W małej wiosce Aneyoshi na północno-wschodnim wybrzeżu Japonii stoi kamienna tablica. Znajduje się na niej ostrzeżenie, które doświadczeni życiowo przodkowie pozostawili dla przyszłych mieszkańców:
„Domy budowane wysoko zapewnią pokój i radość naszych potomków.
Pamiętaj o tragedii wielkiego tsunami.
Nie buduj poniżej tego punktu„.
Setki podobnych tablic znaczy do dziś wybrzeże Japonii. Są wymownym świadectwem historycznych tragedii, które dotknęły mieszkających tam ludzi i jednocześnie ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń. Niektóre są tak stare, że wykute w nich litery zmazała erozja. Większość zbudowano jednak na przełomie XIX i XX wieku, po serii tsunami, czyli potężnych fal wzbudzonych przez trzęsienia ziemi, z których największe (z 1896 roku, zwane Meiji Sanriku Jishin) zabiło ponad 22.000 ludzi.
Czas jednak płynie, życie toczy się dalej i w powojennej Japonii – kraju nowoczesnych technologii i gęstego zaludnienia – zapomniano o tym ostrzeżeniu lub świadomie je zlekceważono. Ludność zamieszkującą wybrzeża miały teraz od zagrożenia osłonić betonowe falochrony. Ich wysokość wyliczono precyzyjnie na podstawie oczekiwanych zdarzeń. Podkreślmy – oczekiwanych.
Japonia leży na Pacyficznym pierścieniu ognia (Pacific Ring of Fire) – najbardziej aktywnym sejsmicznie obszarze na naszym globie. Ze wszystkich trzęsień ziemi o magnitudzie powyżej 6 stopnia w skali Richtera, aż co piąte występuje na tym obszarze. A mniejsze wstrząsy są odczuwalne w zasadzie codziennie. Do wszystkiego można się przywyczaić.
Ale 10 lat temu, 11 marca 2011 roku, nadeszło w końcu nieoczekiwane. Największe odnotowane w nowoczesnej historii Japonii trzęsienie ziemi o mocy 9 stopni w skali Richtera poruszyło dno Oceanu Spokojnego w odległości około 130 kilometrów od wybrzeża. Było to jednocześnie czwarte największe trzęsienie ziemi w historii – od czasu prowadzenia pomiarów. Było tak silne, że poruszyło oś całej Ziemi o co najmniej 10 cm i skróciło dzień o 1,6 mikrosekundy. Przesunęło na mapie całą Honsiu – największą wyspę Japonii – o 2,4 metra.
Na minutę przed największym wstrząsem specjalny system ostrzegania, odbierający sygnały z ok. 1.000 sejsmografów na terenie kraju, spowodował nadanie informacji alarmowej w transmisjach telewizyjnych. W położonej stosunkowo blisko od epicentrum elektrowni atomowej Fukushima Nr 1 (Fukushima Dai-Ichi Genshiryoku Hatsudensho Jiko) pracowało tego dnia 3 z 6 reaktorów. Z łączną mocą 4.546 MW była to przy tym jedna z 15 największych elektrowni atomowych na świecie. Pracujące reaktory uległy automatycznemu wyłączeniu, produkcja energii została wstrzymana, a znajdujące się w nich gorące paliwo jądrowe było od tego momentu chłodzone przez obieg wody podtrzymywany przez awaryjne generatory zasilane ropą naftową.
To samo nastąpiło w położonej jeszcze bliżej od miejsca tej wielkiej naturalnej katastrofy elektrowni atomowej Onagawa. Do obu – i krytycznej różnicy między nimi – zaraz wrócimy.
Japonia była pierwszą w historii zbiorową ofiarą energii atomowej. Bomby zrzucone w na Hiroshimę i Nagasaki w 1945 roku zabiły ponad 100.000 ludzi. Natomiast po wojnie Kraj Kwitnącej Wiśni szeroko zaadaptował atom – już w jego pokojowej odsłonie. Od lat 70-tych XX wieku około 30% produkcji japońskiej energii elektrycznej pochodziło z reaktorów atomowych i planowano dalsze zwiększenie tego udziału. W 2011 roku w Japonii było aż 54 reaktorów – dla porównania USA ma ich 96, a jest państwem 26 razy większym (ale ma tylko 3 razy więcej mieszkańców).
