Kategorie
Czy pamiętasz? Historie Kartka z kalendarza

Nadal dobrze Pani w zielonym

Dziś mijają dokładnie 134 lata od odsłonięcia przez prezydenta Grovera Clevelanda Statuy Wolności w Nowym Jorku.

Jej drugie imię to „Wolność opromieniająca świat” (Liberty Enlightening the World). W chwili swojego debiutu była… najwyższą budowlą w Nowym Jorku (93 metry). Obecnie to już nie największa czy najwyższa, ale na pewno najbardziej znana statua na świecie, obok Chrystusa Zbawiciela z Rio de Janeiro. Oczywiście są na świecie posągi Buddy mierzące dwa razy tyle. Ale Statua Wolności to ponadczasowy i uniwersalny symbol.

Statua przedstawia, czy w zasadzie jest, Libertas – rzymską personifikacją wolności. Motyw ten nie jest obcy mitologii i symbolice USA – ta sama postać, choć oczywiście w innym anturażu, występuje razem z Temidą w herbie Nowego Jorku, a jej wizerunek był bity na znanej złotej monecie 20-dolarowej (tzw. Double Eagle). Już od ponad półtora wieku zdobi ona także budynek Kapitolu w Waszyngtonie. Ta konkretna jest natomiast w swojej pozie i wyglądzie wzorowana, jak się zaraz okaże nieprzypadkowo, na jeszcze starszej bogini – egipskiej Izydzie.

Statua stoi na wyspie Liberty Island, u ujścia rzeki Hudson do Oceanu Atlantyckiego. Wita stąd od lat wszystkie przypływające statki. Była zatem pierwszym obrazem Nowego Świata dla ponad 12 milionów imigrantów, którzy w nadziei na lepsze życie przekroczyli bramy niedalekiej Ellis Island między 1892 a 1954 rokiem. Dla nich była prawdziwą ikoną, obietnicą wolności i nadzieją na przyszłość. Jest dla nas, praktycznie od zawsze, charakterystycznym symbolem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, a także – obok Empire State Building – samego Nowego Jorku.

Znamy ją bardzo dobrze w jej zarysie – stojąca na wysokim piedestale kobieta w zieleni, ubrana w długą szatę, trzymająca wysoko w prawej dłoni pochodnię, a w lewej tablicę, na której umieszczona jest zapisana cyframi rzymskimi data uzyskania niepodległości przez Stany Zjednoczone (JULY IV MDCCLXXVI – 4 lipca 1776 roku). Na głowie „kwietny ma wianek”. W tym przypadku jest to jednak charakterystyczna 7-kolczasta korona. U jej stóp, choć trudno go dostrzec na pierwszy rzut oka, leży zerwany łańcuch – symbol niedawnego (z jej perspektywy) zniesienia niewolnictwa.

Choć jej żywiołem jest mitologia, jej ziemskim ojcem jest francuski rzeźbiarz Frédéric August Bartholdi. Bo gdyby nie jego marzenie i determinacja, statua ta nigdy by nie powstała.

Jako młody człowiek Bartholdi odwiedził Egipt, gdzie zachwycił go czołowy projekt infrastrukturalny ówczesnego świata – Kanał Sueski. Wówczas postanowił, że kiedyś zrealizuje własne, epokowe dzieło.

A kiedy Bartholdi coś sobie postanowił, to musiał to zrealizować. Na wystawie światowej w Paryżu w 1867 roku spotkał się z kedywem Egiptu i roztoczył przed nim wizję stworzenia dzieła monumentalnego – jak sam Sfinks i wielkie piramidy. Wtedy po raz pierwszy narysował kobietę z pochodnią w dłoni, ubraną w egipską szatę fellah. Miała ona stanąć u wrót nowego Kanału Sueskiego – niczym Kolos Rodyjski (jeden z 7 Cudów Świata antycznego) u wrót portu, od którego wziął nazwę. Gdyby to zlecenie doszło do skutku, statua byłaby dziś na pewno symbolem Egiptu. Zamiast niej w tym miejscu stanęła wówczas bardzo efektowna, ale dziś niespecjalnie już wyróżniającą się latarnia morska w Port Said.

