Kategorie
Inwestowanie Psychologia Punkt widzenia Zwierzęta

Logika indyka

We wpisie Wróbel w garści pisałem o życiowych mądrościach zawartych w lapidarnych z natury rzeczy przysłowiach. Dziś w obliczu zbliżających się finansowych zawirowań na światowych rynkach – w związku z rosnącą inflacją, stopami procentowymi oraz możliwą wojną na Ukrainie – przypomnijmy sobie kolejne: „Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścieli”.

Indyk domowy jest popularnym ptakiem hodowlanym – udomowioną odmianą żyjącego dziko w Ameryce Północnej i Środkowej indyka zwyczajnego (Meleagris gallopavo). Wyewoluował około 10 milionów lat temu i jest blisko spokrewniony z występującym w Europie i Azji bażantem (Phasianus colchicus). Odmienność ich, nazwijmy to, kręgów kulturowych sprawia, że o ile epitet gatunkowy naszego złoto ubarwionego bażanta pochodzi od legendarnej Kolchidy (gdzie miało znajdować się mityczne złote runo), to w przypadku indyka „zwyczajnego” ogranicza się do wskazania, że jest to taki ptak trochę podobny do kury, a trochę do pawia (gallus + pavo).

Dodatkowo Karol Linneusz, ojciec dzisiejszej taksonomii gatunków zwierząt, człowiek „czujący się bardzo komfortowo ze swoją wielkością” – jak ironicznie skwitował go Bill Bryson w „Krótkiej historii prawie wszystkiego” (A Short History of Nearly Everything) – pomylił indyka z pochodzącą z Afryki perliczką (Numida meleagris), nadając mu podobną nazwę rodzajową – Meleagris. A ponieważ perliczki przywiezione zostały do Europy przez tureckich kupców, ciąg takich pomyłek doprowadził do tego, że indyka określa się dziś w języku angielskim jako turkey.

Przydatność indyków jako źródła wysokobiałkowego, smacznego mięsa (ale także jako pożytecznego zwierzęcia gospodarczego, polującego na szkodniki oraz zabijającego niebezpieczne węże) została dostrzeżona już przez Azteków z Ameryki Środkowej, którzy udomowili je jeszcze w czasach prekolumbijskich. Rozpoznawalne w kulturze indiańskie pióropusze wykonywane były między innymi właśnie z piór tych ptaków. Podobnie jak lotki na śmiercionośnych strzałach.

Do Europy indyki zostały sprowadzone pod koniec XV wieku przez Giovanniego Caboto – Wenecjanina pływającego pod banderą angielską i znanego z tego powodu również jako John Cabot. Żeglarz ten nie był pierwszym naturalizowanym Włochem grającym w lidze angielskiej oraz nieostatnim szukającym w Londynie sponsorów dla spełnienia swoich ambicji. Działając na zlecenie króla Anglii Henryka VII Tudora, Cabot wyruszył „do Chin” nową drogą północną, odkrywając przy tej okazji Nową Funlandię (od new found land) i Labrador, co stało się podstawą późniejszych brytyjskich roszczeń do tych terytoriów Ameryki Północnej. Od jego nazwiska i stylu żeglugi pochodzi termin „kabotaż” – czyli sposób podróży czy przemieszczania towarów wzdłuż linii brzegowej.

Indyki były zatem swego czasu chodzącym i namacalnym dowodem na to, że Kolumb i Cabot rzeczywiście dotarli do jakiegoś nowego lądu i nawet jeśli nie były to w rzeczywistości Chiny czy Indie z ich egzotycznymi przyprawami, to przynajmniej robią tam smaczne „indyjskie kury”.

