Kategorie
Poradniki Recenzje książek Styl życia

Szczekać pod właściwym drzewem

W języku angielskim istnieje interesujący idiom: barking up the wrong tree. Dosłownie: „szczekać pod niewłaściwym drzewem”. Być w błędzie co do powodów jakiegoś zdarzenia lub sposobu osiągnięcia wybranego celu.

Historia tego konkretnego zwrotu sięga XIX wieku i amerykańskiego zwyczaju polowań z psami na szopy pracze (Procyon lotor, ang. raccoon). Psy tresowano w taki sposób, aby te szopy płoszyły, zaganiały, a potem czekały na swojego uzbrojonego w dubeltówkę właściciela pod tym drzewem, na którym skryła się uciekająca zdobycz. To nie było łatwe zadanie – szopy wykazują zdolności kreatywne na poziomie zbliżonym do ssaków naczelnych. Dość często zdarzało się zatem, szczególnie w ciemności, że pies drzewa mylił i (sz)czekał pod niewłaściwym.

Czy tobie też się to zdarza? W sensie przenośnym, oczywiście. Gonić za czymś co nie ma sensu. Uporczywie trwać w wyborze, który jest błędny i skazany na porażkę. Robić wiele hałasu o to, co w gruncie rzeczy nie powinno być twoim celem. A w końcu – mieć nieprawidłowe wyobrażenia i mylne sądy co do tego, jak należy w życiu postępować i w co wierzyć.

Dziś omówimy książkę Erica Barkera (nomen omen) pod tytułem: Barking Up the Wrong Tree: The Surprising Science Behind Why Everything You Know About Success Is (Mostly) Wrong (brak polskiego wydania). Po polsku: „Szczekając na niewłaściwe drzewo: czyli zadziwiająca wiedza o tym, dlaczego wszystko, co wiesz o sukcesie jest (przeważnie) błędne”.

Zwykle należy sceptycznie podchodzić do poradników o zbyt długim i fantazyjnym tytule – bywa atrakcyjniejszy niż treść. Ale gdybym miał wskazać ci jedną książkę, która na około 600 stronach małego formatu zbiera i podsumowuje tak wiele wątków z zakresu nowoczesnej psychologii i behawioryzmu, uczy sposobów przyjmowania właściwego podejścia do życia, planowania i prowadzenia kariery oraz układania współpracy z innymi, a nawet kształtowania dobrych nawyków – to trudno mi wskazać lepszą. Jeśli nie masz czasu na czytanie wielu poradników, przeczytaj tę książkę, a da ci od razu dobry przegląd tego, co jest ważne, co powinieneś wiedzieć, a co powinieneś ewentualnie doczytać, jeśli będziesz mieć ochotę – w pigułce.

Druga sprawa – zwykle poradniki pisane są tak, aby potwierdzać to co czytelnik już wie. Tak jest milej, tak jest łatwiej, w myśl zasady: „Znacie? Znamy. To posłuchajcie”. Tu natomiast wiele wątków ma szansę cię zaskoczyć. W końcu jest to książka o szczekaniu na niewłaściwe drzewo – być może właśnie sam pod jednym stoisz.

Książka rozpoczyna się od przywołania historii kolarskiego wyścigu przez Amerykę (Race Across America – RAAM), organizowanego przez znany magazyn sportowo-podróżniczy Outside. Odległość 3,000 mil (4,800 km) do pokonania w około 12 dni – z San Diego do Atlantic City. To wyścig non-stop – zegar cały czas odlicza czas. Jedziesz, jesz, śpisz – nie ma znaczenia, wskazówka nieubłaganie tyka. Zawodnicy śpią co najwyżej 3 godziny na dobę, a i to niechętnie. Trzeba być nie byle jakim sportowcem, aby przystąpić do takich zawodów. Albo być niezłym świrem.