Do pierwszej umowy zatem nie doszło i Bartholdi zaczął szukać nowego miejsca dla swojego ósmego cudu. Wtedy przypomniał sobie, że już w 1865 roku słyszał od znajomego francuskiego polityka, prezesa francuskiego stowarzyszenia przeciw niewolnictwu, że dobrym sposobem na uczczenie zbliżającej się setnej rocznicy niepodległości USA i przy okazji niedawnego zniesienia tam niewolnictwa, byłoby zbudowanie okazałego pomnika, a gdyby już taki powstał, to oczywiście tylko przy współpracy z kulturalną Francją. Której z kolei przydałoby się na pewno trochę jankeskiej wolności i samostanowienia.

W tym momencie należy rozwiać główny mit związany z budową Statuy. Nie była ona, jak przeczytamy w większości źródeł, darem Francji dla USA. Sprawa, jak zaraz zobaczymy, była dużo bardziej złożona i w rzeczywistości opierała się w przeważającej mierze na nigdy niezachwianym uporze jednego człowieka – Bartholdiego. A mit prezentu i konieczności zrewanżowania się zań powstał później, kiedy Statua była symbolem zachęcającym amerykańskich rekrutów do wstąpienia do armii podczas I wojny światowej i obrony Europy, w tym samej Francji.

Rzeźbiarz postanowił zatem, że swoją statuę zbuduje właśnie w USA i po odbyciu służby wojskowej w wojnie z Prusami, wyruszył w 1871 roku po raz pierwszy w życiu na nowy kontynent, w celu realizacji tego marzenia. Z determinacją przejechał następnie kraj wzdłuż i wszerz, w poszukiwaniu właściwego miejsca, poparcia i sponsorów. Ale już pierwsza lokalizacja, którą zobaczył – jak wielu przed nim po przybyciu do USA – zwróciła jego szczególną uwagę. Liberty Island, witająca wszystkich przybyszów morskich, byłaby przecież idealnym miejscem do ekspozycji takiego dzieła. Tak się też szczęśliwie składało, że wyspa ta (ówcześnie Bedloe Island) należała do władz federalnych, a więc państwowych. Była zatem dobrem wspólnym wszystkich stanów, co od strony symboliki miało same korzyści.

Bartholdi, zawsze ambitny, spotkał się w tej sprawie z samym prezydentem Ulyssesem Grantem. Wstępne nastawienie generała było co prawda przychylne, ale zarówno podczas spotkania z nim, jak i z kolejnymi potencjalnymi apologetami projektu, nie padły żadne finansowe i logistyczne konkrety. To był ten moment, kiedy projekt mógł zostać ostatecznie zarzucony. Ale Bertholdi nie poddawał się tak łatwo.

Po pierwsze – miał plan. Wstępne modele rzeźby stworzył w 1870 roku. Koncepcja była jedna i wspólna: kobieta reprezentująca wolność, w rzymskiej szacie, z pochodnią w ręku, wyrzeźbiona w neoklasycznym stylu. Historia, jakoby twarz dzieła była wzorowana na matce rzeźbiarza, a ciało na jego kochance, brzmi może atrakcyjnie (w sensie fabularnym), ale nie ma wyraźnego poparcia w faktach. Statua Wolności to typowy duży pomnik, który poprzez swą skalę i konieczność zachowania stabilnej konstrukcji nośnej musi bazować na anatomicznych uproszczeniach. Tu nie było miejsca na odwzorowywanie kogokolwiek żyjącego – poza tym, że rzeźba miała być w założeniu kobietą. I boginią – ale nie formy, tylko funkcji. W tym przypadku to poza, symbolika i usytuowanie tej rzeźby były kluczowe. Gdyby była prawdziwą boginią piękna, jej talia musiałyby być zapewne nieco węższa. Nie bez przyczyny, ale i nie bez zaskoczenia dostrzeżemy w tym dziele podobieństwa do innego znanego (ale zupełnie niekobiecego) dzieła Bertholdiego – Lwa Belfortu.

