Nazywali go łabędziem z Utrechtu, bo tyle miał w sobie gracji, gdy poruszał się na boisku. Gdy był dzieckiem, kolega wpadł na jego oczach pod lód i już nie wypłynął. Szybko zrozumiał, że życie to nie bajka – choć jego przez jakiś czas miało nią być.
Miał 18 lat, gdy zmienił samego Johana Cruyffa i strzelił gola w ligowym debiucie. Miał zdobyć mistrzostwo kraju z Ajaxem Amsterdam 3 razy, 4 sezony z rzędu będąc królem strzelców. I Puchar Zdobywców Pucharów – z golem w finale. To był dobry początek.
W 1987 r., na fali sukcesów przeszedł do najsilniejszej wówczas ligi świata, do pewnego bardzo znanego klubu z Mediolanu. Wkrótce tych „latających Holendrów” miało być tam trzech – bo kto nie chciałby mieć u siebie przedstawicieli najbardziej wpływowej taktycznie futbolowej nacji?
Prezes Berlusconi wiedział co robi – kiedy w Pucharze Włoch jego AC Milan dwukrotnie przegrał z drugoligową AC Parmą, postanowił niezwłocznie ściągnąć do siebie ich trenera, w którym dostrzegł to coś. To był w przeszłości hurtowy sprzedawca butów, piłkarski amator zarażony nieuleczalnie piękną grą, który jak sam twierdził (i swoim przykładem pokazał) nie musiał być najpierw koniem, żeby być dobrym dżokejem. Sacchi dostarczył to, o co go proszono w sposób, którego nie sposób było zapomnieć. Pierwsze mistrzostwo przyszło już w 1988 r., a rok później europejski Puchar Mistrzów. AC Milan literalnie pisał na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku legendę piłki nożnej.
W międzyczasie twórca futbolu totalnego, trener stulecia Rinus Michels miał swój ostatni taniec. W 1988 r. na boiskach RFN reprezentacja Holandii zdobyła pod jego wodzą Mistrzostwo Europy, a w finale najbadziej znanego gola w swojej karierze zdobył nie kto inny, tylko bohater tej opowieści – Marco van Basten.
To była piękna historia dopóki trwała, ale bez happy-endu. Van Basten miał zdobyć w swojej karierze 3 Złote Piłki i prestiżowy tytuł Piłkarza Roku FIFA w 1992 r. – sędziów tuż przed plebiscytem urzekły podobno jego 4 bramki i przewrotka w meczu kreującej się dopiero w nowej formule Ligi Mistrzów. Ale włoski Mundial z 1990 r. okazał się porażką, podobnie jak Euro z 1992 r. Za każdym razem na drodze stawali przyszli mistrzowie tych turniejów.
No i była ta Achillesowa pięta. Kontuzja kostki wciąż odchodziła i powracała. Aż w końcu przyszedł nieszczęsny finał Ligi Mistrzów z 1993 r., gdzie po ostrym faulu van Basten zszedł z boiska w 86 minucie – po raz ostatni.
Nie udało się już pojechać na Mundial do USA w 1994 r., gdzie Holendrzy zaszli do 1/4 finału i znów odpadli z przyszłymi mistrzami. Może z nim w składzie byłoby inaczej. Do gry zaczęło stopniowo wchodzić nowe, złote pokolenie, które na poziomie reprezentacji traciło niestety kolejne szanse – w Anglii w 1996 r., we Francji w 1998 r. i – w najgorszym stylu – u siebie na Euro 2000.
Ale tego Marco van Basten, legenda futbolu, jako piłkarz już nie doczekał. Jego kostkę „zabetonowano” na sztywno metodą Ilizarowa. Ostatni mecz zagrał mając zaledwie 28 lat.