W 2009 roku na czele wyścigu znajduje się Słoweniec Jure Robič. Wygrał już w przeszłości ten wyścig 4 razy, pokonując trasę w czasie nawet poniżej 9 dni. W 2004 roku wyprzedził drugiego zawodnika na mecie o 11 godzin. Poza tym, Robič nie wyróżniał się niczym specjalnym, jeśli chodzi o możliwości fizyczne. Owszem, był wytrenowany, ale nie był nadczłowiekiem. Przeciwnie – był uporczywie nietrenowalny, uparty i nieznośny. Niektórzy nawet twierdzili, że był szalony. I wiele wskazywało, że mieli rację. W trakcie wyścigu Robič z podejrzeniem wpatrywał się w kształt pęknięć na asfalcie i przypisywał im ważne znaczenie dla przebiegu rywalizacji. Wdawał się w bójki z wyimaginowanymi przeciwnikami na trasie, albo z własną ekipą. Niszczył mienie publiczne – bez powodu. Tak irytował organizatorów, że swoimi decyzjami i karami sprowokowali go do kolejnego ataku furii i rezygnacji z zawodów. W 2010 roku wrócił i znów wygrał – po raz 5 i ostatni. Zginał niedługo później na treningu – jechał za szybko i zbyt nieostrożnie.

Szaleniec, który osiągnął sukces w sporcie ekstremalnym. Czy ktoś ci kiedyś mówił, że aby osiągnąć sukces w czymkolwiek masz być szalony? Odczytywać kabałę z asfaltu? Walczyć z samym sobą na parkingu jak Tyler Durden z filmu „Podziemny Krąg” (Fight Club)? Założę się, że mówiono ci raczej – „pracuj ciężko, graj według zasad i bądź miły”.

To takie prowokacyjne pytanie autora na początek. Trafnie zilustrowane, czy nie – książka jest przepełniona ciekawymi historiami o ludziach. Znajdziesz w niej opowieści o szaleńcach – jak Jure Robič, czy ekscentrykach – jak pianista Glenn Gould. Ale także opowieści o znanych gigantach nauki i techniki – Albercie Einsteinie, Izaaku Newtonie, Nikoli Tesli. Mężach stanu – jak Winston Churchill i Neville Chamberlain. Poznasz także kulisy bezwzględnego treningu inicjacyjnego Navy SEALs, tajniki mnichów z Klasztoru Szaolin oraz sztuczki policyjnych negocjatorów. Dowiesz się o metodach zarządzania Dżyngis-chana – mongolskiego dowódcy, od którego wywodzi się 0,5% wszystkich obecnie żyjących ludzi na świecie, co wydaje się całkiem niezłym wyznacznikiem ewolucyjnego sukcesu. A nawet dowiesz się, jak długo przeżyłbyś w prawdziwym świecie jako Batman.

Zacznijmy od sukcesu. Znasz przynajmniej kilka standardowych, kanonicznych, dróg do jego osiągnięcia. Systematyczny wysiłek i dokładanie pełni starań w celu osiągnięcia jakiegoś celu – to jest to, o co chodzi. Znasz też takie, którymi iść nie należy – późne wstawanie i obijanie się do południa – to jest oczywiście godne potępienia. Ale przecież jest jeszcze coś pomiędzy, prawda? W zasadzie, jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to prawie wszystko co nam się w życiu przydarza jest gdzieś „pomiędzy”. Co zatem naprawdę przynosi sukces?

Są także dalsze pytania z tym związane. Czy mili faceci faktycznie zawsze kończą ostatni (nice guys finish last)? Czy ci, którzy odpuszczają, rzeczywiście nigdy nie wygrywają (quitters never win), czy też może to ślepy upór i bezsensowna konsekwencja utrudniają realizację celów? Czy o sukcesie decyduje niezłomna pewność siebie, czy to tylko niebezpieczne złudzenie? Książka adresuje każde z nich i jeszcze kilka dodatkowych.

Zwrotów akcji jest w niej równie dużo, co ilustrujących je historii. Pozwól zatem, że wybiorę z niej dla ciebie trochę dobrych życiowych wskazówek i wniosków, a zgłębienie pełnego wywodu i prześledzenie całego procesu dochodzenia do prawdy zostawię ci na samodzielną lekturę.

