Kategorie
Punkt widzenia Styl życia

Gear Acquisition Syndrome

Za oknem wciąż zima, podryfujmy zatem – przynajmniej myślami – do wiosny.

Poruszyłem tu ostatnio temat rowerów (Gravel), ilustrując przy tej okazji, w jaki sposób przemysł (w tym przypadku sportowy) kształtuje nasze gusta i potrzeby. Lepsze jest jak wiemy wrogiem dobrego, ale na pewno nie dotyczy to branży handlowej – tu aby interes się kręcił, trzeba wciąż wymyślać nowe nisze i kreować oraz bezustannie szerzyć wśród konsumentów nowe potrzeby, mody i aspiracje.

Rower jaki jest każdy widzi – zasadnicza konstrukcja nie zmienia się od stu lat, a jednak wciąż wymyślane są różne nowe „ulepszenia”. Nie są to przy tym innowacje tak spektakularne, jak w przypadku nowych samochodów – rzecz dotyczy głównie kwestii materiałowych, stylistycznych i niewielkich jedynie innowacji technicznych (10, 11, 12, 13 przełożeń tyłu – kto da więcej?), a i tak pozwala to wciąż pompować ceny w górę. Kolekcja zmienia się raz do roku, tu nie ma miejsca na miękką grę.

Warren Buffett mówił, ze dobre biznesy od złych odróżnia to, że w tych pierwszych istnieje możliwość ciągłego i bezproblemowego podnoszenia cen. Pod tym względem przemysł rowerowy to bardzo dobry biznes.

Wiele z wprowadzanych „innowacji” staje się oczywiście z czasem karykaturą samych siebie i znika szybko – z mniej lub bardziej podwiniętymi ogonem. Ale potem przychodzą nowe, a po nich nowsze. Trend ten na pewno nie będzie zwalniał, ponieważ wraz z rozwojem technologii wchodzimy obecnie bardzo szybko w obszar elektromobilności, co otworzy ten rynek na kolejne osoby, nie tylko sportowych entuzjastów.

Kontynuując temat siły marketingowej nowoczesnego przemysłu oraz naiwności entuzjastów, poruszymy zatem dziś delikatny temat GAS.

Gear Acquisition Syndrome, czyli wewnętrzny lub zewnętrzny przymus kupowania nowych rowerów lub Rzeczy do roweru, to nałóg silny jak uzależnienie od opiatów – w tej drugiej kwestii polecam książkę Sama Quinonesa – „Dreampland. Opiatowa Epidemia w USA” (Dreamland: The True Tale od America’s Opiate Pandemic). Dzieli się ów nałóg na dwa rodzaje – przymus narzucony oraz wyższą konieczność. Zacznijmy dziś od tego pierwszego.

Każdy kto kiedykolwiek myślał o kupnie roweru, a następnie myśli te wdrożył w życie wie, jak wygląda ten proces. Bierze się ze sklepu katalog lub wchodzi chaotycznie na stronę internetową. Jeśli jest się zupełnym „leszczem” w temacie, to się jeszcze najpierw kogoś zaufanego pyta, w stylu: „jaki rower mógłbym kupić w dużym budżecie 2 tys. zł?”, aby spotkać się ze wzrokiem pełnym politowania. I odpowiedzią, że „za 2 tys. zł to ja, kolego, robię sobie regularnie bikefitting, ponieważ jestem tak wytrenowany, że co roku jestem coraz młodszy i się zmniejszam jak Benjamin Button”. Albo wydaję tyle miesięcznie na batony (nomen omen) energetyczne i golenie nóg, aby być szybszym na segmentach. Czy coś tam równie zniechęcającego.

Po takim pierwszym zderzeniu nowicjusz wie już, że nie ma co szukać i startować z tematem poniżej kwot pięciocyfrowych. Wszystkie nieśmiałe stwierdzenia, że „w sumie taki tańszy rower byłby w porządku” i „dla mnie wystarczający” spotyka się z bezwzględną reakcją „znawców tematu” w stylu – nie marudź chłopcze, musi być trójkąt z karbonu, conajmniej stopiątka w dużym blacie, a najlepiej weź Ultegrę i do tego dobry pakiet aero, aby cię nie leszczyli na drodze do Gassów (znów nomen omen – każde miasto ma swoją trasę tego typu). Inaczej nie pojedziesz, idź na autobus.

