Kategorie
Czy pamiętasz? Historie Kartka z kalendarza Kosmos

Columbia

Mija 40 lat od czasu pierwszego lotu amerykańskiego programu wahadłowców – misji STS-1. Czas leci szybko.

O programie cyklicznych lotów w kosmos na pokładzie orbitera wielorazowego użytku myślano już od lat 60-tych XX wieku, a realnie projekt budowy rozpoczęto w 1972 r. – za czasów prezydenta Nixona. Program Apollo, który bezpiecznie zawiózł człowieka aż na Srebrny Glob dobiegł końca, pisałem już o nim we wpisie „Księżyc”. Przyszedł teraz czas na bardziej komercyjną i rutynową eksploatację kosmosu. A przynajmniej taki był plan.

Pierwszy orbiter nowej generacji – w odpowiedzi na gorące prośby fanów serialu Star Trek – nazywał się Enterprise, ale on nigdy w kosmos nie poleciał.

Pierwsza w kosmosie była Columbia.

Nazwana na cześć okrętu Roberta Gray’a, który opłynął kulę ziemską w XVIII wieku oraz modułu dowodzenia księżycowej misji Apollo 11 była maszyną o jakiej świat dotąd nie słyszał. Przypominała samolot z krótkimi skrzydłami w kształcie delty, ale w rzeczywistości była statkiem kosmicznym i atmosferycznym szybowcem w jednym. Jej grzbiet był biały, a brzuch i powierzchnia natarcia skrzydeł szaro-czarne – pokryte tysiącami ceramicznych płytek chroniących ją przed gorącem ponownego wejścia w atmosferę z prędkością ponad 25.000 km/h.

Była cudem ówczesnej technologii – wyposażona w najnowsze komputery, najpotężniejsze, a przy tym bardzo kompaktowe silniki odrzutowe, zbudowana z rewolucyjnych materiałów. Zdolna do startu w kosmos, wnoszenia ładunków, przebywania tam przez ponad 2 tygodnie i na koniec samodzielnego lądowania na pasie startowym dla samolotów. Pierwszy statek kosmiczny wielorazowego użytku. Kosmiczny samolot i kosmiczna ciężarówka.

Była przy tym dzieckiem swoich czasów – Zimnej Wojny, początkowo przeznaczona do użytku zarówno cywilnej agencji NASA, jak i wojska – wiele instalacji zdublowano do obu tych celów. Plany co do niej były ambitne. Kilka startów w miesiącu, przewóz intratnych ładunków, wykonywanie tajnych misji, naukowe eksperymenty, a któregoś dnia może i miejsce dla cywilnych turystów?

Pierwszymi pilotami, którzy w kwietniowy poranek 1981 roku na słonecznej Florydzie weszli na jej pokład, aby odbyć dziewiczy i eksperymentalny lot byli największy kosmiczny weteran oraz kosmiczny nowicjusz. Dla rutyniarza Johna Younga miał to być już trzeci program kosmiczny – po Gemini i Apollo. Dla debiutanta Boba Crippena zupełnie pierwszy. I nikt nie mógł być pewny czy to wszystko się uda.

Start był sukcesem. Był to przy tym pierwszy i ostatni raz, gdy zestaw startowy składający się z orbitera, zbiornika paliwa i dwóch rakiet pomocniczych na paliwo stałe był w całości biały. A przy tym całkowicie nowy, jeszcze nieskazitelny.

Powrót nastręczył więcej trudności i przyniósł zapowiedź przyszłych kłopotów. Część delikatnych ceramicznych płytek systemu ochrony termicznej (Thermal Protection System – TPS) odpadła przy starcie, co niosło zagrożenie spalenia się promu w atmosferze podczas powrotu. Na szczęście wszystko zakończyło się pomyślnie. Przynajmniej tym razem.

Columbia miała polecieć w kosmos jeszcze 27 razy. Łącznie spędziła tam prawie rok, okrążyła Ziemię ponad 4.800 razy i pokonała ponad 200 milionów kilometrów z łącznie 160 kosmonautami na pokładzie. Była najstarsza, najcięższa i najmniej zaawansowana w stosunku do swojego młodszego rodzeństwa, ale była dwukrotnie modernizowana.

Spłonęła w atmosferze nad niebem Teksasu 18 lat temu – 1 lutego 2003 roku w misji STS-107. Oderwana pianka zbiornika paliwa uderzyła w jej skrzydło dwa tygodnie wcześniej podczas startu, fatalnie uszkadzając powłokę termiczną.