Zaczęliśmy od omawiania sukcesu, weźmy zatem za przykład tych irytujących prymusów. Wiemy, że odnoszą sukcesy w szkole. Zwykle mają też później, a niech ich, dobrą pracę w prestiżowych zawodach – zostają prawnikami lub lekarzami. Ale ilu z nich odnosi prawdziwy sukces? W sensie – zmienia świat lub chociaż zostaje miliarderami? Okazuje się, że bardzo niewielu. Dlaczego? Ponieważ to, co sprawia, że jesteś najlepszy w stosowaniu się do ustalonych reguł gry powoduje jednocześnie, że prawdopodobnie nigdy ich nie przekroczysz. I nie wymyślisz własnych. Szkoła stawia jasne reguły, których można się trzymać, życie niekoniecznie.

Prymusi pozostają konformistami. Wielu z nich wprost przyznaje, że nigdy nie byli najmądrzejsi, czy najbardziej kreatywni. Ale umieli pracować nad wypełnieniem danych im zadań oraz dawać nauczycielom to, czego od nich oczekiwano. Później robią to samo przez całe życie – doskonale spełniają oczekiwania, oczywiście cudze. Ale kiedy nie ma jasnej ścieżki, którą należy podążać, prymusi zawodzą. Znaczna część najbogatszych ludzi na świecie nigdy nie skończyła szkoły średniej, a studia, jeśli wole zaczęła, po prostu rzuciła. Nigdy nie byli prymusami, szli własną drogą.

Okazuje się, że aby osiągnąć realny sukces potrzeba kilku rzeczy. Nie dobrych stopni w szkole, czy biegłości w spełnianiu cudzych oczekiwań. Po pierwsze, trzeba być w czymś mistrzem. Najlepiej w jednej wybranej dziedzinie, która jest naszą pasją i obsesją jednocześnie. Bycie prymusem zakłada, przynajmniej na poziomie szkolnym, posiadanie dobrych ocen ze wszystkich przedmiotów. W życiu z kolei sukces osiąga się przez ścisłą specjalizację. Nie znaczy to oczywiście, że nie należy mieć wszechstronnych zainteresowań i szlifować wielu umiejętności, wręcz przeciwnie (o czym pisałem we wpisie „Jak być wolnym„, w którym krytycznie odnosiłem się do braku samowystarczalności, jaka wiąże się ze zbyt wąską specjalizacją). Sam Eric Barker zachęca do szukania swojej drogi przez inwestowanie do 5% czasu na naukę nowych rzeczy. W końcu któraś z nich może okazać się twoim powołaniem. To dobra inwestycja czasu – małe ryzyko, potencjalnie ogromna stopa zwrotu. Jak mawiał Ralph Waldo Emerson – „przegrywaj szybko, przegrywaj tanio” (fail fast, fail cheap). Ale główny nacisk trzeba położyć na znalezienie i rozwinięcie w sposób szczególny jednej, wybranej dyscypliny.

W zakresie recepty na osiągnięcie mistrzostwa książka nie jest szczególnie odkrywcza. Spopularyzowana przez Malcolma Gladwell’a w książce „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu” (Outliers: The Story of Success) koncepcja 10.000 godzin niezbędnych na szlifowanie się w jakiejś dyscyplinie w drodze do jej mistrzowskiego opanowania, pozostaje aktualna. Barker ostrzega natomiast przed niebezpieczną tendencją do myślenia, że mamy przed sobą wciąż bardzo dużo czasu. Nie mamy – nie czekaj zatem – jeśli mistrzostwo to rzeczywiście aż 10 tys. godzin treningu, to poświęcenie mu 1 godziny dziennie przyniesie ci maestrię dopiero po 27 latach. Ale jeśli zwiększysz intensywność do, w miarę rozsądnych, 4 godzin dziennie – będziesz mistrzem w niecałe 7 lat. Jest takie niemieckie słowo-klucz – sitzfleisch. Dosłownie: „dupogodziny”. Poświęcone na rzeczy istotne, mogą zdziałać cuda.