Absolutnym liderem w hodowli indyków są obecnie USA z blisko 50% udziałem w światowej produkcji. Liczba hodowanych tam żywych indyków przekracza 100 milionów, z czego około 46 milionów trafia co roku na stoły w Święto Dziękczynienia (Thanksgiving – obchodzone w czwarty czwartek listopada) – upamiętniające w istocie brak przygotowania Ojców Pielgrzymów (Pilgrim Fathers) ze statku Mayflower na trudy amerykańskiej zimowej aury oraz szczęśliwe wywinięcie się przez nich z tej sytuacji.

Przypomnijmy, że ci English Dissenters przybyli śladami Cabota na tereny dzisiejszego stanu Massachusetts jesienią 1620 roku i po pierwszej zimie statystyki ich przeżywalności odpowiadały losom dzisiejszych indyków – ze 102 pionierów aż 46 zmarło. Wkrótce jednak pomocną dłoń wyciągnęli do nich miejscowi Indianie z plemienia Wampaonagów, szukając sojuszników w walce z konkurencyjnym plemieniem Narragansett. W 1621 roku plony zasiewane na niezbyt żyznej ziemi, ale zgodnie z instrukcjami doświadczonych miejscowych (w tym znanego z historii Indianina Squanto, któremu najwyraźniej doskwierał syndrom sztokholmski), były udane, co postanowiono uczcić wspólnym świętowaniem. Spożyto przy tej okazji również dzikie indyki i od tej pory ptaki te miały stać się zakładnikami tej tradycji już na stałe.

Indyki są w USA tak popularne, że Benjamin Franklin na poważnie proponował pozostałym Ojcom Założycielom (Founding Fathers of the United States), aby to ten ptak stał się symbolem nowego państwa. Ostatecznie indyk przegrał casting z bardziej romantycznym bielikiem amerykańskim (Haliaeetus leucocephalus).

Ptaki te pozostają zatem publicznie niedocenione jako symbol wolności, ale mają swoje istotne zalety praktyczne. Posiadają bardzo bystry wzrok – potrafią dostrzec najdrobniejszy ruch z odległości 100 metrów, widzą w kolorze oraz w bardzo szerokim obszarze – nie zajdziesz indyka od tyłu, jego kąt widzenia wynosi 300 stopni. Słabo widzą natomiast w nocy, posiadając charakterystyczną dla całej swojej rodziny kurzą ślepotę. Dzikie indyki śpią zatem na drzewach – tak na wszelki wypadek. Jeśli zastanawiałeś się czemu spokrewnione z nimi kury lubią spać na grzędach – to niniejszym wyjaśniłem przyczynę tego atawizmu.

Ich mięso zawiera więcej białka niż kurczak czy wołowina, a przy okazji mniej tłuszczu. Jeśli zatem po swoim świętodziekczynnym obiedzie czujesz się senny, to raczej z powodu węglowodanów które spożyłeś na deser, a nie z winy samego indyka. Dorosłe męskie osobniki ważą 15 kilogramów i wbrew powszechnej percepcji potrafią latać całkiem sprawnie – o ile im się akurat zachce. Mówię tu oczywiście o indykach dzikich – te hodowlane mają albo usunięte lotki, albo piersi tak przerośnięte tuż przed ubojem, że przewracają się stojąc.

W amerykańskim stanie Minnesota znajduje się ponad 600 indyczych farm, które przynoszą temu stanowi miliard dolarów przychodu, produkują ponad 40 milionów indyków rocznie oraz dają miejsca pracy 26.000 pracowników. Kolejne 70.000 indyków żyje dziko i jest celem lubianych przez Amerykanów zorganizowanych polowań. Mimo to również stan Minnesota nie uznał za stosowne umieścić indyka wśród swoich symboli i jest nim zamiast niego inny ptak – nur lodowiec (Gavia immer).

Wszystko wskazuje na to, że kulturalny i symboliczny rozgłos mogą zdobyć tylko zwierzęta dzikie i uznawane przez to za dumne i niezależne – choćby jak orzeł bielik były częściowo padlinożercami kradnącymi jedzenie innym pobratymcom. Nasze zwierzęta gospodarskie traktujemy najwyraźniej jako coś oczywistego i powszedniego.

