Kategorie
Literatura faktu Recenzje książek Sportowcy

Ostatnia taka walka

Na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku największym bokserem wagi ciężkiej i jednym z najbardziej znanych sportowców w ogóle był bezdyskusyjnie Mike Tyson. „Najgroźniejszy człowiek świata”, „Bestia”, „Żelazny Mike” – najmłodszy w historii mistrz świata wagi ciężkiej i pierwszy, który w ringu zdobył i posiadał jednocześnie pasy mistrzowskie trzech czołowych organizacji – WBA, WBC i IBF. W swoich najlepszych czasach porównywany do największych w historii swojej dyscypliny – Muhammada Ali’ego, Rocky Marciano, czy Sonny’ego Listona.

Niestety nic nie trwa wiecznie. Historia drogi na szczyt i upadku Mike Tysona (a potem prób ponownego nawrócenia, ale już poza ringiem) jest powszechnie znana, patrzymy dziś na nią z innej perspektywy – po upływie wielu lat. Napisano o tym również wiele książek – szczególnie godną polecenia wydaje mi się pozycja „Mike Tyson. Moja prawda” (Mike Tyson: Undisputed Truth) Larry’ego Slomana. Nie każdy natomiast umie wskazać dokładny moment, gdy ten upadek się rozpoczął.

To 30 lat temu, 11 lutego 1990 r., w Tokio Dome, na oczach niczego niespodziewającej się publiczności, która zamierzała obejrzeć kolejny szybki, brutalny nokaut dokonany przez Tysona na jakimś mało wyróżniającym się przeciwniku, rozegrało się wydarzenie, które pomimo upływu lat określa się wciąż jako: „Największe zaskoczenie w historii sportu” (The greatest upset in the history of sport).

Do przeczytania tej książki, która nie została dotychczas wydana po polsku i konieczna jest lektura oryginału, zainspirował mnie dostępny do obejrzenia na sportowej platformie ESPN film dokumentalny pod tytułem 42 to 1. Takie właśnie – „czterdzieści dwa do jednego” (42 dolary za 1 postawionego) – były obstawienia przyjmowane przez bukmacherów za przegraną Tysona a zwycięstwem mało znanego – i jak widać zupełnie niedocenionego i skazanego już z góry pożarcie (w tym przez przez hazardową probabilistykę) – pretendenta.

Kto nie kocha takich historii? Niepokonany mistrz kontra aspirujący do przejęcia jego tytułu challenger i underdog. Dla pretendenta do tytułu – Jamesa „Bustera” Douglasa – była to niewątpliwie szansa życia. Dla mistrza – Żelaznego Mike’a – miała być to tylko formalność. Która przerodziła się w początek jego końca – wieczór, po którym nigdy już się w pełni nie podniósł i od którego liczymy dni jego upadku – jako sportowca (trwale) i jako człowieka (przejściowo).

Książka jest interesująca już od wstępu – zaczyna się opisem zdarzeń, które nastąpiły kilka lat po walce. Pokazuje mistrzów po zejściu ze świateł jupiterów. Uzmysławia też, jak zmienne są koleje losu. James „Buster” Douglas zmaga się z atakiem cukrzycy, jest chorobliwie otyły, zaledwie 4 lata po walce nie przypomina w niczym niespodziewanego mistrza. W tym samym czasie Mike Tyson jest więźniem numer 922335, skazanym za gwałt. Nie jest już, przynajmniej na razie, „najgroźniejszym człowiekiem świata”, podobno doznał religijnego oświecenia, podobno dużo czyta, podobno nie awanturuje się już ze strażnikami i współwięźniami, podobno walka bokserska nie interesuje go już tak bardzo jak wcześniej. Przed nim oczywiście, to przecież wiemy, jeszcze całe życie – powrót do boksu, kolejne skandale, odgryzienie ucha Evanderowi Holyfieldowi w walce na szczycie, tatuaż na twarzy, dalszy upadek, bankructwo. Po czym powrót w odmienionej, łagodniejszej, pogodzonej ze światem formie.

