.935 kilometrów pokonał pilotując samolot F8U Crusader w 3 godziny i 23 minuty, tankując w locie 3 razy i wykonując przy okazji pierwsze zdjęcie całego kontynentu z lotu. Na marginesie: obecny najlepszy czas należy do najszybszego samolotu wszech czasów – SR-71A Blackbird (1 godzina i 7 minut).
Koledzy krytykowali wówczas Glenna, że jest „zbyt do przodu” i samolubnie wyrywa się do sławy. On widział to inaczej – gdyby nie wykazał inicjatywy, toby tego historycznego lotu nie odbył. Proste. Nie próbujesz – nie wygrywasz.
Kiedy zainteresował się zatem zapowiedzianym właśnie pierwszym amerykańskim programem kosmicznym, nie dawał sobie może (jako członkowi marynarki, a nie lotnictwa) wielkich szans. Ale nie byłby sobą, gdyby nie spróbował i nie podjął inicjatywy. Oraz nie wykorzystał danej mu szansy do maksimum.
Idealny kosmonauta Programu Mercury musiał spełniać kilka wymogów:
- Musiał mieć mniej niż 40 lat (był to zatem ostatni dzwonek);
- Musiał mieć mniej niż 180 centymetrów wzrostu (bezwględnie, inaczej nie zmieściłby się w kapsule Mercury – kto widział jedną z nich, np. w National Air and Space Museum w Waszyngtonie, ten wie o co chodzi);
- Musiał być w świetnej formie fizycznej (to nie było problemem, Glenn był od młodości zapalonym sportowcem, znany był z dyscypliny, wczesnego wstawania i porannych joggingów, czym nieco deprymował pozostałych konkurentów);
- Powinien mieć licencjat z nauk technicznych (Glenn go nie miał, ale za to miał charyzmę, był wygadany i miał wybitne osiągnięcia praktyczne na poparcie swoich ambicji);
- Powinien być pilotem z doświadczeniem w lataniu odrzutowcami (a dla Glenna był to przecież chleb powszedni).
Glenn, pomimo wchodzenia już w wiek średni, wypadł doskonale w testach i 2 kwietnia 1959 został członkiem pierwszej, historycznej i pionierskiej grupy kosmonautów, wybranej z grupy ponad pięciuset kandydatów.
I już podczas pierwszej konferencji prasowej widać było jak na dłoni oczywisty fakt – Glenn był naturalnym liderem – przystojny, charyzmatyczny i wygadany jak najlepszy polityk. A przy tym był kompetentny, niebywale zdyscyplinowany i pewny siebie. Miał to coś, co Tom Wolfe w swojej fantastycznej książce o pierwszych lotach w kosmos określił jako The Right Stuff („Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos”).
Choć zapowiadał się jako pierwszy Amerykanin w kosmosie, pierwszym okazał się jednak Alan Shepard. Glenn mógł więc tylko z zazdrością patrzeć, jak jego kolega określany jest „drugim Charles Lindberghiem”, fotografuje się z prezydentem, zbiera państwowe zaszczyty i jest fetowany w spektakularnej paradzie. Jego krótki lot, z zaledwie 5 minutami nieważkości, nie był co prawda wielkim osiągnięciem technicznym, ale był Pierwszy. Plus, co w świetle zawstydzających porażek dotychczasowego amerykańskiego programu kosmicznego nie było bez znaczenia, jego rakieta (Mercury-Redstone 3) nie wybuchła, jak kilka poprzednich, na szczęście bezzałogowych. No i co najważniejsze – zrobił to dla Kraju! Tego, który tak wyraźnie przegrywał dotąd w kosmicznym wyścigu z ZSRR.
Poczucie porażki było przedwczesne. John Glenn miał jeszcze otrzymać swoją szansę na zapisanie się w historii. Następny w kolejce był co prawda Gus Grissom. Ale to Glenn miał jako pierwszy polecieć w ramach kolejnego etapu rozwoju programu kosmicznego – na szczycie nowej rakiety Mercury-Atlas 6. Po długich ćwiczeniach i testach, a następnie aż 11-dniowym odliczaniu, przerywanym awariami, w końcu nadszedł czas na życiową misję Johna Glenna.
20 lutego 1962 roku Glenn wcisnął się do wnętrza kapsuły Friendship 7 umieszczonej na szczycie rakiety Atlas. Leżał na wysokości 9 pietra, w poziomym fotelu, przechodząc przez procedury startowe i obserwując przez peryskop otoczenie wyrzutni. Rakieta Atlas była zatankowana ponad cztery razy większą ilością paliwa niż ta, która wyniosła na granicę kosmosu Alana Sheparda. 80 ton ciekłego tlenu o temperaturze minus 293 stopni celsjusza sprawiało, że konstrukcja rakiety cały czas pracowała, wydając niepokojące dźwięki. Glenn widział tysiące ludzi zgromadzonych na plażach Florydy, niektórzy z nich koczowali w namiotach od miesiąca, czekając na jego start. To był naprawdę historyczny moment. Czy Glenn się bał? Twierdził potem, że nie, że ten dzień był dla niego tym samym, co dla aktora prawdziwy występ, po setkach wcześniejszych treningowych prób. Próba ostateczna. Skupił się zatem na opanowaniu oddechu i pulsu, cały czas monitorowanego przez wszechobecne czujniki. Chciał pokazać wieży kontrolnej i światu pełen spokój.