Indyki pomimo wszystkich swoich talentów i zalet nie wyglądają specjalnie sympatycznie na żywo oraz w mediach społecznościowych – mają łyse głowy, dziwne narośle nad dziobem (wisior) i drugie na szyi (korale). Nigdy nie widziałem, aby ktoś namawiał do uwolnienia indyków, ale widziałem pewien respekt, z jakim traktują je goście ZOO, czy dzieci na wsi. Indyki są naprawdę duże, do tego groźnie gulgoczą i poruszają się w charakterystyczny rytmiczny sposób z niepokojącym kołysaniem tułowia, które stało się ongiś inspiracją dla ragtimowego tańca – Turkey trota. Ale również ten taniec szybko wyszedł z mody, zastąpiony przez bardziej znany „krok lisa” – fokstrot.

Wiemy już teraz nieco o ptasim bohaterze naszej dzisiejszej opowieści, przejdźmy więc do meritum dzisiejszego wpisu. Zacznijmy od odpowiedzi na (jak zaraz wyjaśnię niepozbawione wagi) pytanie: „jak widzi świat indyk?”.

Dzikie indyki żyją do 5 lat i ich egzystencja jest pełna wrażeń, ale też niepewności związanej z życiem w bezwzględnej naturze. Tymczasem życie indyka hodowanego na mięso trwa zaledwie 120-140 dni i jest wysoce uregulowane. Wyobraźmy sobie życie indyka z małego amerykańskiego gospodarstwa – taki indyk rodzi się na fermie, gospodarz zabiera go od matki gdy jest pisklęciem i od tego czasu codziennie karmi i dba o jego potrzeby. Indyk każdego dnia zastanawia się, czy znów zostanie nakarmiony, ale każdego dnia gospodarz zjawia się niezawodnie, przynosząc zapobiegliwe coraz więcej jedzenia w miarę jak ptak rośnie. Rytuał powtarza się przez wiele dni, aż w końcu indyk dochodzi do (uzasadnionego przez doświadczenie) wniosku, że jego widoki na bycie karmionym codziennie są w zasadzie pewne i nigdy już nie musi obawiać się głodu. Czeka go wyłącznie dobrobyt i prosperity.

Dalszy ciąg tej historii można oczywiście przewidzieć. Niedługo po tym, gdy nasz indyk podpadnie już w stan samozadowolenia przychodzi w końcu dzień, w którym gospodarz zjawia się bez jedzenia i zabija go. Wypada bowiem akurat Święto Dziękczynienia. Przekładając to na polskie przysłowie – indyk snuł dalekosiężne plany na przyszłość (na podstawie obserwacji przeszłych wydarzeń), ale jego planowanie okazało się nic nie warte. W międzyczasie zmieniły się bowiem okoliczności, czego indyk w swoim naiwnym planowaniu i pojmowaniu przyszłości nie przewidział. „Jeśli chcesz rozbawić Boga – powiedz mu o swoich planach” – mówi inne znane powiedzenie, utrzymane w tym samym duchu.

Za przywołaną logiką indyka stoi błędne założenie, że obserwowane od dłuższego czasu i pozornie utrwalone okoliczności nigdy się nie zmienią i w związku z tym można na nich spokojnie polegać. W konsekwencji indyk przeżywa swoje krótkie życie w głębokim przekonaniu, że ci przyjaźni ludzie dbają o jego dobrostan i że istnieje jakaś życiowa zasada (gdyby był nami, nazwałby ją pewnie „prawem człowieka”), zgodnie z którą indyki mają być karmione przez służących im ludzi codziennie i równie regularnie zadbane pod każdym innym względem. Nie muszą się stresować – do tej pory wszystko szło dobrze i nie ma powodu aby sądzić, że skoro trwało to niezakłócenie przez tyle dni z rzędu, to może się to w jakiś sposób odmienić.

