Kategorie
Historie Literatura faktu Odkrycia

Żmudne innowacje

W książce Rebel Ideas: The Power of Diverse Thinking Matthew Syed przywołuje błyskotliwą postać Davida Dudleya Blooma – Amerykanina urodzonego w 1922 roku w Pensylwanii, żołnierza walczącego podczas II Wojny Światowej, który miał najpierw zostać najmłodszym oficerem w amerykańskiej marynarce (w wieku 22 lat), a później po przejściu w stan spoczynku parać się z sukcesem różnymi zajęciami, awansując w pewnym momencie na stanowisko dyrektora do spraw badań i rozwoju w firmie AMSCO, zajmującej się produkcją zabawek.

Jego pierwszą ideą była zmiana katalogu produktów – opowiadał się za rezygnacją z takich zabawek jak pistolety, strzelby czy żołnierzyki – jako były uczestnik najbardziej krwawego konfliktu w dziejach dobrze rozumiał, że uczenie dzieci wojny nie przyniesie światu dobrej przyszłości. Podobną ideą kierowało się zresztą przez lata duńskie LEGO, robiąc jednak wyjątek dla uzbrojonych rycerzy, piratów, a ostatnio także wojowników ninja.

Pierwszym interesującym wynalazkiem Blooma była „magiczna” butelka na mleko, w której płyn zdawał się znikać po obróceniu jej smoczkiem do dołu – widzieliście zapewne na własne oczy taką zabawkę. Później wpadł na jeszcze ciekawszy pomysł produkowania miniaturowych kuchni, które pozwoliły dzieciom wcielać się w małych kucharzy. Pewnie zdarzyło się wam pełnić i tę rolę.

Ale dopiero w 1958 roku Bloom w przypływie innowatorskiego geniuszu wpadł na naprawdę przełomowy pomysł, który miał (tak mu się przynajmniej wydawało) zmienić jego życie, a może i zwyczaje ludzi na całym świecie. Każdy kto podróżuje, choćby do rodziny na święta, rozpozna ten wynalazek i zdziwi się, że jest on tak młody. I że nie istniał od zawsze.

Bloom odszedł właśnie z AMSCO i zatrudnił się w Atlantic Luggage Corporation, gdzie objął stanowisko dyrektora do spraw rozwoju produktów – w dziale odpowiedzialnym za jedną z popularnych linii produktów podróżnych. Bloom, błyskotliwy i niestrudzony innowator, zadał sobie wówczas proste, ale ważne pytanie – dlaczego walizki, ciężkie i nieporęczne, od których noszenia wszystkich (włącznie z nim samym) bolały plecy, nie mają kół?

Potem zadał sobie jeszcze kilka kolejnych. Czy nie sprawiłoby to, że bagaże byłyby łatwiejsze do przemieszczania? Czy dzięki takiemu usprawnieniu nie trzeba by już za każdym razem prosić o pomoc obsługi hotelowej, domagającej się zawsze hojnych napiwków? Czy nie trzeba by w końcu co chwila przekładać walizki z reki do ręki w rytm zmęczenia mięśni ramion? Krótko mówiąc – czy to nie jest doskonały pomysł, który odmieni świat podróży?

Na marginesie – czy ktoś pamięta czasy, gdy na pokład samolotu czy pociągu można było zabrać i swobodnie zmieścić bagaż bez mała 40 kilogramowy?

Bloom nie zasypiał groszek w popiele i niezwłocznie przedstawił i umotywował swój pomysł szefowi firmy. Miał dla niego wyłącznie dobre wiadomości – produkt byłby tani w produkcji, nie wymagał istotnej zmiany kanałów dystrybucji czy radykalnych zmian w liniach produkcyjnych. Wydawał się całkowicie pozbawioną ryzyka inwestycją, która gdyby wypaliła (co wydawało się Bloomowi pewne) mogła przynieść firmie dominację na wielomiliardowym rynku turystycznym.

Jaka była reakcja szefa Blooma? Otóż określił on pomysł jako niepraktyczny i nieporęczny. – Kto chciałby kupować walizkę na kołach? – zapytał sarkastycznie.