Japonia nie ma bogactw naturalnych, 90% surowców musi importować, superwydajna energia atomowa była zatem logicznym wyborem. Zaledwie 1 kilogram uranu daje tyle energii co 10.000 litrów ropy i 14.000 kg węgla. Jedna pastylka uranu-235, o wielkości paznokcia, zawarta w prętach paliwowych reaktora daje tyle energii, co tona węgla. To najbardziej skondensowane źródło energii wykorzystywane obecnie przez człowieka.
Niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnym promieniowaniem – właściwie jedynym, ale kluczowym niebezpieczeństwem wynikających z tej technologii – wymusza z kolei na elektrowniach atomowych najsurowsze normy bezpieczeństwa spośród wszystkich cywilnych budowli. Elektrownia Onagawa, zbudowana w latach 80-tych XX wieku w rekordowe 4 lata, znajdowała się najbliżej epicentrum opisywanego dziś trzęsienia ziemi Tōhoku z 2011 roku. Wszystkie japońskie elektrownie atomowe znajdują się niestety blisko wybrzeża – wynika to z konieczności utrzymywania ich w bezpiecznej odlegości od miast na gęsto zaludnionych wyspach, a jednocześnie zapewnienia im dostępu do najważniejszego obok uranu komponentu do produkcji energii, ale i zachowania bezpieczeństwa reaktora – wody. Naraża je to natomiast bezpośrednio na kaprysy natury.
Po 8 minutach od wstrząsu gigantyczna fala tsunami po raz pierwszy dotarła do wybrzeża Japonii. Pędziła z prędkością 700 km/h, osiągając miejscami wysokość 40 metrów. Wdarła się w głąb lądu na 10 kilometrów, zabijając ponad 18.000 ludzi, niszcząc budynki oraz uszkadzając infrastrukturę. Była to najbardziej kosztowna katastrofa naturalna w nowoczesnej historii. I jednocześnie zdarzenie, przed którym ostrzegali przodkowie.
Miasto Onagawa zostało zniszczone przez bezlitosne fale tsunami, ale elektrownia odparła siły natury. Otaczający ją 14 metrowy falochron wytrzymał napór wody. Uciekający w panice mieszkańcy regionu szukali wręcz schronienia na terenie elektrowni. „Wówczas nie było bezpieczniejszego miejsca w okolicy niż elektrownia atomowa” – relacjonował jeden z ocalałych. Powtórzmy to, bo to nieco szokujące, ale i logiczne mając na uwadze środki ostrożności – nie było bezpieczniejszego miejsca niż elektrownia atomowa… Przynajmniej ta konkretna.
Tymczasem elektrownię w Fukushimie, położoną dalej na południe, dotknęła największa katastrofa atomowa od czasu awarii w Czarnobylu 25 lat wcześniej. Woda dotarła do niej niemal 50 minut po trzęsieniu ziemi, ale tu przedarła się przez falochron, zatopiła generatory utrzymujące obieg chłodziwa i przerwała sieć, która mogła doprowadzić elektryczność do pomp z wyżej położonych stacji zapasowych. Systemy zaprojektowane przez człowieka zawiodły. Rozgrzane rdzenie aktorów uległy stopnieniu (meltdown) wywołując niekontrolowane wybuchy gazów w reaktorach i uwolnienie promieniowania do atmosfery. Na skali wypadków atomowych była to całkowita katastrofa.
Skutkiem była konieczność ewakuacji niemal 200 tysięcy ludzi, ogromne straty finansowe, kolosalne zagrożenie środowiska i trwałe odwrócenie się Japonii oraz świata od ekologicznie czystej w gruncie rzeczy i bardzo wydajnej energii atomowej.
Fala tsunami nie była przy tym wcale wyższa niż ta w Onagawie. Różnica polegała na tym, że falochron odgradzający Fukushimę od oceanu miał tu nie 14, ale 10 metrów. Budowniczowie zlekceważyli możliwość wystąpienia najgorszego scenariusza, przyjęli wartości średnie, nie zachowali marginesu bezpieczeństwa na wypadek niespodziewanego. Drugim poważnym błędem było zakotwiczenie reaktorów w gruncie z litej skały – wymusiło to obniżenie fundamentów poniżej poziomu morza. Nikt najwyraźniej nie wierzył, że Japonia może zostać nawiedzona tak silnym wstrząsem i tak wysoką falą tsunami.
Aby zapobiec tragedii, przed którą ostrzegali przodkowie wystarczyłoby, aby mur był wyższy o zaledwie 2 metry. Albo, aby nie budowano w tym miejscu w ogóle.
Mieszkańcy nieodległej osady Aneyoshi, składającej się z 11 gospodarstw, przestrzegali ostrzeżenia. Fala tsunami zatrzymała się 300 metrów poniżej ich domów.