A później przychodzi nieuchronnie ta środa przed Świętem Dziękczynienia, która zmusza indyka do rewizji poglądów.

Brzmi znajomo? Czy my też nie żyjemy czasem w przekonaniu, że nasze władze, nasi pracodawcy, nasi przyjaciele, nasi doradcy, nasze banki i kto tam jeszcze dbają o nas i myślą ciepło o naszym interesie i skoro do tej pory się wywiązywali, to tak będzie już zawsze? Na pewno trochę tak – częściowo pisałem o takim bezrefleksyjnym podejściu do życia we wpisie Jakoś to będzie, ale dziś opiszę tę sprawę w nieco innym kontekście.

Opisany wyżej naiwny, ale w istocie trudny do przełamania sposób widzenia świata posłużył Nassimowi Nicholasowi Talebowi w znanej książce „Czarny łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń” (The Black Swan: The Impact of Highly Improbable) do skrytykowania błędu myślowego, który określił jako „indyczą iluzję” (turkey illusion). Osią tego błędu myślowego (bias) jest przekonanie, że skoro wcześniejsze obserwacje potwierdziły dany wniosek lub właściwość rzeczy, z którą mamy do czynienia, to można skonkludować, że dają one prawdziwy i godny zaufania obraz rzeczywistości.

Kwestia ta nie jest obca filozofii i jest interesującym przykładem tego, że ma ona jednak nam coś interesującego i praktycznego do przekazania. Taleb nie jest też pierwszym, który powołuje ten błąd myślowy (polegający na zaufaniu do przeszłości przy planowaniu przyszłości) opierając się na obrazowym, zwierzęcym przykładzie – podobny, ale z udziałem hodowlanego kurczaka, podawał przed nim sam Bertrand Russell.

W szerszym ujęciu temat ten był podejmowany choćby przez Karla Poppera który sprzeciwiał się utrwalonemu w XX wieku poglądowi, jakoby teorie naukowe zweryfikowane poprzez „obserwację faktów” były pewne i trwałe i nie należy z nimi dyskutować. Problem polega na tym – jak słusznie wyjaśniał Popper – że choć dobra teoria musi tłumaczyć nieskończenie wiele przewidywań, to empirycznie przebadać można tylko skończoną liczbę przypadków, do których ta teoria znajduje zastosowanie. Zawsze pozostanie zatem pewien element niepewności związany z tym, że nie jesteśmy w stanie przetestować prawidłowości każdej teorii w odniesieniu do wszystkich możliwych faktów. Do odrzucenia teorii wystarczy natomiast tylko jedna sprzeczna z przewidywaniami obserwacja. Zastanów się zatem następnym razem, zanim wygłosisz jakiś obiegowy pogląd ex cathedra lub powołasz się na jakieś dzisiejsze autorytety – jutro mogą przyjść inne i wszystko może się zmienić.

Innym filozofem zgłębiającym ten „problem indukcji” (problem of induction lub problem of inductive knowledge), jak zwykło się go określać, był XVIII-wieczny filozof i ekonomista David Hume, który zauważył, że nasza wiedza pochodzi z doświadczenia, które jest jednak chaotyczne i zmienne w czasie. Hume krytykował także ideę przyczynowości ostrzegając, że nasze postrzeganie przyczyn i skutków może być zniekształcone przez błędną obserwację lub błędnie wyciągnięte z nich wnioski.

Wszystkie łabędzie są białe – głosi teoria, dopóki nie pojawi się w końcu łabędź czarny i tę teorię obali – taki jest symboliczny sens rozważań Taleba. Na marginesie dodajmy, że choć mówiąc „łabędź” mamy w głowie znanego z polskich jezior białego łabędzia niemego (Cygnus olor), to w Australii żyje osobny gatunek łabędzi czarnych (Cygnus atratus). To, że nie widzieliśmy żadnego na żywo nie znaczy, że wszystkie łabędzie są białe.