Zatem nawet jeśli podeszliśmy do sprawy idealistycznie i nie chcieliśmy mieć GAS, to zaczynamy szybko rozumieć czym on jest. Albo nie, jeszcze nie rozumiemy, ale już weszliśmy na jego ścieżkę. Olśnienie przyjdzie później.

Zaglądamy następnie nieśmiało do katalogu znanej marki, którą wskazali bardziej doświadczeni koledzy jako jedyną słuszną. Faktycznie wszystko jest tam piękne. Ludzie się uśmiechają, rowery lśnią w pełnym słońcu i lśnią także te piękne gadżety na tych ludziach umiejscowione (product placement).

Tak, ludzie ci mają piękne uśmiechy – pewnie dlatego, że mają też piękne kaski, ubrania i buty. Są nieskazitelni, ich buty są białe jak proteza po Corega Tabs. Mają też piękne dodatki – szczególnie te okulary i koszulki w romby. A na rowerach też coś się ciekawego pojawia. Na jednej stronie jest rower zupełnie goły, a na drugiej jest jego zdjęcie w ruchu – z jakimiś szykownymi torbami, trzymadłami, nawigacją i światełkami.

„Tyle jest różnych pokus, strasznie dużo / Jak się im wszystkim nie dać, bardzo trudno / Co raz to jedna z drugą lezą pod oczy / Oj pełno jest okazji żeby się stoczyć” (Elektryczne gitary – „Żądze”).

Czytelnik katalogu dostrzega także, że rowery ułożone są w nieprzypadkowej kolejności. Zależnie od polityki marki, ale zaczyna się to listowanie zwykle od roweru najdroższego. Jest to sprytne zagranie – jak zobaczysz czym ten top-of-the-line rower został obdarzony, to każdy następny model powoduje już u ciebie poczucie straty. Chciałbyś mieć zapewne te wszystkie opcje, które dają najwyższe modele, w sumie coś ci się przecież od życia należy. Czy ich potrzebujesz – nie wiesz, ale dlaczego miałbyś być pozbawiony doświadczeń tych szczęśliwych ludzi ze zdjęć? Albo nie być jak ci znani kolarze? Czy nie należy ci się, jako obywatelowi płacącemu podatki, Ultegra lub Dura-ace? A jeśli kibicujesz Tadejowi na Campagnolo to pewnie i Super Record.

I tak granica tego, co wydawało ci się, że chcesz i potrzebujesz zaczyna się szybko przesuwać. W górę. Nie będziesz przecież jeździł na byle czym. Chodzi o twoją godność. Oraz rozsądek i biznesowy spryt. W końcu czytałeś, że „kupując tanio, kupujesz szajs”, czy jak to tam brzmi w języku fenickim.

Jeśli już bardziej wsiąkłeś w klimat (a neofici chłoną temat bardzo szybko), to jako uzasadnienia użyjesz też pewnie „Reguły 25” pewnego bractwa, którą wskażą ci szybko i niezawodnie twoi koledzy. „Rower, który znajduje się na twoim samochodzie powinien być droższy niż ten samochód. Albo choć relatywnie droższy” – The Velominati – The Rules: The Way of the Cycling Disciple.

Małżonce powiesz oczywiście cenę podzieloną przez trzy. I tak się nie połapie – chyba, że jako zdeklarowany pantoflarz weźmiesz ją do sklepu na przymiarki, ale wtedy nie licz, że zajdziesz daleko. „Moim najgorszym koszmarem jest, że umrę a moja żona sprzeda moje rowery po cenie, za jaką powiedziałem jej, że je kupiłem” – brzmi znane motto wszystkich bike freaków.

I tak w krótkim czasie z kogoś pragmatycznego, kto chciał sobie tanim kosztem sprawić po prostu rower do rekreacyjnego jeżdżenia, przez marketing jawny i szeptany oraz sztuczne kreowanie potrzeb, wspierane perswazyjną argumentacją ludzi jakoby wiedzących w temacie więcej od ciebie, ewoluowałeś do ofiary pierwszego rodzaju GAS.