Następnie zagłębiamy się w przeszłość lat 60-tych i 70-tych XX wieku i możemy zasmakować trochę interesującej historii boksu. Poznajemy przy tej okazji ojca przyszłego, opisywanego tu pretendenta do mistrzostwa – Billa „Dynamite” Douglasa. Człowieka, który choć nigdy nie został mistrzem świata, to nigdy też nie dał swoim fanom słabego show oraz pozostał wierny swoim zasadom i wysokim standardom, również w życiu osobistym. Mówiono, że w przeciwieństwie do swojego syna „miał jaja” – determinację do walki. To właśnie ten domniemany lub realny, bo poparty kilkoma bardzo konkretnymi przykładami (w tym walką bezpośrednio poprzedzającą starcie z Tysonem), brak determinacji będzie prześladował „Bustera” Douglasa przez niemal całą karierę. Młodszy Douglas był bardziej bokserem stworzonym niż urodzonym. Podchodził do sprawy pragmatycznie i kontynuował rodzinny biznes. I chyba nigdy nie miał ochoty iść tak daleko, jak jego talent mógł go zaprowadzić.

Spojrzenie na historię boksu i psychologię boksera jako zawodnika oceniam jako jedną z mocniejszych stron tej książki. Dowiadujemy się sporo o kulisach tej dyscypliny, zahaczającej przez lata o gangsterski półświatek, ale i wywołującej nieporównanie z żadną inną emocje. Dowiadujemy się także wiele o samych bokserach. W tym dlaczego zdecydowana większość z nich, którzy odnoszą sukcesy, walczy i kontynuuje swoją karierę zdecydowanie za długo. Na każdego Rogera Clemensa, zachowującego młodzieżową formę długo do czasu wieku średniego, przypadają dziesiątki tych, którzy nie tylko nie wiedzą kiedy przestać, ale nawet nie zdają sobie sprawy, że już powinni. Ilu znacie mistrzów, którzy odeszli we właściwym momencie, będąc na szczycie? Nawet Muhammad Ali walczył za długo, co ostatecznie przypieczętowało jego los.

W książce poznajemy także trudną przeszłość a następnie drogę na szczyt Mike Tysona. Człowieka pełnego kontrastów – młodocianego przestępcy, ale i najpilniejszego ucznia fizycznego bokserskiego rzemiosła, którego hobby pozostaje jednocześnie hodowanie gołębi. Brutalnego socjopaty, który miał i okazywał często również wrażliwą stronę. Wychowany i trenowany przez owianego legendą Cusa D’Amato, w swoim pierwszym sezonie jako zawodowiec (w 1985 roku) Mike Tyson wygrał 15 walk w mniej niż 10 miesięcy. Z tego 11 przez nokaut już w pierwsze rundzie.

Interesujące wydają się padające przy tej okazji w książce pytania o to, kim w istocie był Cus D’Amato. Czy był człowiekiem, który chciał przeobrazić Tysona w niepokonanego mistrza i jednocześnie porządnego człowieka? Tak głosi oficjalna mitologia. Czy też był po prostu zmierzającym do schyłku kariery i życia trenerem, na tyle zdesperowanym by zdobyć jeszcze w swoim życiu tytuł mistrzowski, że posłużył się do tego młodocianym przestępcą, przymykając oko na jego występki i ewidentną socjopatię? Tak czy inaczej, była to jedna z najbardziej znanych w historii sportu relacja mistrz-uczeń.

D’Amato, podchodząc do sprawy z właściwą znajomością rzeczy postarał się, aby Tyson walczył conajmniej raz w miesiącu i pozostając zajęty treningiem i przygotowaniami do regularnych walk nie miał czasu na wpadanie w kłopoty. Ukształtowawszy w ten sposób przyszłego mistrza, D’Amato zmarł w listopadzie 1985 roku, trzy dni po tym jak Tyson osiągnął wynik 11-0 po pierwszorundowych nokautach. Nie doczekał niestety widoku swojego podopiecznego jako mistrza świata.