Charakterystycznymi obszarami, w których objawia się omawiany problem indukcji są przedsięwzięcia przemysłowo-infrastrukturalne oraz rynki finansowe. Niejednokrotnie powoływałem już na tych łamach przykłady katastrof przemysłowych, które wydarzyły się tylko dlatego, że projektując zakładany margines bezpieczeństwa oparto się wyłącznie na przeszłych doświadczeniach i pomiarach (na przykład: Nie buduj poniżej tego punktu), lekceważąc ryzyko wystąpienia może mało prawdopodobnego, ale jednak wciąż możliwego gorszego scenariusza. Taleb powołuje w tym kontekście także – nie bez charakterystycznej dla niego złośliwości – cytat z Edwarda Johna Smitha, kapitana Titanica w jego nieszczęsnym rejsie z Southampton do Nowego Jorku w 1912 roku. 62-letni Smith wyznał, że nigdy dotąd nie znalazł się w niebezpiecznej sytuacji – i był z tego powodu powszechnie uznawany za zaufanego, „bezpiecznego kapitana”. Ocenianie kandydatów do pracy wyłącznie na podstawie przeszłych osiągnięć czy zdarzeń, z którymi mieli do czynienia może być zatem zdradliwe – również wówczas, gdy kierujesz się zasadą „pechowców nie potrzebujemy”. Musisz bowiem zawsze brać poprawkę na okoliczności, z jakimi ta osoba musiała się zetknąć i zwrócić uwagę na to, czego doświadczyła (i jak sobie z tym poradziła) oraz – co nawet ważniejsze – czego nie doświadczyła (i w związku z tym pozostaje w tej kwestii nieświadoma i niedoświadczona – zgodnie z tym, co pisałem we wpisie Niekompetencja).

Zanim przejdziemy do rynków finansowych, których uczestnicy z jednej strony niechybnie ostrzegą cię, że „przeszłe wyniki nie mogą być podstawą do podejmowania decyzji inwestycyjnych”, po czym sami popełnią po raz kolejny te same historyczne błędy, wspomnijmy na nasze usprawiedliwienie, że udzielające się nam indycze myślenie również nie jest pozbawione zasadności i naukowych podstaw.

Jeden z ojców rachunku prawdopodobieństwa – Pierre-Simon Laplace, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku sformułował dość nieintuicyjną, ale statystycznie uzasadnioną „zasadę sukcesji” (rule of succession), zgodnie z którą im dłużej dane zdarzenie nie występuje, tym mniej prawdopodobne jest, że w ogóle nastąpi. Można to przedstawić wzorem P = 1 − [(n + 1)/(n + 2)], w którym „P” symbolizuje prawdopodobieństwo zdarzenia (na przykład wypadku), a „n” liczbę dni, które minęły od ostatniego takiego zdarzenia. Nie posądzam kierowników budowy o znajomość tej zasady, ale przyznacie sami, że tabliczka z napisem „pracujemy 282 dni bez wypadku” brzmi uspokajająco.

Wspomniałem, że zasada ta jest nieintuicyjna, ponieważ w wielu przypadkach traktujemy upływ długiego czasu jako zapowiedź, że w końcu coś złego musi się wydarzyć. Często obawiamy się przykładowo, że jeśli w danym rejonie nie było od dawna silnego trzęsienia ziemi, to ono w końcu musi nastąpić. Podobnie podchodzimy do ryzyka wybuchu wulkanu czy upadku meteorytu, ale również do tak prozaicznej rzeczy jak wynik rzutu monetą. Tymczasem Laplace ma w wielu przypadkach rację – jeśli on lub ona nie zadzwoniła do tej pory – to już raczej nie zadzwoni, zapomnij o sprawie.