Oczywiście koncepcja nie narodziła się od razu jako gotowa do wdrożenia. Statua miała początkowo trzymać w rękach zerwany łańcuch, co byłoby może czytelne dla ówczesnych obywateli w obliczu zniesienia niewolnictwa, ale już sto lat później mogłoby sugerować na przykład słabość amerykańskiego przemysłu stalowego. Ostatecznie wolność uosabia zatem nadal łańcuch, ale ułożony już dyskretnie u jej stóp, a w sposób bardziej zdecydowany wyraża ją odsłonięta deklaracja niepodległości w ręce.

Jeśli chodzi o materiał, to pożądane byłoby oczywiście złoto, ale równie nowoczesna a bardziej rozsądna była brązowa miedź, w postaci kutych arkuszy o grubości zaledwie 2 milimetrów. Dzięki temu rzeźba miała być lekka i efektownie nowoczesna. Z pięknym, tak to widział twórca, miedzianym połyskiem. Sama statua mierzyć miała w ostatecznej formie połowę z łącznej wysokości całej budowli. Resztę uzupełniać miał zaprojektowany i stworzony na zamówienie Bertholdiego murowany cokół.

Wreszcie w 1875 roku nadszedł we Francji korzystny klimat polityczny, aby jeszcze mocniej naciskać na realizację projektu. To, że dzieło upamiętniające stulecie niepodległości powinno być joint-venture amerykańsko-francuskim nie było przecież pomysłem nowym (stąd wzięła się w końcu oryginalna inspiracja dla Bertholdiego). I tak jak Gustave Eiffel miał zabłysnąć swoim wiekopomnym dziełem przy okazji Wystawy Światowej w Paryżu w 1889 roku, tak Bartholdi upatrzył sobie Wystawę Stulecia (Centennial Exposition) w Filadelfii w latach 1875-1876 jako miejsce debiutu i idealną platformę do rozpropagowania swojego dzieła. A przy okazji w końcu udało się ustalić konkretne warunki realizacji – strona francuska zapłaci za statuę, amerykańska za cokół i miejsce dla niej. Nie mówimy tu przy tym o dotacjach rządowych – powołano w tym celu specjalne stowarzyszenie.

Bartholdi nie czekał natomiast na finalizację umowy i warunków. On był przecież zdeterminowanym twórcą. Zbudował już najważniejsze elementy posągu – głowę i prawą rękę trzymającą pochodnię i wysłał je na amerykańską wystawę, gdzie dotarły co prawda z opóźnieniem, ale wywarły na odwiedzających należyte wrażenie. Niewiele brakowało, aby Statua została już w Filadelfii na stałe. Zresztą kolejne miasta zaczynały też być o nią zazdrosne.

Prezydent Grant był, jak już się rzekło, pozytywnie nastawiony do sprawy i kiedy przyszedł właściwy czas i lokalne stowarzyszenia zapewniły początkowy wkład w finansowanie, to on, w ostatnim dniu swojego urzędowania 3 marca 1877 roku, podpisał zgodę na realizację projektu. Oficjalnie, aby nadać mu właściwe uzasadnienie budżetowe, miała to być „fantazyjna latania morska”.

