Kategorie
Poradniki Punkt widzenia Styl życia

Motywacja

Istnieje wiele nieporozumień na temat motywacji – tej gloryfikowanej, wewnętrznej chęci działania w określonym kierunku i celu. Jej rzekomy brak wpędza nas w poczucie winy. Jej obecność, to bycie (mówiąc językiem ludzi z HR) „zmotywowanym” jest z kolei jednym z najprzyjemniejszych uczuć, jakie można odczuwać.

Ale w życiu, jak to w życiu – jej nadchodzące (i odchodzące) cyklicznie fale targają nami, wywołując to euforię, to poczucie winy. Często niestety z przewagą tego drugiego.

Zaczynamy przykładowo każdy nowy rok z szeroko zakrojonymi planami i postanowieniami, nad którymi niecały miesiąc później powiewa biała flaga. Dlaczego tak jest?

Głównie dlatego, że stawiamy „cele” nad „procesem”. Dlatego, że nasza silna wola to, w porównaniu do naszych nawyków, wyjątkowo słaby mięsień. Krótko mówiąc dlatego, że wciąż myślimy o motywacji w niewłaściwy sposób. I przeceniamy ją.

Przypominam sobie o motywacji często, gdy chciałbym coś produktywnego zrobić w weekend, po tygodniu wytężonej, regularnej pracy. Książka Jeffa Hadena „Mit motywacji. Nawet nie wiesz ile możesz osiągnąć” (The Motivation Myth: How High Achievers Really Set Themselves Up to Win) była zresztą pierwszą, którą przeczytałem w 2020 r., zaraz na ówczesny nowy rok – chciałem zrozumieć, jak to jest z tymi postanowieniami noworocznymi.

Zacznijmy zatem od tego, że motywacja – tak jak ją potocznie rozumiemy, jako pewien stan, który wybucha znikąd i pcha nas od zera do wielkich osiągnięć – jest mitem. I to mitem bardzo szkodliwym. Szkodzi bowiem „procesowi”. Czekanie na nią nie pozwala zacząć, a jej słomiany ogień i szybkie zgaśnięcie może go często przerwać w zarodku.

Jeśli lubisz czytać książki biograficzne, a takie książki pisze się z natury rzeczy o ludziach, którzy coś w życiu osiągneli, a ktoś inny chce o tym czytać, to urzeka w nich oczywiście i inspiruje to, że opisane w nich osoby pokonały różne przeciwności i osiągnęły sukces. Ale czy osiągnęły go w sposób linearny? Na pewno nie i jeśli coś takiego z biografii, którą czytasz wynika, to możesz być pewny, że to koloryzowana „autobiografia”. Czy miały na początku wizję tego dokąd dojdą? Czy były w każdym momencie swojego życia „zmotywowane”? Nie, nie bardzo.

Sukces to nie jest bowiem miejsce docelowe, to jest proces. I to proces zbyt trudny na jednorazową, noworoczną „motywację”. Z motywacją i efektami jej posiadania (takimi jak sukces) jest jak z nierozwiązywalnym pytaniem, co było pierwsze – jajko, czy kura. Motywacja bierze się z tych drobnych „dopaminowych strzałów”, które dosięgają do naszego mózgu w momencie, gdy zaczyna nam coś wychodzić. A zaczyna nam wychodzić, bo działamy. To jak z tym zdobywaniem kolejnych poziomów w grze komputerowej.

I nie mówimy tu o wielkich, zmieniających życie sukcesach. Te są zbyt rzadkie. Mówimy o tych drobnych, codziennych krokach, które wykonujemy i czujemy, że następują one we właściwym kierunku, bo kolejne zaczynają przychodzić coraz łatwiej lub widzimy pierwsze ich efekty, które nam się podobają. I oczywiście najtrudniejszy do wykonania jest ten pierwszy krok.

Mówiąc krótko – jeśli chcesz coś konkretnego zrobić, nie czekaj na przypływ „motywacji”. Sama nie przyjdzie. Przypływ motywacji nastąpi wówczas, gdy zaczniesz to coś robić i będzie to właściwe „coś”. Gdy utrzymasz odpowiednio długo rytm. I gdy zobaczysz pierwsze efekty. Zacznij, zrób cokolwiek co chciałbyś – na początek zresztą im mniej, tym lepiej. Ale zacznij. Motywacja na pewno dołączy później. To kapryśna pani, ale zaufaj mi – lubi rutyniarzy.

Motywacja nie jest zatem czymś, co się „ma”. To jest coś co się „zdobywa”, albo chyba lepiej powiedzieć, skoro dziś ją odczarowujemy – „przysposabia”.

Ludzie sukcesu, jak się okazuje, wyznaczają sobie cel i o nim „zapominają”. Skupiają się za to na właściwym procesie. Trzymają się raz obranej drogi. Cel oczywiście istnieje, ale w tle. To co natomiast liczy się każdego dnia, to drobne kroki we właściwą stronę i wykształcenie oraz kultywowanie dobrych, a w zasadzie najlepszych jak to możliwe, produktywnych nawyków (o nich opowiem odrębnie).

I cieszenie się każdego dnia, że właśnie tyle, ile trzeba, udało nam się dziś wykonać. To stąd, z tej wybranej i narzuconej konsekwencji bierze się wewnętrzna motywacja, aby iść dalej. Nie odwrotnie.