Po drugie, trzeba właściwie zdiagnozować w sobie coś, co Barker określa za Gautamem Mukundą z Harvard Business School jako „intensifier„. Trudno to przetłumaczyć, ale generalnie chodzi o cechę, która w jednym kontekście może być jednoznacznie negatywna (szaleństwo Robiča było niebezpieczne dla niego samego i otoczenia), ale w innym – bardziej sprzyjającym – może przynieść sukces (Robič w swoim szaleństwie nie czuł bólu i zmęczenia i zawsze parł do przodu, ku zwycięstwu). To trucizna, która w sprzyjających okolicznościach staję się panaceum.

Winston Churchill był paranoikiem, wierzył w spiski, szczególnie wymierzone przeciwko interesom brytyjskim. Szukał ich wszędzie. Uznano go przez to za „trudnego we współpracy”, niebezpiecznego nacjonalistę i anglofila. Do czasu, aż – w przeciwieństwie do zwolennika polityki appeasementu, premiera Neville Chamberlaina -prawidłowo przewidział, jakim zagrożeniem dla Wielkiej Brytanii jest nazizm. To był jego intensifier. Wyniósł go do wielkości – dokładnie wtedy, kiedy było trzeba.

Pianista Glenn Gould był, delikatnie mówiąc, nieprzystosowanym społecznie ekscentrykiem. Hipochondrykiem do tego stopnia, że kiedy usłyszał kaszlnięcie rozmówcy w słuchawce telefonu, natychmiast się rozłączał. Ale był muzycznym geniuszem – potrafił ćwiczyć przez 16 godzin dziennie, całkowicie samotnie. Tak się zresztą czuł najlepiej. To, co w mniej sprzyjających okolicznościach zaprowadziłoby go do szpitala psychiatrycznego lub zepchnęło na społeczny margines, u niego było cechą, która pchała go do niestrudzonego, samodzielnego doskonalenia muzycznego. Granica była cienka. Biedni ludzie są wariatami, bogaci są ekscentryczni.

To zresztą element szerszego problemu. Badania wskazują, że te same geny, które mogą zwiastować życiowe kłopoty w jednej sytuacji, mogą okazać się zaletą w innej. Przykładowo, niektórzy z nas rodzą się z genem DRD4-7R (Dopamine Receptor D4, 7-Repeat). Z jednej strony jest on kojarzony z ADHD (Attention-Deficit Hyperactivity Disorder), alkoholizmem i przemocą. Z drugiej strony, gen ten określa się jako „gen nomada” albo „gen przygody”. Co więcej, dzieci mające ten gen chętniej dzielą się zabawkami, czy słodyczami (a to, przyznacie, duże osiągnięcie) i chętniej pomagają innym bezinteresownie. To taki genetyczny intensifier. Dobry lub zły – to zależy wyłącznie od kontekstu.

Zresztą nie muszą to być wyłącznie cechy psychiczne. Michael Phelps ma nieproporcjonalnie długi tułów i ręce, za krótkie nogi i wielkie stopy. Wygląda dziwnie, nie potrafi tańczyć – w ogóle na lądzie jest niezdarą. Ale w pływaniu zdobył 28 medali olimpijskich.

Musisz zatem znaleźć swój intensifier. Jego znajomość jest kluczowym elementem znajomości samego siebie, bez której nie da się odnieść prawdziwego sukcesu. Podkreśla to guru zarządzania Peter F. Drucker w książce „Zarządzanie XXI wieku – wyzwania” (Management Challenges for the 21st Century). I akcentują to psychologowie. Jeśli znajdziesz coś, co można określić twoją osobistą przewagą (signature strength), umiejętnie ją skanalizujesz (channeling) i zaczniesz wykorzystywać – w szczególności zaczniesz robić coraz więcej tego, w czym jesteś naprawdę dobry – to szybko odkryjesz, że wszystko się u ciebie poprawia. Będziesz mniej zestresowany. Zaczniesz się uśmiechać i z zaskoczeniem zauważysz, że również otoczenie zaczyna traktować cię z większym szacunkiem. Tak jakby twoje ciało, twój mózg, a nawet twoje otoczenie wiedziało od dawna, jakie jest twoje prawdziwe przeznaczenie.