Fakt, że każdy z nas używa dziś walizek z kółkami świadczy o tym, że nie był to koniec tej historii, ale zanim przejdziemy dalej podsumujmy – jak widać każda innowacja musi najpierw pokonać inercję i utarte przyzwyczajenia – i jest to prawda w zasadzie uniwersalna. Syed podaje w tym miejscu przykład charakterystyczny, choć może niezbyt często dostrzegany – czyli wielką rewolucję przemysłową z XIX wieku, której uczestnikom i graczom w zastanawiający sposób zajęło bardzo dużo czasu (około 25 lat za długo), aby przestawić się z napędu parowego na elektryczny, pomimo oczywistych zalet i przewag tego drugiego (oraz powszechnej już świadomości istnienia zjawiska prądu elektrycznego).

Temat był zresztą w ostatnich czasach mocno eksponowany w literaturze i mediach, szczególnie poprzez przywołanie romantycznego wynalazcy – Nikoli Tesli, który na przełomie XIX i XX wieku walczyć miał z kutym na cztery nogi i bezwzględnym przemysłowcem Thomasem Alva Edisonem, mającym zresztą dużo gorsze od niego pomysły (Edison opowiadał się za nieefektywnym prądem stałym w miejsce powszechnie stosowanego dziś prądu zmiennego), ale będącym dużo sprytniejszym biznesmenem. Wspominałem o tym we wpisie Anatomia odpuszczania. Ciekawie opowiada o tym książka Przemysława Słowińskiego i Krzysztofa K. Słowińskiego „Władca piorunów. Nikola Tesla i jego genialne wynalazki”.

Jak dowodził Richard Caves, profesor z Uniwersytetu Harvarda, spośród wielkich firm przemysłowych założonych w latach 1888-1905 aż 40% upadło do początku 1930 roku ponieważ nie przestawiły na czas metod produkcji, w bezsensowny sposób opierając się elektryfikacji. I szczerze mówiąc jest to schemat, który powtarza się od wieków – państwa, wielkie korporacje czy instytucje, które w danej chwili dominują i są teoretycznie w idealnej pozycji do tego, aby skorzystać z okazji do innowacji, rozwoju i ucieczki konkurencji z jakiegoś powodu nie korzystają z okazji. Przywołajmy tu choćby przykład fińskiej Nokii czy kanadyjskiej Blackberry, które na własną zgubę przegapiły nadejście ery smartfonów – pisałem o tym we wpisie Ewolucja lub wymarcie. Albo Kodaka, który przegapił szanse związane z fotografią cyfrową (pomimo, że sam tę technologię wynalazł).

Podobno 5 najbardziej niebezpiecznych słów w biznesie to „Robiliśmy to tak od zawsze”.

Krótkowzroczność jest rewersem innowacji. „Wszystko, co było do wynalezienia, zostało już wynalezione” – ogłosił w 1899 roku (naiwnie, choć na pewno z głęboka wiarą) Charles H. Duell, szef amerykańskiego biura patentowego, uznając, że jego urząd można by w zasadzie zamknąć. „Przewidywanie jest trudne, szczególnie jeśli dotyczy przyszłości” – komentował to później ironicznie fizyk jądrowy Niels Bohr.

Takich przykładów krótkowzroczności jest zresztą bardzo wiele i każdy z nich czyta się z niewymowną schadenfreude. Thomas Watson, szef IBM, ocenił w 1943 roku, że „na świecie jest rynek na góra 5 komputerów” – dla usprawiedliwienia można dodać, że myślał on oczywiście ówczesnymi kategoriami, w których pojedynczy komputer zajmował obszar sporej hali. Jego firma istnieje w branży do dziś, stąd nie był to błąd śmiertelny.

Co równie zabawne, jeszcze w 1949 roku znane (i też istniejące do dziś) czasopismo Popular Mechanics oceniało, że „o ile komputer ENIAC ma ponad 18.000 lamp elektronowych i waży 30 ton, o tyle jest szansa, że komputery przyszłości będą miały góra 1.000 lamp i będą ważyć tylko 1,5 tony”.

Jeszcze dziwniejszy błąd w ocenie sytuacji popełnił Ken Olsen, założyciel Digital Equipment Corporation, niegdyś lidera rozkwitającej branży informatycznej, który w 1977 roku stwierdził z przekonaniem, że „nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego ktoś chciałby mieć komputer we własnym domu”. Olsen wypowiedział co prawda te słowa jeszcze przed boomem na osobiste komputery (personal computers – PCs), ale jednak już po tym, gdy na rynek trafił niezwykle popularny komputer Altair 8.800 (wspominałem o tym we wpisie Szczęście).