Dalej sprawy idą już szybko i przewidywalnie. W sklepie okazuje się, że rower który upatrzyłeś sprzedawca ocenia średnio lub udziela sprzecznych ze sobą porad. Może nawet dokonujesz niezaplanowanego „upgrejdu” w trakcie zakupów. Specjalista ów nie jest ci choćby w stanie za dużo podpowiedzieć co do właściwego rozmiaru, w zasadzie dopiero w sklepie dowiadujesz się, że rowery występują w jakichś rozmiarach. Wiesz z własnego leasingu, że jest różnica między BMW 3 i 5 (chyba, że wolisz na przykład Z gwiazdą na masce), ale że jest różnica wielkości w ramach pojedynczego modelu roweru to nowość. Sprzedawca poleca zrobić sobie bikefitting. Na twoje asertywne pytanie jak to się stało, że ludzie od lat kupowali rowery, podwyższali tylko siodełka i jechali nie potrzebując żadnego fittingu, widzisz w odpowiedzi wzrok podobny do tego, jaki spotkał cię, gdy na samym początku wystartowałeś z tymi dwoma tysiączkami w dużym nominale, więc czym prędzej się zamykasz. Trzeba to trzeba – skoro tak mówi ekspert.

Wysupławszy regulaminową kwotę pięciocyfrową masz zamiar szybko dokonać zakupu i oddalić się w celu jak najszybszej konsumpcji nowego związku. Ale hola, hola. Będzie pan jeździł na takim rowerze w zwykłych butach, na zwykłych pedałach? No co pan? Przechodzisz więc szybką lekcję systemów mocowania pedałów, słyszysz coś o „blokach”, „espedekach”, „ofssecie” i „floatcie”. Nic z tego nie rozumiesz, więc kupujesz drogie białe buty. Martwisz się trochę, że mogą być za małe, ale akurat większy rozmiar już wyszedł.

Do tego obowiązkowe spodenki z lycry. Trochę się wstydzisz bo jak w tym człowiek wygląda, ale koledzy mówili, że bez tego się na rower nie wsiada. Ucisk siodełka jakoby źle wpływa na płodność, a Lance Armstrong podobno dostał nawet od tego raka (hormonu wzrostu akurat nie bierzesz, więc część ryzyka już ograniczyłeś, ale po co ryzykować bardziej). No to kupujesz. Stając się szybko tzw. middle-aged-man-in-lycra – w skrócie: MAMIL.

Do tego padasz ofiarą pewnej prostej psychologicznej sztuczki. Czy zauważyłeś, że kupując garnitur zawsze jesteś nagabywany o dokupienie dodatkowo koszuli, krawatu i paska? To dlatego, że ich jednostkowa cena, choć sama w sobie niemała, jest relatywnie niewielka w porównaniu do nabytego właśnie garnituru z włoskiej wełny. W ten sposób sprzedawca rowerów szybko lokuje w twoim koszyku światełka, torebeczki, liczniki i co tam uda się mu zrzucić ze zleżałych zapasów. Zrobiłbyś lepszy interes najpierw researchując te sprzęty i kupując je odrębnie, ale nie masz już na to czasu – jest tu i teraz, proces sprzedaży trwa, magia wisi w powietrzu – ze sklepu rowerowego, jak i z kasyna, nie wychodzi się z pieniędzmi.

Po wydaniu w końcu kwoty pięciocyfrowej, ale wzbogaconej jeszcze o kilkunastoprocentowy narzut w postaci Rzeczy, zostajesz pouczony o warunkach gwarancji, która zakłada częste i kosztowne przeglądy u mechanika, który wydaje się być kolegą twojego syna z podstawówki. No ale cóż, umowa to umowa, prawo to prawo. 10 lat gwarancji na ramę zawsze się przecież przyda, może sklep jeszcze będzie istniał do tego czasu.

Ale sam rower jeździ wspaniale.

Na pewno przez pierwszych kilka tygodni.

A potem jest samo życie. Białe buty szybko stają się szare i jest to jednak pewne rozczarowanie. Spodenki z lycry przecierają się. Sam rower też zdradza niedoskonałości – przerzutki przestają dobrze zmieniać biegi, trzeba jechać na przegląd, aby specjaliści podregulowali, bo to przecież jakiś witchcraft. A terminy już wszystkie zajęte w tym sezonie.

Szybko zaczyna dziwić cię fakt, jakie to wszystkie jest nietrwałe. Gdyby opony w twoim samochodzie były zrobione z podobnego „gównolitu” jak te w twoim rowerze (a kosztują podobne pieniądze) to łapałbyś flaka codziennie. A dwa razy w tygodniu miałbyś poważną awarię czegoś innego. Co i rusz coś się luzuje, wyciąga, pęka, wymaga wymiany. Trzeba to naprawiać.

I tak płynnie dochodzimy do drugiej odsłony GAS.

Ale o tym już przy innej okazji.