Mike Tyson oczywiście mistrzem świata wagi ciężkiej został. Tytuł WBC zdobył rok później, w wieku zaledwie 20 lat – 22 listopada 1986 roku nokautując Trevora Berbicka. Było to prawdopodobnie najbardziej pamiętne zwycięstwo najmłodszego w historii mistrza. Widok Berbicka, słaniającego się po ringu bo ciosie Tysona, próbującego się podnieść i kontynuować walkę, jest jednym z najbardziej charakterystycznych widoków tej ery.

Przez kolejne lata Tyson wprowadził boks zawodowy i wagę ciężką na szczyt popularności. Wypuszczany cyklicznie do walki, miażdżący przeciwników spektakularnie w pierwszej rundzie – ze swoich pierwszych 19 walk aż 12 zakończył w ten sposób. Spuszczany był także niestety, jak ze smyczy, również na media, które karmiły się jego aspołeczną osobowością. Był bohaterem – powiedzielibyśmy dziś – pierwszych i ostatnich stron gazet.

Jednocześnie Mike Tyson samodzielnie przywrócił boks do mainstreamu. Nie tylko swoim doskonałym, widowiskowym stylem walki, ale i stylem bycia. Jak wskazałem, to nie tylko jego doskonałość techniczna przyciągała widzów. Widownia oczekuje spektaklu, ring bokserski miał w jej percepcji od zawsze – niezależnie od tego, co wprost przyznajemy – przypominać arenę gladiatorów i Żelazny Mike to oczekiwanie skutecznie zaspokajał. Każda walka z jego udziałem trwająca dłużej ni 1-2 rundy była rozczarowaniem. Po kolejnym szybkim nokaucie widz myślał natomiast to samo – wreszcie pojawił się człowiek, który robi to co powinno się robić w wadze ciężkiej! Dodatkowo jego osobowość i sposób zachowania, od łamania drobnych konwencji po zachowania wprost kryminalne również tylko dodawały mu atrakcyjności i czyniły go najbardziej fascynującą osobowością sportową tamtych czasów. I prawdziwą żyłą złota.

Jego miejsce w historii, niezależnie od późniejszego rozwoju wypadków, jest zapewnione. Między rokiem 1986, kiedy po raz pierwszy został mistrzem świata wagi ciężkiej do feralnego dla niego początku 1990 roku, o czym opowiada ta książka, Mike Tyson był największym mistrzem wagi ciężkiej wszech czasów. Przez ponad 5 lat, od swojej pierwszej zawodowej walki do początku 1990 roku Tyson właściwie samodzielnie ukształtował krajobraz wagi ciężkiej. Kiedy przystępował do walki z „Busterem” Douglasem jego bilans zwycięstw wynosił 37-0, wliczając w to 9 skutecznych obron tytułu mistrzowskiego – 33 z nich dokonał przez nokaut, nierzadko w pierwszych sekundach walki. Mimo to w książce powraca opinia, że Mike Tyson zrealizował swój potencjał jako bokser w góra 50 procentach. A nie zrealizował go w wyższym stopniu głównie dlatego, że sam się wpędził w kłopoty poza ringiem. Poczynając od nieudanego małżeństwa z Robin Givens w 1988 roku, które zapoczątkowało serię niefortunnych zdarzeń w jego życiu zawodowym i osobistym.