Silniki wystartowały. Na 20 sekund przed startem Glenn poczuł przypływ adrenaliny. Ale sam start okazał się, przynajmniej na tle wymagających lotów w myśliwcach i wykańczających ćwiczeń w wirówce, zaskakująco spokojny.
– Godspeed, John Glenn – powiedział przez radio Scott Carpenter.
W 30 sekund rakieta osiągnęła prędkość dźwięku, wciskając Glenna coraz głębiej i głębiej w fotel. Ale nawet w momencie największego naprężenia dynamicznego i przeciążenia sięgającego 6 czy 7g było lżej niż na ćwiczeniach. Następnie silniki asystujące odłączyły się, przez moment było spokojnie, po czym opuszczając siły grawitacji Ziemi Glenn znów przyśpieszył. Z szybkością jednej tony paliwa na sekundę.
I nagle wszelkie siły ustały. Podobnie jak poczucie przestrzeni i kierunku. Nieważkość. – Zero przeciążenia i czuję się dobrze – zaraportował Glenn. – Kapsuła się obraca… Wiedział, że powinien powiedzieć coś więcej, wszyscy przecież na to czekali. To w końcu on był tym najbardziej wygadanym z całej Siódemki. – Widok jest wspaniały! – dodał.
Lot Johna Glenna trwał 4 godziny i 55 minut. Widział wschody i zachody słońca, widział oślepiające światła australijskiego Perth, które zapalono specjalnie na jego przelot, widział dziwne, świecące iskry na krawędziach kapsuły. Nie obyło się bez przygód – w czasie ponownego wejścia w atmosferę czujniki zasygnalizowały poluzowaną osłonę termiczną, co groziło spaleniem kapsuły przy powrocie na Ziemię. Nic takiego na szczęście nie nastąpiło i Glenn ostatecznie bezpiecznie wodował. A na Ziemi czekało go powitanie życia.
Glenn miał zatem w końcu swoją paradę (wiekszą niż wszystkie poprzednie), swoje spotkanie z prezydentem, swoje wiwatujące tłumy, a nawet przemówienie do obu izb Kongresu. Stał się z dnia na dzień ikoną Ameryki i ludowym bohaterem, przyćmiewając wszystkich kosmonautów i pilotów przed nim. Mówiono, że jest dla Narodu zbyt wielkim skarbem, aby ryzykować ponowny lot w kosmos. Przynajmniej teraz, kiedy wciąż jest młody i piękny.
Na swoją kolej czekali już zresztą kolejni z Siódemki. Potem pojawiła się ambitna grupa nowych kosmonautów programu Gemini i Apollo – Neil Armstrong, John Young, „Buzz” Aldrin i inni. Glenn wypełnił swoją misję, nie było tu już dla niego miejsca. Został zatem tym, na kogo tak dobrze się zapowiadał – politykiem.
Pełnił tę funkcję przez kolejne niemal cztery dekady, był czterokrotnym Senatorem rodzinnego stanu Ohio (to rekord), chciał nawet zostać prezydentem. Podobnie jak niemal wszyscy pozostali koledzy z Programu Mercury miał wieść długie i udane życie. W międzyczasie Shepard, wtedy już milioner i biznesmen, jeszcze raz poleciał w kosmos, tym razem aż na Księżyc. Deke Slayton dowodził z kolei z Ziemi kolejnymi lotami kosmicznymi. I tylko Gus Grissom, najbardziej zdeterminowany, aby jako pierwszy stanąć na srebrnym globie, zginął w tragicznym wypadku Apollo 1.
W wieku 76 lat, 20 lutego 1997 r., w 35 rocznicę swojego lotu w kosmos, John Glenn zapowiedział przejście na emeryturę z końcem kadencji Senatu. Tłumaczył to „powszechną chorobą zwaną wiekiem”. Ale miał przed sobą jeszcze sporo życia. I jeszcze jedną misję do zrealizowania.
29 października 1998 r., 77-letni Glenn poleciał w kosmos po raz drugi i ostatni. Był wówczas i do dziś pozostaje najstarszym człowiekiem w kosmosie. Na pokładzie wahadłowca Discovery, tego samego, który przywrócił Amerykanom nadzieję po katastrofie Challengera (a w przyszłości także Columbii) i wyniósł na orbitę teleskop Hubble, spędził w kosmosie 8 dni i 21 godzin i okrążył Ziemię 134 razy. Badano na nim wpływ podróży kosmicznej na organizm starszego człowieka. Problemów, poza zaawansowanym wiekiem, nie stwierdzono.
Spotkał i przeżył wielu prezydentów – pierwszym, który mu osobiście gratulował był John F. Kennedy. Teraz otrzymał na orbicie e-mail od Billa Clintona. W dobie Internetu trudno uwierzyć, ale był to jeden z pierwszych e-maili wysłanych kiedykolwiek przez amerykańskiego prezydenta.
I mimo, że był najstarszy z Siódemki Mercury, przeżył także ich wszystkich. Zdążył także poprowadzić pożegnalną ceremonię promu Discovery, który po zakończeniu służby trafił do muzeum.
John Glenn zmarł w 2016 r. w wieku 95 lat. Z licencji pilota zrezygnował dopiero, gdy miał lat 90.