W pierwszej części tego wpisu (Gear Acquisition Syndrome) pisałem, że rzeczony GAS dzieli się na dwa rodzaje – przymus narzucony oraz wyższą konieczność. Pierwszy już za nami, dziś omówimy drugi przypadek kliniczny.
O ile ta pierwsza odmiana GAS jest rodzajem marketingowo indukowanego szaleństwa, owczego pędu i kreowania zbędnych potrzeb, o tyle druga jest po prostu cwana i podstępna.
Kupno roweru jest jednym z przyjemniejszych wydarzeń w życiu, nie jest to może to samo, co kupno nowego auta czy pierwszego mieszkania, ale w przypadku high-endowych modeli potrafi dać całkiem zbliżoną przyjemność. Tego dnia wszystko jest idealne. A potem zaczyna się proza życia. I konsekwencje przyjętych wyborów.
Znana zasada inwestowania mówi, aby nie inwestować w rzeczy, które wymagają karmienia lub naprawy. Ale kto by tam słuchał głosu rozsądku.
Już od dnia pierwszego użytkownikowi zaczyna doskwierać pewien trudny do zdefiniowania niepokój. Pierwsza przejażdżka i piękny błyszczący rower jest już brudny. Smar pojawia się wszędzie, zaczyna pokrywać te wcześniej nieskazitelne zęby napędu. Mało tego – tworzy się z tego jakaś dziwna pasta przypominająca komiksowego Venoma – złożona ze smaru, piasku, asfaltu i lepiej nie wiedzieć czego jeszcze, która zaczyna przywierać do wszystkiego i wypełniać wszystkie wolne przestrzenie. Jeśli istnieje nawet jakieś lepsze przypomnienie tego, że świat składa się z brudu, to napęd rowerowy i tak jest w ścisłej czołówce. Jeśli temat ten interesuje cię bardziej i szerzej – zajrzyj do książki Davida R. Montgomery’ego – Dirt: The Erosion of Civilisations.
Chwilę później dołączają pierwsze rysy. Potem zgięcia i wgniecenia – bo rower upadnie, bo ktoś zahaczył, bo coś się obluzuje i porysuje, bo łańcuch spadnie i zadziała na ramę jak piła. Na marginesie – zaskakujące jest, jak dużą siłę przenosi łańcuch rowerowy, zablokowany potrafi urwać metalowy hak ramy, na którym mocowana jest przerzutka – widziałem sporo takich przypadków.
Każde takie, nawet drobne zdarzenie boli i nagle okazuje się, że posiadanie nowego roweru (szczególnie drogiego) w żaden sposób nie przypomina tego, co obiecywali w sklepie i w katalogu. Staje się nie zbiorem przyjemności, ale zbiorem obaw i uników, aby rower się nie wybrudził, nie zniszczył, nie zestarzał. Coś zaczyna wydawać dziwne dźwięki, co to może być?
Jest to zresztą także problem dobrze znany użytkownikom samochodów (innych niż służbowe, wypożyczone i leasingowane, bo z tymi z natury rzeczy nikt się specjalnie nie pieści) – kiedy widzisz swoje nowe auto w salonie to możesz być pewien, że lepiej już wyglądać nie będzie.
Jeśli masz zatem naturę zdeklarowanego pedanta, to drogi rower może nie być dla ciebie. Dlatego warto się z tym uporać już na samym początku. To jest sprzęt użytkowy – trzeba o niego dbać, ale trzeba go przede wszystkim używać. A jeśli masz go nie używać „bo jest zbyt piękny i czysty”, to go po prostu nie kupuj. Kup sobie lepiej jakiś fajny mebel.
Pisałem już o znanej prawdzie autorstwa Toma Ritchey’a na temat rowerowego osprzętu – Strong. Light. Cheap. Pick two. Oznacza to, że jeśli coś jest mocne i lekkie, to nie będzie tanie. Jeśli jest mocne i tanie, to nie będzie lekkie. A jeśli jest lekkie i tanie, to nie będzie mocne. To co serwują nam producenci to zwykle mieszanka dwóch ostatnich wariacji.
Dodatkowo jest z tym trochę jak z komputerami – nacisk kładziony jest na to, na co konsument zwraca uwagę. Dostaniesz co prawda zawsze dobrą tylną przerzutkę (prędkość procesora), ale tanie koła (mało pamięci RAM). Nie warto się na to nabierać, bo różnice między modelami tylnych przerzutek to w niższych modelach kilkadziesiąt złotych. Ale już różnica w modelach kół to setki złotych. A to koła odpowiadają w 90% za prędkość jazdy w realnym życiu i jeśli szukasz sposobu na ulepszenie roweru, szukaj go właśnie tam. Jeśli zatem wydaje ci się, że zmiana ze „sto piątki”na Ultegrę uczyni cię szybszym, to masz rację – wydaje ci się.
Ale przechodząc do clue tematu – trwałość tego wszystkiego jest po prostu żenująca. Ale skoro już wszedłeś w ten temat, to będziesz musiał z tym żyć i będziesz musiał wydawać pieniądze na wymianę i naprawy. To jest właśnie ta wyższa konieczność.