W tym okresie Mike Tyson dokonał także kilku nienajlepszych zmian wśród swoich współpracowników. W szczególności związał się z promotorem Donem Kingiem. King, były cinkciarz, oszust i więzień oskarżony o morderstwo, z ekstrawagancką fryzurą i niewyparzonym, kwiecistym językiem, proklamował się ówcześnie najbardziej potężną osobistością w profesjonalnym boksie. Znany po raz pierwszy z organizacji pamiętnej walki między Muhammadem Alim i Georgem Foremanem w 1974 roku w Zairze (Rumble in the Jungle), a później z promowania walk Polaka – Andrzeja Gołoty. King dbał przede wszystkim o własne interesy – prawdopodobnie celowo odwlekał walkę Tysona z Holyfieldem, najbardziej liczącym się wówczas przeciwnikiem, wybierając dla dużo słabszych oponentów i czekając na wygaśnięcie kontraktu z HBO. To tylko potęgowało demotywację i utwierdzało Tysona i jego otoczenie w mylnym postrzeganiu rozwoju sytuacji. Co ciekawe, w tamtym okresie, w życiu Tysona pojawił się także, jako doradca, sam Donald Trump – znany miliarder i przyszły 45 prezydent USA.

Zmierzając do walki z 1990 roku książka prowadzi nas przez kolejne skandale i problemy wywoływane przez Tysona pod koniec lat 80-tych. Co najgorsze nie pozostają one bez wpływu na formę mistrza. Jego waga niebezpiecznie zbliża się do 130 kg a jego dotychczasowa grupa wsparcia zaczyna się rozpadać. Kiedy w lutym 1989 roku po 9 miesiącach przerwy wraca na ring przeciwko Frankowi Bruno, otacza go już zupełnie inna, wręcz przypadkowa grupa ludzi. Problemy osobiste jeszcze nie ujawniają się w ringu, Tyson posyła Bruna na deski już w pierwszej minucie, a wygrywa przez techniczny nokaut w piątej rundzie. Po czym wraca do wywoływania zamieszania w swoim życiu prywatnym. Przyszedł niebezpieczny moment, w którym Tyson celebryta stał się ważniejszy niż Tyson sportowiec.

A tymczasem King szukał kogoś, kto stanie z Tysonem do walki o tytuł, weźmie pieniądze (stosunkowo niewielkie) i podda się (stosunkowo szybko). Wybór padł na Jamesa „Bustera” Douglasa.

Douglasa również w tamtym czasie nie opuszczały problemy, choć nie tak spektakularne jak Tysona. Jego małżeństwo przeżywało kryzys, jego wcześniejsza partnerka i matka jego syna chorowała na białaczkę. Chorowała także i wymagała leczenia jego matka Lula Pearl. W tych okolicznościach zarobek na walce Tysonem, niezależnie od jej wyników, na pewno by się przydał. Gdzieś pośród tych problemów na Douglasa spłynął spokój, ale jednocześnie determinacja, której często mu do tej pory brakowało.

Z osobistym bilansem 28-4-1 i będąc na drugim miejscu rankingu IBF Douglas wydawał się idealnym przeciwnikiem dla Mike Tysona. Zasługiwał na walkę o tytuł mistrza świata, a jednocześnie nikt nie podejrzewał go poważnie o to, że może powodować realne zagrożenie. Jest w książce doskonała scena, w której jakaś piękna kobieta przejawia – tak się wydawało – zainteresowanie Douglasem tylko po to aby dowiedzieć się, czy to on będzie walczył z Mikiem Tysonem. A kiedy otrzymuje potwierdzenie, stwierdza – Musisz być naprawdę zdesperowany jeśli chodzi o kasę!

Tyson miał otrzymać za walkę 6, a pretendent 1,3 miliona dolarów. I chyba tylko Douglas wierzył poważnie, że może tę walkę wygrać. Wziął się za trening z niespotykaną dla siebie dyscypliną. Być może dostrzegł w Tysonie to, czego nie zobaczył dotąd nikt inny – widział nie efektywnego boksera, ale kogoś bardziej na kształt szkolnego zabijaki, znęcającego się nad słabszymi od siebie. Kogoś nie tyle groźnego, co nieokrzesanego – bez klasy i stylu. Spojrzał na sprawę z innej perspektywy. I jako pierwszy z dotychczasowych pretendentów nie bał się go.

