Kategorie
Czy pamiętasz? Film i teatr Kartka z kalendarza

Tramwaj zwany pożądaniem

Mijają 73 lata od kiedy na deskach teatru Ethel Barrymore na Broadwayu w Nowym Jorku po raz pierwszy usłyszano charakterystyczne „Stella…!” – wykrzyczane z ust młodego Marlona Brando.

Najbardziej znana sztuka Tennessee Williamsa – „Tramwaj zwany pożądaniem” (A Streetcar Named Desire) miała odtąd wejść na stałe do kanonu teatru. A później także i kinematografii.

To musiał być sukces. Owacja po opuszczeniu kurtyny trwała 30 minut.

W upalnym Nowym Orleanie, Blanche DuBois, południowa piękność (southern belle), kobieta po przejściach i o mrocznej przeszłości, grana na Broadwayu przez Jessicę Tandy, wplątuje się nieszczęśliwie, ale i – jak zauważamy – z pewną przewrotną satysfakcją, przypominającą entuzjazm ćmy lecącej ku ogniu, w dysfunkcyjne małżeństwo swojej siostry z nieokrzesanym Amerykaninem polskiego pochodzenia – Stanleyem Kowalskim.

Akcja nieprzypadkowo rozgrywa się w mieście, w którym jej pomysłodawca – Thomas Lanier Williams, syn wędrownego komiwojażera, po wielu wędrówkach odnalazł w końcu fizyczny i duchowy dom. Oraz zmienił imię na swój wcześniejszy przydomek – Tennessee.

Tytuł sztuki pochodzi od linii tramwajowej Desiree Line w Dzielnicy Francuskiej (French Quarter), z przystankiem końcowym na Desire Street. Linia pozostawała aktywna w latach 1920-1948 roku. Została unieśmiertelniona u schyłku swego istnienia. W ostatniej scenie sztuki to ten właśnie tramwaj odwozi Blanche do szpitala psychiatrycznego.

Imię Stanleya Kowalskiego, postaci która stała się kamieniem węgielnym i trampoliną do niewiarygodnej sławy i legendarnej hollywoodzkiej pozycji Marlona Brando, było inspirowane imieniem prawdziwego robotnika, z którym Williams pracował mieszkając w Saint Louis.

Tennessee Williams był homoseksualistą – w czasach gdy nie było żadnej tolerancji dla takiej orientacji. Przez całą młodość musiał zmagać się z lekceważeniem i agresją oraz brakiem akceptacji – w tym własnego ojca. Sam był, według relacji swoich przyjaciół, trochę jak tragiczna bohaterka tej sztuki – Blanche. Dobrą, romantyczną duszą z południa, pragnącą miłości i akceptacji, ale i niebezpiecznie zafascynowaną brutalnymi mężczyznami. Sam to zresztą przyznawał wskazując, że każdy jego bohater odzwierciedla w jakiś sposób jego własne wnętrze.

W czasach lekkich muzycznych komedii „Tramwaj zwany pożądaniem” był dziełem absolutnie przełomowym. W konserwatywnych czasach powojennych, a na długo przez seksualną rewolucją lat 60-tych XX wieku, otwartość z jaką traktowano w nim seks, przemoc i bezpośredni język była całkowitym i zaskakującym novum. Widzowie czuli, że to nie jest bajka, że tu rozmawia się z nimi bardzo szczerze. A najbardziej szczerze ze wszystkich przemawiał Kowalski w ciele Brando – brutalny męski drapieżnik w przepoconym białym podkoszulku.

„Tramwaj zwany pożądaniem” miał być grany na Broadwayu jeszcze 854 razy razy w latach 1947-1949. Był obecny także w innych teatrach, w tym na londyńskim West End. W rok po debiucie został uhonorowany nagrodą dla najlepszej sztuki (New York Drama Critics’ Circle Best Play).

Główna aktorka, Jessica Tandy, w momencie premiery praktycznie nieznana, zdobyła z kolei w 1948 roku Nagrodę Tony. Williams otrzymał natomiast nagrodę Pulitzera za najlepszy dramat. I nie było to jego ostatnie słowo.

A 23-letni Marlon Brando, jedyny formalnie nienagrodzony, potwierdził reputację najbardzej obiecującego aktora swojego pokolenia. Genialny uczeń aktorskiej metody Stanisławskiego, był na scenie jak „tygrys wypuszczony z klatki” – mówiąc słowami dramaturga Arthura Millera. Był siłą natury. A rola była jego życiowym tour de force – w dosłownym tego słowa znaczeniu.

W 1951 roku broadwayowska sztuka doczekała się głośnej ekranizacji filmowej w reżyserii Elii Kazana. W filmie zabrakło Tandy – zastąpiła ją inna, dużo bardziej znana aktorka – takie były wymogi Hollywood. Gwiazda Vivien Leigh, która grała zresztą Blanche na West End, przeszła już wcześniej do legendy w oskarowej roli Scarlett O’Hara w „Przeminęło z Wiatrem” (Gone With The Wind) z 1939 roku. Wymagający reżyser Kazan nie cenił jej początkowo wysoko, ale z czasem nabrał do niej szacunku za niestrudzoną determinację w dążeniu do perfekcji.

Film doczekał się 12 nominacji do Oskara, a wygrał w czterech kategoriach. Oskary przyznano dla Leigh – jako najlepszej aktorki pierwszoplanowej, Kim Hunter – jako najlepszej aktorki drugoplanowej i Karla Maldena – jako najlepszego aktora drugoplanowego.

Marlona Brando znów ominęła nagroda za, być może, rolę życia. Ale nominację do Oskara oczywiście otrzymał i to za swoją dopiero drugą rolę filmową. A to był dopiero początek aktora uznawanego za najlepszego w historii. Miał być w swojej karierze nominowany jeszcze ośmiokrotnie, a pierwszego Oskara odebrał już w 1955 roku za główną rolę w głośnym filmie „Na nadbrzeżach” (On the Waterfront).

Miał być jeszcze między innymi ucieleśnieniem Vita Corleone w „Ojcu Chrzestnym” (The Godfather) i Pułkownika Kurtza w „Czasie Apokalipsy” (Apocalypse Now).

Film był ugładzoną wersją nieprzyzwoitej sztuki. Gwałt Kowalskiego na Blanche, kluczowa scena dramatu – wyrażająca zderzenie z brutalizmem świata – jest w filmie obecna, ale przedstawiona w sposób pośredni. Za to film, jak to w Hollywood, przynosi przynajmniej częściowy happy-end. Kowalski nie wychodzi ze sprawy obronną ręką, jak w sztuce. Zostaje sam, żona ostatecznie go opuszcza.

A charakterystyczne wołanie Kowalskiego „Stella…! Hey, Stella…!” znajduje się na 45 miejscu wśród 100 najbardziej pamiętnych filmowych kwestii.