Znalezienie tego, co dla ciebie najważniejsze i w czym jesteś najlepszy skłoni cię także do rezygnacji z rzeczy mniej istotnych. I pod tym kątem właśnie ci, którzy odpuszczają (rzeczy nieważne), jednak wygrywają (quitters win). Wytrwałość nie może bowiem istnieć bez rezygnacji z rzeczy, którym nie warto jej poświęcać. Dowiesz się także czym jest ta wytrwałość. Angela Duckworth poświęciła temu całą, skądinąd bardzo dobrą książkę, którą także ci polecam – „Upór: potęga pasji i wytrzymałości” (Grit: The Power of Passion and Perseverance).

Eric Barker da Ci w tej książce wiele rad. Pierwsza z nich to: „wybierz swój staw” (pick your pond). Musisz mianowicie wybrać taką drogę, która będzie odpowiadać twoim uzdolnieniom, a w szczególności twojemu intensifier’owi. I musisz wybrać dla siebie właściwy kontekst. Pamiętaj bowiem, że prawdopodobnie masz w sobie takie cechy, które sprawiają ci wielkie problemy w jednym miejscu czy dziedzinie, ale mogą przyczynić się do absolutnego sukcesu w innych. To jest właśnie kwestia kontekstu. Poznaj zatem siebie i wybierz swój „staw” (kontekst). Jak mówi starożytny chiński myśliciel i strateg Sun Zi (Sun Tzu): „Jeśli znasz siebie i swego wroga, przetrwasz pomyślnie sto bitew. Jeśli nie poznasz swego wroga, lecz poznasz siebie, jedną bitwę wygrasz, a drugą przegrasz. Jeśli nie znasz ni siebie, ni wroga, każda potyczka będzie dla ciebie zagrożeniem” (If you know the enemy and know yourself, you need not fear the result of a hundred battles. If you know yourself but not the enemy, for every victory gained you will also suffer a defeat. If you know neither the enemy nor yourself, you will succumb in every battle).

Kolejna rada„współpracuj” (cooperate first). Tu Barker zaczyna zgoła pesymistycznie. Pracuj ciężko, graj według zasad a będziesz odnosił sukcesy (work hard, play fair and you’ll go ahead) – tak Ci mówiono. Wysiłek ma być jakoby jednym z głównym determinantów sukcesu. Jest niestety całkiem sporo dowodów na to, że to półprawda. Mistrzostwo to jedno, a marketing to drugie.

Okazuje się, że odpowiednie sterowanie tym, co twoi szefowie i współpracownicy myślą na twój temat jest dla twojego sukcesu dużo ważniejsze niż wysiłek, który wkładasz w samą pracę. Ci którzy sprawiają lepsze wrażenie, dostają wyższe oceny. Jest nawet gorzej – badania wskazują, że podlizywanie się szefowi jest bardzo skuteczne – nawet wówczas, gdy twój szef wie, że to robisz i że nie jest to szczere.

Wygląda na to, że świat nie jest sprawiedliwy i nie tylko lizusom się w nim bardzo często udaje. Imperytentom i karierowiczom, przedkładającym swój interes nad interesem innych – także. Zwykle do czasu (co wyjaśniam we wpisie „Ego to Twój wróg”). Istnieje niestety bardzo niebezpieczny rodzaj percepcji – jeśli ktoś jest zbyt miły, od razu kojarzymy to z brakiem zawodowych kompetencji. I odwrotnie. Impertynenci nie tylko wydają się lepsi merytoryczne, ale są przy tym wybitni w dążeniu do tego, czego chcą. I nie mają skrupułów, aby głośno mówić, co to jest – tej akurat cechy warto się od nich uczyć. Nie dostaniesz nagrody jeśli nie wiadomo kogo nagradzać. Nie ma produktów sprzedających się dobrze bez żadnego marketingu. „Pracuj ciężko, ale upewnij się, że jest to dostrzegane” (work hard – but make sure it gets noticed).