Oddając mu jakąś sprawiedliwość – nawet największy wizjoner swoich czasów, który jak nikt inny skorzystał na pecetowym boomie, czyli Bill Gates posunął się w 2004 roku do stwierdzenia, że „problem spamu zostanie wkrótce definitywnie rozwiązany”. Mając na uwadze, że około 92 procent wszystkich wiadomości e-mail nadal pozostaje spamem, ta misja Billa się nie powiodła.

Podobnie jak Watson czy Olsen przenikliwością nie wykazał się też Darryl Zanuck, szef 20th Century Fox, który w 1946 roku ocenił, że „telewizja nie będzie w stanie utrzymać się na rynku po upływie pół roku – bo przecież ludzie na pewno szybko znudzą się codziennym patrzeniem w to drewniane pudełko”. A mówimy tu o człowieku, który wyprodukował wówczas już ponad 100 wysokobudżetowych filmów kinowych.

Pozostając na chwilę przy tym wątku zauważmy jednak, że dopiero pandemia COVID-19 zadała niemal śmiertelny cios kinu, a telewizja w jej pierwotnym kształcie również umiera, zastępowana streamingiem – treściami na życzenie. Paradoksalnie walkę o rząd dusz na tym polu nadal wygrywa Netflix, który umiał ongiś odważnie przestawić się z płyt DVD na nowszą technologię (a czego nie potrafił konkurencyjny Blockbuster) – ciekawie opowiada o tym książka Randolpha Marca o charakterystycznym tytule „Netflix. To się nigdy nie uda”.

Zaskakujące jest zresztą, jeśli się nad tym lepiej zastanowić, jak bardzo przewidywania przyszłości, znane choćby z dawnych filmów science fiction akcentowały nie te zjawiska, co trzeba. Niels Bohr miał rację. Każdy spodziewał się, że w już 2000 roku będziemy podróżować latającymi samochodami i chadzać automatycznymi chodnikami, ale nikt specjalnie nie przewidział czegoś tak prozaicznego, a jednocześnie całkowicie zmieniającego nasze życie, jak telefon komórkowy.

Przypomnę może, że akcja bardzo znanego filmu z 1982 roku, opartego na prozie Philipa K. Dicka„Łowca Androidów” (Blade Runner) toczy się w Los Angeles w 2019 roku. Nie wspominając o „2001: Odyseja kosmiczna” (2001: A Space Odyssey) z 1968 roku, opartej na literaturze Arthura C. Clarke’a. Te filmy to nadal science fiction.

Jest w tym na pewno sporo naszej winy – najwyraźniej nie sprostaliśmy oczekiwaniom. Jeszcze 40 czy 50 lat temu spodziewano się po nas, że będziemy mieli dziś bazy na Marsie, prowadzili sensowne rozmowy z komputerami i robotami i podrzucali dzieci do szkoły w samochodach przypominających conajmniej Deloreana DMC-12 z „Powrotu do przyszłości” (Back to the Future) – tu znów przypomnę, że Marty McFly podróżował (w drugiej części trylogii) w przyszłość zaledwie do roku 2015.

Tymczasem dopiero niedawno elektryczne (ale jednak naziemne) samochody zaczęły zyskiwać prawdziwą popularność, ale w większości nadal smrodzimy w korkach w naszych benzyniakach i dieslach (wynalazkach z XIX wieku) i nadal latamy samolotami jak sprzed pół wieku. Myślimy może o turystycznych lotach w kosmos, ale faktem bardziej przyziemnym jest, że pasażerskie loty naddźwiękowe umarły prawie 20 lat temu razem z Concorde i nigdy nie powróciły, a wywodzącego się z lat 60-tych Boeinga 747 Jumbo Jet skończono produkować całkiem niedawno. Ciekawie pisze o tym wszystkim J. Storrs Hall w książce Where Is My Flying Car?