Matka Douglasa, z którą był on bardzo mocno związany, zmarła w wyniku wylewu 18 stycznia 1990 roku w wieku 47 lat. “Buster” nie załamał się jednak. I wśród tych trudnych okoliczności stał się nagle nie tylko pretendentem do tytułu. Stał się kimś na kształt „Rocky’ego” Balboa – miłym człowiekiem walczącym o honor swój i swojej rodziny. Miło byłoby myśleć, że czeka go równie szczęśliwe zakończenie.

W książce powraca motyw trudności, jakie Tyson przez całą karierę miał z przeciwnikami wyższymi od siebie i o większym zasięgu ramion. Trudności te oczywiście rzadko bywały widoczne w najlepszych dla Tysona czasach, ale tak się złożyło, że Douglas należał właśnie do tej kategorii. I Tyson, jak dotąd najpilniejszy uczeń bokserskiego rzemiosła, które ponad wszystko wymaga treningu i dyscypliny, zlekceważył go.

Tyson przyjechał do Tokio prawie 2 tygodnie wcześniej niż trapiony rodzinnymi problemami Douglas, mając więcej czasu na przystosowanie się do różnicy czasu i ogólną aklimatyzację. Był natomiast za mało skupiony na treningu, na pracy nad sobą, a zbyt skoncentrowany na odkrywaniu nocnych atrakcji japońskiego miasta. Miał oczywiście swoje powody osobiste i długą litanię problemów, które na siebie ściągnął. Jego kondycja fizyczna i psychiczna nie była optymalna. D’Amato, narzucając mu w przeszłości ostry wojskowy reżim wiedział co robi, chroniąc go a wszelkie sposoby od wszelkich zbędnych elementów dekoncertujących. Pierwsze ostrzeżenie przyszło podczas jednego z treningów. Tyson upadł na deski po ciosie sparingpartnera. A był to trening obserwowany przez media.

Douglas, pomimo osobistej tragedii, trenował tymczasem tak ciężko, jak nigdy przedtem.

Jeśli chodzi o postawę mediów, to czytelnik będzie miał dużo przyjemności dowiadując się na przykład, że znany reporter prawie nie pojechał do Tokio bo jego redaktor naczelny uznał, że nie będzie go wysyłał na drugi koniec świata aby oglądać 90-sekundową walkę. Również trybuny Tokio Dome nie wypełniły się w dniu walki szczelnie, wolnych pozostało 1/3 miejsc.

Na ostatniej konferencji prasowej przed walką Douglas po raz kolejny podszedł do sprawy profesjonalnie – stawił się przed czasem, ubrany w garnitur i krawat. Mike Tyson spóźnił się pół godziny, przyszedł w jeansach i t-shircie i był wyraźnie znudzony i zdekoncentrowany. Najwyraźniej kolejna obrona tytułu nie wymagała od niego, w jego mniemaniu, odpowiedniego przygotowania, szacunku dla otoczenia i respektu dla przeciwnika. – Nie ma żadnej opcji abym przegrał – powtarzał.

Na pewno miał podstawy, aby tak sądzić. Jego dotychczasowe osiągnięcia były niezaprzeczalne i nadal pozostawał najgroźniejszym bokserem na świecie. Zdolnym zakończyć walkę jednym decydującym ciosem. W boksie walkę przegrywa się lub wygrywa głównie w przygotowaniach do niej. Ale następnie należy jeszcze postawić kropkę nad i. „Każdy snuje plany, dopóki nie przyjmie pierwszego ciosu” (everyone has a plan until they get punched in the mouth) – brzmiało znane powiedzenie „Żelaznego Mike”, wówczas jeszcze o jego oponentach.

Na okładce książki widzimy Tysona stojącego, jak wielokrotnie wcześniej nad powalonym przeciwnikiem, a na deskach leży właśnie „Buster” Douglas. Jak zatem było? Jak przebiegła i zakończyła się ta walka? Znamy oczywiście wynik, to już klasyka boksu. Ale jak do niego doszło?

Reszta jest historią. Od której trudno będzie ci się oderwać.

Ocena książki: 9/10.

Joe Layden – The Last Great Fight