No to gdzie ta współpraca, skoro to samolubność i pozerstwo zdają się popłacać w najwyższym stopniu? Jak przekonuje Barker, sytuacja zacznie się szybko odwracać, gdy powiedzenie „nie mój problem” i „mój interes” padają tak często, że zaczyna to przekraczać dopuszczalną normę. Porównuje taka sytuację do społeczeństwa Mołdawii, w której wskaźniki zaufania społecznego są najniższe na świecie. Nikt nie odpowiada za nic – państwo z dykty.

Generalnie rzecz biorąc, są 3 kategorie rzeczy – dobre, zle i „każdy to robi”. Pozwól jednej osobie na otwarte łamanie reguł, a za nią szybko pójdą kolejne. Nikt nie chce być jedynym frajerem, który stosuje się do zasad. Czy wiesz, że wystarczy jedna samolubna osoba w zespole, aby obniżyć jego skuteczność o 30-40%. Zaczyna się od jednego cwaniaka przycinającego kanty i zaraz wszyscy wokół zaczynają go naśladować. A w takim środowisku nie da się normalnie funkcjonować i efektywnie pracować. Zatem kiedy zaczynasz być samolubny i makiaweliczny, to ludzie prędzej czy później to dostrzegą. Pokazałeś wszystkim, że aby wejść na szczyt trzeba złamać zasady, grać wyłącznie na siebie i niszczyć ludzi? Nie oczekuj w takim razie, że sam zostaniesz potraktowany lepiej, kiedy przyjdzie kolej na ciebie – a zawsze znajdzie się w końcu drapieżnik silniejszy niż ty. Złe zachowanie jest zaraźliwe i co gorsza odstrasza ludzi dobrych, na których można polegać. Wkrótce nikt normalny i godny zaufania nie będzie chciał z tobą dobrowolnie pracować. Będą się ciebie bali i może będą cię szanować – na pokaz. Ale zostaniesz sam w pierwszym momencie próby.

Dlatego nawet jeśli chciałbyś osiągnąć sukces w sposób samolubny, to prędzej czy później zderzysz się z tym problemem. Nawet w więzieniu, tam gdzie przebywają psychopaci i socjopaci oraz w zorganizowanych grupach przestępczych, struktura dąży do wytworzenia swoistego kodeksu honorowego. W pełnej anarchii nie da się po prostu funkcjonować. Na dłuższą metę każdy potrzebuje współpracy z innymi. A nade wszystko – zaufania.

Ciekawa jest przywoływaną przez Barkera opowieść o piratach. Dowiadujemy się, że wbrew obiegowym mitom, piraci odnosili sukcesy, bo traktowali swoich ludzi dobrze i sprawiedliwie. Ufali sobie. Dlaczego zatem kojarzymy ich z krwiożerczymi i bezwzględnymi bandytami? Odpowiedź brzmi – marketing. Lepiej, aby ludzie wyskakiwali ze swoich sakiewek z samego strachu przed tobą, niż w wyniku realnej walki. Oczywiście piraci nie współpracowali ze sobą wyłącznie z dobrego serca, rabunek był po prostu dobrym biznesem. Ale w rzeczywistości ukształtowali system współdziałania bardziej sprawiedliwy i demokratyczny niż prezentowała królewska flota (Royal Navy), którą rabowali. W czasach wszechobecnego rasizmu, na 100 czy 200 lat przed zniesieniem niewolnictwa w USA, aż jedna czwarta piratów z Karaibów była Afrykanami – dobry biznes nie rozróżnia koloru skóry. Wśród piratów każda decyzja musiała być przy tym uzgodniona demokratycznie. Oczywiście byli kapitanowie, żadna opowieść o piratach się bez nich nie obejdzie – ale ich rola nie przypominała w żaden sposób roli bezwzględnych dowódców legalnych flot. Byli pierwszymi wśród równych (primus inter pares). Kapitan miał absolutną władzę tylko w czasie bitwy, gdzie konieczne były szybkie decyzje. A zdobytym łupem piraci dzielili się równo. Mieli nawet pirackie ubezpieczenia zdrowotne. I nie mieli żadnych problemów z przyciąganiem do siebie nowych ochotników, podczas gdy flota musiała w tym celu organizować formalny zaciąg. Wszystkie te pozorne paradoksy przytacza i wyjaśnia Peter T. Leeson w książce The Invisible Hook: The Hidden Economics of Pirates (brak polskiego wydania).