Badania wskazują, że nasz mózg ma ciągoty do tego, aby porządkować fakty i doszukiwać się zależności i wzorów w przeszłych wydarzeniach – również tam, gdzie ich nie ma. Wydaje nam się, że jeśli rynek akcji rósł przez ostatnie trzy dni, to czwartego dnia w końcu musi nastąpić korekta – i oczywiście może tak być, a może nawet samo oczekiwanie ze strony inwestorów, że tak się stanie doprowadzi do samospełniającej się przepowiedni – ale tak naprawdę jest to zdarzenie nieprzewidywalne i niekoniecznie mające wyższe prawdopodobieństwo niż kolejny dzień hossy (chyba że mamy do czynienia z jakąś spekulacyjną bańką, która musi w końcu pęknąć, czy innym zakrzywieniem prawa grawitacji).

Podobnie wydaje się nam, że jeśli w trzech dotychczasowych rzutach monetą wypadł orzeł, to prawdopodobieństwo, że teraz wyrzucimy reszkę rośnie – tymczasem szanse te przy każdym rzucie wynoszą zawsze tyle samo – 50%.

To, jak nie radzimy sobie z przypadkowością, próbując nadać jej uporządkowany kształt i ją w logiczny sposób okiełznać, jest przedmiotem innej znanej książki Taleba – „Zwiedzeni przez losowość. Tajemnicza rola przypadku w życiu i w rynkowej grze” (Fooled by Randomness: The Hidden Role of Chance in Life and in the Markets). Sam również sporo pisałem tu o lekceważeniu przez nas wpływu zwykłego przypadku na nasze powodzenie (Szczęście) oraz o różnego rodzaju błędach logicznych, które popełniamy oceniając sukcesy innych oraz trwałość otaczających nas rzeczy (Błąd przeżywalności).

Z zasadą sukcesji Laplace’a jest natomiast kilka problemów. Po pierwsze – to, że dane zdarzenie nie wystąpiło od dłuższego czasu może i zmniejsza jego statystyczne prawdopodobieństwo, jednak go całkowicie nie eliminuje. Każdy indyk (oraz budowniczy elektrowni atomowej) powinien o tym pamietać i nie mylić w związku z tym braku wystąpienia zagrożenia w przeszłości z brakiem zagrożenia w ogóle. Nie da się zatem przyłożyć omawianej zasady sukcesji do każdego zdarzenia – los hodowlanego indyka jest z góry przesądzony i akurat w jego przypadku im więcej dni życia upływa, tym prawdopodobieństwo pójścia na rzeź rośnie, a nie odwrotnie.

Po drugie próbując dla intelektualnej rozrywki zmierzyć prawdopodobieństwo, że Słońce wstanie następnego dnia Laplace zauważył, że przy tak powtarzalnych z natury rzeczy zdarzeniach wyniki mogą różnic się w zależności od tego, czy odwołamy się do życia jednego człowieka, kilku pokoleń, całej ludzkości, czy może jeszcze dłuższego okresu. Ale nawet przyjmując ten dłuższy okres prawdopodobieństwo, że jutro będzie kolejny dzień wyniesie około 99,9% – i z punktu widzenia praw natury i tak wyda się obserwatorowi zbyt niskie. Wynika to z samej natury obliczeń – jeśli przyjmiemy, że przez ostatnie 10.000 dni Słońce zawsze wstawało jak trzeba (nawet jeśli my sami nie), to prawdopodobieństwo, że zrobi to ponownie wynosi 10.001/10.0002 = 0,99990002. Zatem nawet gdyby nasz hodowlany indyk stał się nagle podejrzliwy i umiał porozmawiać z kolegami na temat losów swoich poprzedników, a nawet przeczytał wszystkie książki i artykuły na temat tragicznego losu indyków pod panowaniem ludzi z ostatnich 500 lat, to i tak mógłby statystycznie nie doszacować ryzyka, że pójdzie w ich ślady. Czasem poza statystyką potrzebna jest także odrobina instynktu samozachowawczego oraz zdrowego rozsądku.