Wiadomo jak konstruowany jest teraz sprzęt AGD i jak jest zaprogramowany na to, aby zepsuł się zaraz po gwarancji. Wiemy też jak projektowane są samochody i jak nawet niewielka usterka potrafi wymusić wymianę jakiegoś dużego zespolonego elementu. Ale jakość, z jaką wykonywane potrafią być części rowerowe, to jest najniższy krąg piekieł (albo byłby, bo Azjaci, którzy je produkują mają własne bestiariusze). Ktoś kto lubi szukać spisków może znaleźć tu ciekawe miejsce do rozwijania swoich pasji. Cześci nie ma, nie będzie, a jak przyjadą to będą drogie i będą wykonane z chińskiego gównolitu – albo bierzesz, albo idź na autobus. Zresztą jest wolny rynek – jak się nie podoba to sobie kup coś wykonanego (według metki) z lepszego unobtanium i płać (i płacz, bo trwałość high-endowych elementów niekoniecznie jest wyższa od ich tańszych braci).
Łańcuchy teoretycznie zdolne, jak pisałem wyżej, do urwania elementów ramy, wyciągają się jak masełko i rdzewieją od samego patrzenia na nie. Łożyska zrobione są – o ile się zorientowałem – z plasteliny. Elementy metalowe mają kruchość grafitu. Śruby urywają się przy najlżejszym przeciągnięciu, a korodują już od pierwszego zetknięcia z kluczem. Linki wyciągają się, przerzutki rozregulowują, hamulce szybko się poddają, opony zużywają jakbyś jeździł nimi w Formule 1. Paradoksalnie najwyższa trwałość osiągają komponenty z zupełnie średniej półki. Gdyby w takiej jakości wykonywali części do samochodu, to chodzilibyśmy pieszo.
Szczególnie przykre są przypadki pękania karbonowych elementów. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że kupując rower z ramą z włókna węglowego kupujesz de facto wyrób z ropy naftowej, która pochodzi z umarłych roślin i zwierząt i cały czas ciągnie ją do tej macierzy. Któregoś dnia taka „karbonowa” rama spektakularnie pęknie, a wcześniej będzie stopniowo tracić sztywność jak rozgotowany makaron. Ulega stopniowemu rozpadowi od momentu, gdy wyjedziesz ze sklepu. A zniszczona rama to koniec roweru i najwyższa z wyższych konieczności – konieczność kupna nowego.
Kiedyś ktoś na pewno wykopie po nas te wszystkie zużyte części i pokiwa głową w zadumie – zajrzyj zresztą do książki Davida Farriera – Footprints: In Search of Future Fossils.
Widziałem ostatnio wpis, w którym ktoś pytał bardziej doświadczonych forumowiczów, czy skoro kupił sobie osprzęt Shimano XT i po 3 latach serwisant mówi mu, że „ma zarżnięty napęd”, to to jest normalne? Uśmiechnąłem się do tych „3 lat” bo to niby nie o upływ czasu chodzi, ale przebieg, ale potem pomyślałem, że może to jednak dobra metafora – tego, że to wszystko dąży do dekompozycji od samego tylko trwania. I bycia osprzętem rowerowym.
Na marginesie – to, że serwisant zawsze mówi (ze wzrokiem pełnym wyrzutu), że masz „zarżnięty napęd” jest powiedzmy elementem konwencji i nie ma co się tym przejmować. Najlepiej serwisować samemu i uniknąć takich żenujących sytuacji.
Niska trwałość i konieczność ciągłych wymian to jedno. Ale koszty tego wszystkiego to drugie. Wydaje się, że w porównaniu z kosztami utrzymania samochodu rowery są tanie. To mit – ok są sumarycznie tańsze, choćby dlatego, że nie trzeba ich ubezpieczać i tankować. Ale każdy kto ma dobry rower i dużo jeździ będzie wydawał rocznie gwarantowane kwoty czterocyfrowe. Co i rusz coś się psuje, wymaga wymiany, doregulowania, dopasowania, ulepszenia. To jest właśnie TCO (total cost of ownership), o którym kupując rower na pewno nie myślisz.
Do tego trzeba doliczyć koszty serwisu abo specjalistycznych narzędzi. Jeśli chodzi o narzędzia to mistrzami są Włosi z Campagnolo. Z jednej strony robią najpiękniejszy osprzęt rowerowy jaki istnieje i do tego zaskakująco (jak na „legendarną” włoską jakość) trwały. Ale z drugiej strony sposób skomplikowania obsługi go i ceny narzędzi to zupełnie inna, już bardziej włoska bajka.
Dodajmy do tego, że jak już wymieniasz to zapewne skusisz się na droższy model, droższy typoszereg, wyższy „upgrejd”. Uzasadnisz to wyższą koniecznością, bo i tak musisz przecież to naprawić i przy tej okazji…
W końcu zaczniesz wręcz oczekiwać, że dana część w końcu się podda, aby tylko kupić i wstawić nową. I tak to się kręci.
Ale bez tego byłoby nudno, prawda?