Barker przywołuje także 3 typy ludzi. To ważne. Dających (Givers), dbających o sprawiedliwość (Matchers) oraz tych, skupionych tylko na braniu i własnych korzyściach (Takers). Buduje na tej bazie fascynującą historię. Jak myślisz, którzy z nich wygrywają? Odpowiem pytaniem na pytanie – a jaka perspektywa Cię interesuje? Długa, czy krótka? W krótkiej wgrywają niemal zawsze samolubni Takersi. Ale w długiej, z przytłaczającą przewagą, hojni Giversi.

Sam zresztą wiesz – kłamstwo, oszustwo i zagarnianie pod siebie – one wszystkie mają krótkie nogi. Złe i samolubne postępowanie prawie zawsze daje początkowa przewagę, ale w dłuższej perspektywie wygrywa jednak dobro. Zatem, cokolwiek robisz, stawiaj na długoterminowość. Im więcej rzeczy wokół ciebie jest jednorazowych, nie nastawionych na dłuższa współpracę, tym większą będzie pokusa drugiej strony, aby wykorzystać okazję. To dlatego handlarze używanymi samochodami mają taką opinię, na jaką sobie zapracowali. I dlatego dawni królowie przezornie żenili się z córkami innych królów – od dziś jesteśmy rodziną, będziemy mieli wspólne wnuki. Rodziny się nie oszukuje. Zatem: „myśl długoterminowo i spraw, aby inni tez tak myśleli (think long term and make others think long term).

Największym wrogiem Takersa są inni Takersi. Podczas gdy Giversi niemal zawsze mogą liczyć na pomoc innych Giversów oraz na sprawiedliwy gniew Matchersów. Ale ważne jest przy tym, aby być takim Giversem, który nie zapomina całkowicie o własnych interesach. „Niemyślenie o swoim interesie to nie cecha świętych, to głupota” (being selfless isn’t saintly, it’s silly). Wszystko trzeba umieć odpowiednio wyważyć. Bycie dupkiem ma oczywiście swoje zalety, ale świat szybko odzyskuje równowagę. Grunt aby odzyskał ją choć częściowo na twoją korzyść.

Życie nie jest oczywiście grą o sumie zerowej. Giversi często przegrywają w pojedynczych bitwach. Bywają oszukiwani i wykorzystywani przez bezwzględnych Takersów. Ale w dłuższej perspektywie to oni, jak się rzekło, wygrywają. Giversi są świetni w budowani wspólnot (networking) przez proste bycie sobą. Matchersi za rzadko podejmują inicjatywę. Eric Barker opisuje powyższe zasady na przykładzie tzw. „dylematu więźnia” (prisoner’s dilemma) – popularnej łamigłówki z zakresu teorii gier.

A jeśli chcesz być Giversem to jest jeszcze jedna rada – badania pokazują, że warto wykonać pierwszy krok i dać coś od siebie jako pierwszy – a nie dopiero w odpowiedzi. Dobry uczynek wymusza wzajemność. Tak jesteśmy ewolucyjnie zaprogramowani. Matchersi czekaja i tracą zbyt wiele okazji. Takersi przedkładają krótkoterminowe benefity ponad długoterminowy sukces. Odwdzięczaj się także – ale zarówno co do dobrych, jak i złych czynów. Nie zaczynaj walki, ale nie boj sie odpowiedzieć walką, jeśli to konieczne. Jak mówi ludowa rada – „bądź miły i ugodowy, ale odpowiadaj ostro na każde inne traktowanie” (be soft and kind but take no other shit).