Teraz należało wykonać długo przygotowywane zadanie. Bartholdi budował statuę na raty, pokazując ją w międzyczasie widzom za pieniądze, przeznaczane na dalszą realizację. Wizja to jedno, finansowanie to drugie i żaden nowoczesny twórca nigdy nie może o tym zapominać. Tak się przy tym złożyło, że przy projekcie pojawił się także, nieco przypadkowo, sam Eiffel. Poprzedni wykonawca piedestału zmarł nie zostawiwszy żadnych wskazówek, w jaki sposób miedziana konstrukcja miałaby być w sposób bezpieczny i trwały połączona z cokołem. I to właśnie geniusz przystępującego do projektu Eiffela zapewnił konstrukcji elastyczność niezbędną do zniesienia przez nią pierwszych 100 lat przenikliwych morskich wiatrów, srogich zim oraz nieznośnych letnich upałów, charakterystycznych dla Nowego Jorku.

Sprawie mocno przysłużyła się także inna znana postać – Joseph Pulitzer, wydawca gazety New York World, na którego cześć nazwano później przyznawaną dziś najważniejsza amerykańską nagrodę za dokonania twórcze. Obiecał on, że wydrukuje w swojej gazecie nazwisko każdej osoby, która przeznaczy choćby najmniejszą sumę na finansowanie dzieła. Inicjatywa spotkała się z entuzjastycznym, choć może nieco nieśpiesznym, przyjęciem nowojorczyków i ostatecznie pozwoliła sfinansować niezbędny dla rzeźby cokół.

Statua przybyła w końcu do Nowego Jorku na pokładzie parowca Isère 17 czerwca 1885 roku. Czekało na nią w porcie 200 tysięcy nowojorczyków. Ale sama statua musiała poczekać jeszcze prawie rok na swój piedestał.

Sam proces kompletacji i stawiania struktury ważącej 230 ton był bardzo skomplikowany, ale, o dziwo, mając na uwadze ówczesne marne warunki bezpieczeńtwa, przy budowie życie straciła tylko jedna osoba. Przy okazji do rzeźby podłączono prąd elektryczny, absolutną nowość w tamtych czasach, co pozwoliło zapalić pokrytą złotem latarnię w pochodni. Miała to być w końcu, tak zapisano w przecież budżecie, nie jakaś twórcza fanaberia, ale prawdziwa „latarnia morska”. Efekt był niestety bardzo mizerny, światło było słabe i nie nadawało się w żaden sposób do sygnalizowania położenia.

Statua dużo lepiej sprawdzić się miała zatem jako efektowny symbol, niż dzieło typowo użytkowe.

I tak 134 lata temu, 28 października 1886 roku rozpoczęły się uroczystości odsłonięcia Statuy Wolności, które zgromadziły milion nowojorczyków, paradujących i świętujących na ulicach w zupełnie nowym, ale wielokrotnie powtarzanym już odtąd stylu – rzucając długie wstęgi konfetti (ticker-tape parade).

Sama uroczystość, jej ranga i długie lata oczekiwań na finalizację nieco zdeprymowały i przytłoczyły Bartholdiego, który najpierw niezdarnie odsłonił Statuę zbyt wcześnie, a potem odmówił wygłoszenia jakiejkolwiek mowy upamiętniającej. Szansy na pokazanie się w historycznym momencie nie zamierzali natomiast zmarnować politycy – prezydent Cleveland wygłosił kwiecistą mowę, nawiązującą między innymi do „stropu światła, który przebije mrok ludzkiej ignorancji i zniewolenia, aż wolność nie oświeci całego świata”.

W wymiarze bardziej praktycznym Statua Wolności szybko stała się po prostu nieodłącznym elementem krajobrazu amerykańskiej metropolii. A w warstwie symbolicznej – wizerunkiem potężnego, wolnego kraju, pełnego wyzwań, szans i nadziei.

Wizja Bertholdiego i jego niezachwiana determinacja w realizacji planów i marzeń przyniosły w końcu zasłużone efekty. Miał swoje epokowe dzieło.

W wizji twórcy nie udała się tylko jedna rzecz. Bardzo szybko, już na początku XX wieku, w wyniku procesu oksydacji Statua Wolności straciła swój pierwotny, miedziany kolor i stała się taka, jaką ją znamy dziś. Zielona.

I nie byłaby sobą, gdyby była inna.