Czasem można również zastanawiać się, dlaczego niektóre wynalazki powstały tak późno i dlaczego nikt nie wpadł na dany pomysł wcześniej. Koło wynaleziono tysiące lat temu, ale dopiero niejaki John Boyd Dunlop (nazwisko do dziś w nazwie wielkiego koncernu), zmotywowany przez swojego małego syna, któremu niewygodnie jeździło się na trójkołowym rowerku, wpadł na to, że można na to koło nałożyć elastyczną oponę (wykonaną w tym przypadku z kawałka węża ogrodowego), zwiększając w ten sposób niepomiernie komfort toczenia. Dziwić może również, że dopiero wspomniana epidemia, z której nadal na dobre nie wyszliśmy, skatalizowała tak proste i dawno osiągalne czynności jak zdalna komunikacja przez internet, czy brak konieczności fizycznej obecności w pracy.

Wspomnijmy natomiast także, że innowacje, aby nabrały docelowego kształtu i odniosły rzeczywisty sukces, wymagają najczęściej współpracy wielu osób. Nie wystarczy mieć przełomowego pomysłu czy jego zarysu, czasem trzeba go jeszcze znacznie ulepszyć we współpracy (a czasem rywalizacji) z innymi oraz znaleźć sojuszników w jego wdrożeniu w życie. O tym również pisze Syed i o tym samym w kontekście przywoływanej ery komputerów wspomina choćby Walter Isaacson w popularnych „Innowatorach” (The Innovators).

Wracając do Davida D. Blooma – nie było mu niestety dane być pionierem walizkowej rewolucji, choć miał jeszcze w życiu odnieść kilka sukcesów – został choćby wyjątkowo dobrym agentem nieruchomości. Do tematu mobilnych bagaży wrócić miał już kto inny – niejaki Bernard Sadow.

Sadow, również pomysłowy biznesmen, zobaczył podobno oczami wyobraźni walizkę wyposażoną w kółka w 1970 roku, męcząc się niemiłosiernie z dwoma ciężkimi walizkami po powrocie z rodzinnych wakacji na Arubie. „To miało sens” – skomentował potem tę nagłą wizję.

Dodajmy do tego, że najlepsze pomysły rodzą się zwykle na urlopie, kiedy umysł odpoczywa – to stara prawda, którą najlepiej wyraził Kubuś Puchatek Alana Alexandra Milne’a – „czasami z nicierobienia rodzą się najlepsze cosie”. Wrócimy jeszcze kiedyś do tego wątku.

Jednak podobnie jak to miało miejsce w historii Blooma – sens, choć oczywiście tam był, to nie wszyscy go dostrzegali. Sadow odbył dziesiątki spotkań z przedstawicielami nowojorskich domów handlowych, którzy powinni być najbardziej zainteresowani atrakcyjnym i innowacyjnym produktem. Był w każdym – w Stern’s, w Macy’s, u Abrahama & Strausa – wszędzie słyszał to samo. – Panie, co pan? Ciągnąć za sobą bagaż?

Sadow wspominał nawet z humorem, że ówcześnie panowała wśród mężczyzn kierujących firmami pewna aura maczyzmu, ale i dobrze pojętej etykiety – w dobrym tonie było nieść ciężką walizkę swojej żony.

Dopiero drugie spotkanie z przedstawicielami Macy’s przyniosło przełom. Na marginesie – każdy kto był w Nowym Jorku na pewno słyszał o Macy’s – to firma handlowa założona w połowie XIX wieku przez byłego wielorybnika z wyspy Nantucket (zobacz wpis: Polowanie na Lewiatana), która jest właścicielem zajmującego całą przecznicę największego domu towarowego świata przy Herald’s Square (z najstarszymi, drewnianymi schodami ruchomymi). I o ile członkowie zarządu Macy’s mieli jakieś wątpliwości, to klienci nie mieli żadnych – walizki na kółkach stały się z miejsca sprzedażowym hitem.

W 1972 roku Sadow otrzymał patent numer 3653474 na Rolling Luggage. Urzędu patentowego jak widać nie zamknięto w 1899 roku. Pierwsze walizki miały 4 kółka i ciągnięto je na pasku przypominającym smycz. Prawdopodobnie coś takiego widzieli oczami swoich wyobraźni członkowie korporacyjnej egzekutywy odmawiając Bloomowi implementacji, ale lata 70-te miały już swój własny, kiczowaty styl. Dopiero w 1987 roku Robert Plath wymyślił walizkę na dwóch kółkach, z wysuwaną rączką – przypominającą te używane obecnie.

Znane powiedzenie mówi, że każda innowacja ma 3 fazy. W pierwszej pomysł jest wyśmiewany. W drugiej walczy się z nim.

W trzeciej jest po prostu uznawany za coś oczywistego.