I w końcu – wybaczaj (forgive). Tak jest łatwiej, życie jest skomplikowane. Możesz nie mieć całości obrazu i wszystkich informacji, co do motywacji danej osoby. Nie jesteś doskonały, inni też nie są. Nie warto chować urazy.

Z książki dowiesz się także, między innymi, jak budować dobrą historię i narrację do swojego życia, aby mieć w nim poczucie sensu. W tym dlaczego pary, które potrafią opowiadać dobrą historię swojego związku mają dużo wyższą szansę na długoterminowe pożycie.

Podejście do tematu misji i pozytywnej auto-narracji byłego więźnia Auschwitz Viktora Frankla wyrażone w książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” (Man’s Search for Meaning) to już klasyka gatunku.

Jeśli uważasz, że twoja praca to tylko praca, nie znajdziesz w niej szczęścia. Jeśli widzisz w swoim życiu i swoich zajęciach misję – masz szansę. Jaka jest twoja historia? Jaka jest twoja narracja? Czy twoja historia pasuje do życia, które wiedziesz? Czy też może wciąż szczekasz pod niewłaściwym drzewem?

Dowiesz się także czym jest wyuczona bezradność (learned helplessness) i psychologia pozytywna według Martina Seligmana. Otrzymasz próbkę błędów poznawczych (cognitive biases) według wpływowego noblisty Daniel Kahneman’a – autora między innymi przełomowej książki „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym” (Thinking, Fast and Slow). Dowiesz się, dlaczego widzisz zwykle szklankę do połowy pustą i jak to zmienić. Przypomnisz sobie także, o co chodziło w sławnym „Teście pianki” (Marshmallow test) Waltera Mischela i co się stało z dziećmi, które wypadły w nim najlepiej (i jak im się to udało).

Jak również dlaczego warto z życia uczynić grę. Wszyscy chcemy w końcu grać w gry, w które można wygrać (winnable), dają nowe wyzwania (challenges), cele (goals) i zapewniają informacje zwrotną (feedback). I jak taka gra uratowała konkretne życie – himalaisty Joe Simpsona – historia opisana szerzej w książce „Czekając na Joe” (Touching the Void).

Dlaczego speed dating ma swoje zalety i dlaczego najszczęśliwsze były aranżowane małżeństwa, zamiast wiecznego bujania w obłokach i poszukiwania brakującej połowy (soul mate).

Dlaczego ekstrawertycy są szczęśliwsi i bardziej widoczni, ale to jednak introwertycy rządzą światem. I to w zasadzie, przynajmniej na kluczowych pozycjach, niepodzielnie.

Jak budować przyjaźnie i kontakty – i dlaczego najlepiej na starych fundamentach.

Dlaczego warto bym pewnym siebie – ale od czasu do czasu. I dlaczego trochę skromności, nawet wymuszonej, jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Dlaczego lepiej prowadzić kalendarz niż listy to-do. Jak kontrolować swoje otoczenie i jaki ma ono wpływ na nasze nawyki. W końcu – jak efektywnie kończyć i zamykać dzień.

I że – to miły wniosek – optymiści jednak wygrywają. Ich historia może nie być prawdziwa. Ale jest po prostu lepsza.

A i zapomniałbym – jako Batman, jedyny superbohater, który nie posiadając nadludzkich mocy musi polegać wyłącznie na sobie i swoim sprzęcie, musi być niezawodny i nie może sobie pozwolić na żaden błąd – przetrwałbyś góra 3 lata. Więc daj sobie spokój i przestań w końcu o tym marzyć.

Ocena książki: 8/10

Eric Barker – Barking Up the Wrong Tree: The Surprising Science Behind Why Everything You Know About Success Is (Mostly) Wrong