We wpisie „Przypadkowe odkrycie” wspominałem ostatnio o antybiotykach, teraz miało być w zamyśle o czymś innym, ale tak się składa, że Google Doodle przypomniał o 138 urodzinach Rudolfa Weigla, polskiego twórcy szczepionki przeciwko tyfusowi plamistemu.
Weigl urodził się w 1883 roku w Przerowie (obecnie miasto w Czechach), w rodzinie austriackiej, ale po śmierci ojca i ponownym wyjściu za maż swojej matki wychowywał się już w kulturze i tradycji polskiej. Studiował we Lwowie, po czym pracował między innymi w szpitalu wojskowym w Przemyślu.
Podczas I wojny światowej został delegowany do badań nad wszami (Anoplura)- uciążliwymi owadami pasożytującymi na ludziach i roznoszącymi między innymi tyfus plamisty (Typhus exanthematicus). Choroba ta wywoływana jest przez riketsje (Rickettsia), gram-ujemne, pałeczkowate bakterie. To w sensie ewolucyjnym bardzo stare stworzenia, prawdopodobnie spokrewnione jeszcze z tajemniczym organizmem, który kiedyś u zarania dziejów wniknął i połączył się z komórką zwierząt tworząc jej wewnętrzną elektrownię – mitochondrium.
W czasach przed odkryciem antybiotyków tyfus był chorobą zabójczą – śmiertelność wynosiła nawet 60% zarażonych. W 430 roku p.n.e. w Atenach wybuchła tajemnicza choroba, opisywana między innymi w „Wojnie peloponeskiej” Tukidydesa, która zdziesiątkowała ludność całego polis, przyczyniła się do jego upadku i wygranej Sparty. Do dziś nie wiadomo, jaka była przyczyna epidemii, ale wiele wskazuje, że był nią tyfus.
Tyfus był przez wieki chrobą endemiczną na terenie Rosji i Polski pod zaborami – co roku umierało na niego setki tysięcy ludzi.
Zasługą Weigla było wynalezienie w latach 20-tych XX wieku skutecznej szczepionki przeciw tej chorobie. Dało mu to eksponowane stanowisko na lwowskim uniwersytecie, wówczas reprezentującym poziom światowy, a wkrótce międzynarodową sławę i odznaczenia, kiedy jego szczepionki skutecznie zabezpieczyły przed tyfusem belgijskich misjonarzy w Chinach.W czasie II wojny światowej, po wkroczeniu do Lwowa Niemców i egzekucji wielu wybitnych profesorów na Wzgórzach Wuleckich, Weigl pracował formalnie dla nazistów, ale była to przykrywka – miał wolną rekę w doborze współpracowników i zatrudniał przy karmieniu wszy (z których uzyskiwane były bakterie do wytworzenia szczepionki) osoby narażone na nazistowskie represje – intelektualistów, Żydów i członków niepodległościowego podziemia.
Jego szczepionki były też przemycane do gett, obozów koncentracyjnych i więzień, gdzie uratowały przed śmiercią tysiace ludzi. Odmówił wpisu na Reichlistę, a później także współpracy z komunistami, co miało ostatecznie kosztować go Nagrodę Nobla, do której był przez wiele lat nominowany. Weigl jest Sprawiedliwym wśród Narodów Świata.
Karmienie wszy polegało na umieszczeniu owadów w małych klatkach-pudełkach, w których jedna ze ścian pokryta była siatką. Pudełka te, zawierające po kilkaset owadów, przypinało się następnie do skóry i… pozwalało im się gryźć. Rekordziści w karmieniu wszy byli w ten sposób w stanie w ciągu miesiaca wykramić ponad 30 tysięcy owadów, tracąc przy tym litr krwi. Ale lepsze to niż śmierć z reki gestapo.
Obecnie tyfus leczy się już także skutecznie antybiotykami – tetracyklinami.Tyfus plamisty (ang. typhus), którym zajmował się Weigl to inna choroba niż dur brzuszny (łac. typhus abdominalis, ang. typhoid fever) – pomimo zbliżonej nazwy. Dur brzuszny wywołują gram-ujemne pałeczki Salmonella enterica i choroba ta jest nawet poważniejsza w swoim przebiegu niż tyfus. Zatrucie endotoksynami bakterii może być w jej przebiegu tak silne, że chory dosłownie odchodzi od zmysłów.
Istnieją jednak osoby, około 2-5% populacji, którzy po zarażeniu się nie wykazują objawów choroby, ale nadal mogą infekować innych. Najbardziej przerażającym przykładem takiej osoby była żyjąca w tych samych czasach co Weigl niejaka Mary Mallon. Historia miała zapamiętać ją jako „Tyfusową Mary” (Typhoid Mary).
Mary była gospodynią domową, kucharką i służącą do wynajęcia i wszędzie gdzie się pojawiała ludzie w niewytłumaczalny sposób zapadali na dur brzuszny. Mary często zmieniała pracę, ciągnąc za sobą ponure widmo śmiertelnej infekcji. Uwielbiała przygotowywać dla swoich kolejnych gospodarzy lody brzoskiwniowe, które były idealnym miejscem do rozwoju bakterii (giną one dopiero w temperaturze powyżej 60 stopni).
Sprawa dziwnych zachorowań została w końcu powiązana z Mary – była ona wielokrotnie badana, testy dawały wynik jednoznacznie pozytywny, była przetrzymywana w odosobnieniu, obiecywała nawet, że już nigdy nie będzie pracować w kuchni, ale nie była osobą szczególnie godną zaufania i stawała się wielokrotną recydywistką. Gazety określiły ją w pewnym momencie jako „najgroźniejsza kobietę w Ameryce”.
Jej przydomek wszedł do języka potocznego i anglosaskiej popkultury – mianem „Tyfusowej Mary” określa się tam nietylko osobę nieświadomie roznoszącą zarazki, ale także hakerów rozsiewających wirusy komputerowe, a nawet… osoby zbyt często zmieniające pracę.
Paradoksem historii jest to, że Tyfusowa Mary – w zasadzie kryminalistka, która w uporczywy sposób roznosiła śmiertelną choobę jest dziś w świadomości społecznej o wiele bardziej znana niż ten, który podobną plagę przez całe życie zwalczał i uratował przed nią miliony ludzi.