Przejdźmy teraz do miejsca, w którym w teorii zasady zdrowego rozsądku powinny królować, a praktyka wygląda zupełnie inaczej. Lubię mówić, że „w teorii nie ma różnicy między teorią i praktyką, ale w praktyce jest”.

Trudno o bardziej złożone i w gruncie rzeczy rządzone przez nieprzewidywalność miejsce niż rynki finansowe – codziennie handluje się na nich wszystkich (i jeszcze derywatami tego wszystkiego) w milionach różnych konfiguracji i niezależnie od kierunku ruchów (można na przykład grać na pozycjach długich lub krótkich – co wyjaśniałem we wpisie Casino Royale). Nic dziwnego, że ludzi próbują okiełznać ten chaos i doszukiwać się w trendach rynkowych pewnych uporządkowanych zasad. Niektóre faktycznie da się z dużym prawdopodobieństwem zaobserwować – rosnące stopy procentowe były historycznie szkodliwe dla rynku akcji, ponieważ podwyżka możliwych do uzyskania odsetek z kapitału otwiera alternatywy dla jego lokowania, które w czasach niskich stóp procentowych nie dają żadnych zwrotów (np. lokaty bankowe) oraz powoduje, że same firmy (na których wycenach opiera się wycena ich akcji) mają większe problemy i wyższe koszty obsługi własnego zadłużenia. Nie znaczy to jednak oczywiście, że są to zasady wyryte w skale jak dziesięć przykazań.

Niektórzy finansiści posuwają się nawet tak daleko, że przypisują rynkom maksymalną dostępną w danym momencie efektywność i racjonalność. Tymczasem ta „hipoteza efektywnego rynku (efficient market hypothesis) zwiodła już niejednego wyjadacza, nie biorącego pod uwagę takich przyziemnych spraw, jak ludzka chciwość czy zwykła głupota. Może dlatego określa się ją mianem hipotezy, a nie teorii – bo ta ostatnia zakłada, jak się rzekło wyżej, że jakieś obserwacje faktów zostały jednak poczynione. Możesz dowolnie długo wpatrywać się w wykres indeksu WIG-20 czy S&P 500 z ostatnich 10 lat i wyciągać z tego wnioski co do aktualnego trendu (który jest jakoby twoim przyjacielem) oraz budować uzasadnienia, ale podobnie jak nasz indyk może doprowadzić cię to do zgoła nieprawidłowych wniosków.

Istnieje charakterystyczny, historyczny przykład zderzenia wiary w efektywny rynek, historyczne doświadczenia oraz matematyczne modele z twardą rzeczywistością i nazywa się on upadek Long-Term Capital Management, który w ciekawy sposób opisuje książka Rogera Lowensteina – When Genius Failed: The Rise and Fall of Long-Term Capital Management. Fundusz inwestycyjny LTCM został założony w 1994 roku przez Johna Meriwethera, byłego bankiera z Salomon Brothers (agresywną korporacyjną kulturę tego banku na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku opisał Michael Lewis w książę Liar’s Poker) oraz Myron Scholes i Robert C. Merton – akademicy, którzy wkrótce mieli zostać nagrodzeni ekonomicznym Noblem za matematyczny model rynku opisujący dynamikę cen instrumentów finansowych (nazwany ich imionami). Pełni wiary w swoje możliwości, doświadczenie, historyczne obserwacje rynków oraz kuloodporność swoich teoretycznych modeli inwestowali w sposób skoncentrowany, na niezwykle wysokim lewarze (finansowali inwestycje ogromnym długiem), co początkowo przynosiło spektakularne sukcesy. Wszystko to jednak do czasu, gdy rynkiem finansowym w obliczu problemów z Rosją (tak to nieprzypadkowe porównanie) zaczął rządzić aspekt ludzki. Panika wywołana kryzysem finansowym w Rosji w 1998 roku, gdy państwo to po prostu odmówiło regulowania swoich zobowiązań (default), zmiotła fundusz prowadzony przez tych geniuszy ekonomii z powierzchni ziemi jak wiatr domek z kart.