W tym roku minie także 10 lat od ostatniego lotu wahadłowców. Program Space Transportation System został zakończony w 2011 roku. Ponad 130 lotów i 350 osób w kosmosie później nie ma już Columbii, nie ma Challengera, a pozostałe orbitery – Atlantis, Challenger i Endeavour są eksponatami muzealnymi. Ale efekty ich wieloletniej pracy możemy obserwować do dziś. Niebo upstrzone jest satelitami, które wyniosły na orbitę. Krąży nad nami zbudowaną z ich pomocą Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (International Space Station – ISS). Kosmiczny teleskop Hubble jak żaden inny pozwolił nam poznać tajemnice wszechświata. A odkrywcy planet – sondy Cassini, Galileo i Magellan podróżują niestrudzenie w przestrzeni kosmicznej.

Program amerykańskich wahadłowców okazał się bardzo drogi i nie spełnił wielu stawianych mu celów. Ambitny harmonogram lotów okazał się niemożliwy do technicznego utrzymania i pogodzenia z wymogami bezpieczeństwa. Po każdym locie orbiter wymagał kosztownego i gruntownego przeglądu. Tak naprawdę jednorazowe rakiety byłyby w ostatecznym rozrachunku dużo tańsze niż ten pionierski zestaw wielokrotnego użytku. Stracono także ostatecznie dwa z pięciu orbiterów z całą załogą. To nie jest zbyt dobry bilans.

Ale pomimo swej pozornej delikatności same wahadłowce okazały się być niezwykle solidne. Żaden orbiter przez 30 lat nie zawiódł sam z siebie swojej załogi – przyczyną katastrof były zawsze czynniki zewnętrzne i siły, którym nawet ta wspaniała maszyna nie mogła samodzielnie sprostać.

Wahadłowce miały nawet znaczenie geopolityczne – ich powstanie przyczyniło się bezpośrednio do upadku Związku Radzieckiego. Wciągnięte w ponowny kosmiczny wyścig ZSRR podeszło do budowy własnego wahadłowca Buran w sposób nieco bardziej przemyślany. Szpiedzy działali i kopiowali amerykańskie rozwiązania w pocie czoła, ale radziecki orbiter nie miał własnych, wymagających kosztownego serwisowania silników i startował w zestawie z rakietą na paliwo płynne, która była znacznie bezpieczniejsza niż gigantyczne fajerwerki – rakiety SRB, które doprowadziły do katastrofy, o której pisałem ostatnio we wpisie „Challenger”. Buran poleciał natomiast w kosmos tylko jeden raz, bo koszt 30 miliardów dolarów w połączeniu z kolosalnymi kosztami usuwania skutków katastrofy atomowej w Czarnobylu okazał się ostatecznie zbyt duży do udźwignięcia dla państwa spod znaku sierpa i młota. ZSRR upadł pod własnym ciężarem.

O pierwszym locie Columbii przeczytacie w doskonałej książce Rowlanda White’a – Into the Black: The Extraordinary Untold Story of the First Flight of the Space Shuttle Columbia and the Astronauts Who Flew Her (brak polskiego wydania). O jej ostatnim – w książce Michaela D. Leinbacha i Jonathana H. Warda – Bringing Columbia Home: The Untold Story of a Lost Space Shuttle and Her Crew (brak polskiego wydania).

Najlepsze epitafium dla Columbii padło natomiast z ust samego Boba Crippena.

Columbia była wspaniałym statkiem. Nazwano ją na część okrętu Roberta Gray’a, który wypłynął w świat z portu w Bostonie w XVIII wieku. Columbię i wszystkie inne orbitery nazwano właśnie na cześć znanych statków, które odkrywały przez nami świat, bo taka też była ich misja – odkrywanie nieznanego. Columbia nie była dla nikogo symbolem piękna, może poza tymi z nas, którzy kochali ją i dbali o nią. Mówiono o niej, że była nieco zbyt ciężka w tylnej części. Ale dla wielu z nas to przecież znajoma sprawa. Wielu mówiło także, że była przestarzała i czasy jej świetności dano minęły. Ale tak naprawdę odsłużyła ona jedynie jedną czwartą swojego planowanego życia. Miała tylko 22 lata i miała przed sobą jeszcze wiele wspaniałych misji. Ale życie jej i życie jej załogi zostało tragicznie przerwane, w sile ich wieku„.

(Columbia was a fine ship. She was named after Robert Gray’s exploration ship that sailed out of the Boston harbor in the eighteenth century. Columbia and the other orbiters were all named after great explorer ships, for that is their mission: to explore the unknown. Columbia was hardly a thing of beauty, except for those of us who loved and cared for her. She was often badmouthed for being a little heavy round the rear end. But many of us can relate to that. Many said she was old and past her prime. Still she had only lived barely a quarter of her design life. In years, she was only twenty-two. Columbia had a great many missions ahead of her. She, along with the crew, had her life snuffed out in her prime).