Rynek po jakimś czasie oczywiście się ustabilizował i powrócił do racjonalności, ale grający pożyczonymi pieniędzmi rzadko mają komfort spokojnego dotrwania do takiej poprawy sytuacji. Jak mawiał ekonomista John Maynard Keynes (sam zresztą doskonały inwestor, którego rękę do interesów opisuje książka Justyn Walsh – Investing With Keynes, do której wrócimy odrębnie) – rynki mogą pozostawać nieracjonalne dłużej, niż ty pozostaniesz wypłacalny (markets can stay irrational longer than you can stay solvent).

Partnerzy z LTCM święcie wierzyli w matematyczne zasady, takie jak prawo rozkładu normalnego (zwanego potocznie „krzywą Gaussa”), w którym większość zdarzeń przypada w środku wyrysowanego „dzwonu”, a zdarzenia skrajne są stosunkowo rzadkie i możliwe do statystycznego określenia – nie brali natomiast pod uwagę, że rynki mogą któregoś dnia stać się porostu nieracjonalne i nieprzewidywalne i wsiąść na huśtawkę popychaną przez ludzki strach. Mieli oczywiście doświadczenia wyciągnięte z poprzednich kryzysów giełdowych – takich jak Czarny Poniedziałek (Black Monday) z 1987 roku, kiedy to indeks Dow Jones Industrial Average zanurkował nagle o 22%, ale problem polega na tym, że historia nigdy nie powtarza się w stosunku jeden do jednego, a gracze giełdowi bardzo często przypominają generałów, starających się wgrać poprzednią wojnę. Jak ładnie ujął to Mark Twain – „historia nigdy się nie powtarza, ona co najwyżej rymuje” (the history never repeats itself but it often rhymes).

Mając na uwadze te obserwacje pozostaje nam obecnie zachować ostrożność w obliczu nadchodzących napięć geopolitycznych i finansowych. Nie będąc indykami powinniśmy rozumieć, że choć w Europie nie było szerokiego konfliktu od prawie 80 lat (a prowadzonego na węższą skalę od niemal 30) nie oznacza, że nie może nam się przydarzyć kolejny. Przywykliśmy do dobrobytu i pokoju jak hodowlane indyki – tak bardzo, że opowieści naszych dziadków lub pradziadków o okrucieństwach II Wojny Światowej traktujemy z lekkim niedowierzaniem. – Dlaczego nie zadzwoniłeś do prawnika? – pytała w charakterystycznej anegdocie autentycznie zdziwiona amerykańska nastolatka dziadka opowiadającego jej o wojennej niewoli u Niemców.

Do historii samego władcy Rosji jeszcze na tych łamach wrócimy, bo dobrze jest wiedzieć, z kim ma się do czynienia..

Musimy także zachować ostrożność na rynkach finansowych. Być może trwająca już przeszło 12 lat hossa napędzana niskimi stopami procentowymi i niską inflacją zaczyna dogasać. Ostrożność oznacza niepoddawanie się tak panice, jak i euforii, zachowanie płynności aby nie być zmuszonym do wyprzedaży oraz odpuszczenie gry na lewarze, który stanowi jedną z 3 rzeczy na „L” (po angielsku), która może doprowadzić człowieka do ruiny (pełna lista to: ladies, liquor and leverage), o czym przykład noblistów z LTCM świadczy zresztą dobitnie.

A słuchając „ekspertów” obiecującym ci bez pokrycia, że „jakoś to będzie”, podsuwającym ci gotowe i pewne rozwiązania na podstawie przeszłości, uspokajających cię i mylących racjonalne wnioski z czystą spekulacją możesz zadać sobie ironiczne pytanie.

Czy i 100 milionów indyków nie może się mylić?