Dziś mamy Dzień Walki z Prokrastynacją.
W sumie zastanawiam się, czemu nie wypada on 31 grudnia – najpóźniej jak się da, ale kiedy się lepiej nad tym zastanowić, to początek września też ma tu sens. Koniec wakacji, koniec sezonu urlopowego, powrót do pracy, powrót do szkoły. Nowe zadania i nowe obowiązki przynoszą dodatkowy stres i prokurują znane nam zmagania z odkładaniem wszystkiego na później.
Jeśli miałeś kiedyś problem ze zmuszeniem się do zrobienia rzeczy, które trzeba było i należało zrobić, to doświadczyłeś prokrastynacji (łac. procrastinare – dosłownie: „odkładać na jutro). Kiedy poddajesz się prokrastynacji, to zamiast wykonywać ważne i mające znaczenie czynności, oddajesz się najczęściej jakimś trywialnym, pobocznym zajęciom. W takich chwilach nawet sprzątanie przed rozpoczęciem ważnego zadania wydaje się całkiem przyjemne.
Prokrastynacja nie jest tym samym co lenistwo – osoby ją uprawiające wiedzą, że powinny wykonać jakieś działanie i w odróżnieniu od leniuchów chcą je wykonać, ale nie potrafią się do niego zmusić i go zacząć.
Prokrastynacja nie jest tym samym co kunktatorstwo. Kwintus Fabiusz Maksimus, wódz rzymski zwany „Kunktatorem” (łac. „zwlekającym”), celowo odwlekał bitwę z Hannibalem, będąc świadomym jego przewagi. Świadomie grał na zwłokę.
Prokrastynacja nie jest też tym samym co relaks – trudno odpoczywać, kiedy praca czeka. Powiedzenie – „co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze, będziesz miał dwa dni odpoczynku”, to raczej dewiza lenia, a nie strapionego prokrastynatora. Zresztą jak pisałem we wpisie „Jak być leniwym” – nawet leń musi się nieźle namęczyć, aby nic nie robić.
Wielu z nas odkłada zadania na ostatni moment twierdząc, że lepiej pracują pod presją – kiedy już to „muszę” zapuka do drzwi z obstawą terminów i konsekwencji. A tak naprawdę jest odwrotnie – odkładanie wszystkiego na ostatni moment powoduje niepotrzebny stres, poczucie winy i nieefektywność. Wszystko niestety zajmuje więcej czasu, niż się spodziewamy – to Prawo Hofstadtera.
Pisałem już tutaj wielokrotnie, że w obliczu śmierci ludzie żałują nie tego co zrobili (jakkolwiek byłoby to nieudane), ale tego czego nie zrobili. Bo odkładali to, bo bali się zacząć, bo zajmowali się czymś nieistotnym. „Życie to coś, co przytrafia się nam, kiedy jesteśmy zajęci innymi sprawami” – mówi znane powiedzenie. A w ciągu ostatnich 100 lat długość życia przeciętnego człowieka wydłużyła się niemal dwukrotnie.
Wszelka dostępna wiedza jest obecnie odległa zaledwie o jedno kliknięcie. Pomijając pandemie, możemy podróżować gdzie chcemy, możemy pracować zdalnie, uczyć się zdalnie – możliwości są niemal nieograniczone. Dopada nas natomiast coraz częściej paraliż decyzyjny (decision paralysis) i śmierć przez analizę (death by analysis) – czym się zająć, od czego zacząć? Nie ma już dziś jednej jasnej drogi, nikt nie jest nam w stanie nic konstruktywnego podpowiedzieć, a mnogość opcji wcale nie czyni nas szczęśliwszymi. Odwlekamy więc zmiany, odwlekamy działania, odwlekamy decyzje – również w wyniku „Awersji do ryzyka”, o której pisałem ostatnio. A czas jest naszym jedynym aktywem, którego nie da się kupić.
Temat prokrastynacji zazębia się z wieloma ciekawymi wątkami z zakresu psychologii, ekonomii i zarządzania. Badania wskazują, że zewnętrzna motywacja (extrensic motivation) – w postaci pieniędzy, sławy, statusu itd. ma krótkie nogi. Wewnętrzna motywacja (intrinsic motivation), szczególnie w jej odmianie nastawionej na czynność i proces (journey) a nie cel (goal) czyni ludzi szczęśliwszymi i bardziej wydajnymi. Kiedy lubisz to co robisz, będziesz miał mniejszą skłonność do odwlekania.
Pisałem już we wpisie „Motywacja”, że jest ona silnie sprzężona zwrotnie z działaniem. Działamy bo jesteśmy zmotywowani, ale jesteśmy zmotywowani bo działamy. W tym sensie nawyki są bardzo przydatne do pokonania prokrastynacji – uwalniają bowiem nasze zasoby umysłowe. Siła woli jest jak mięsień i tak jak on ulega wyczerpaniu (tzw. willpower depletion) jeśli musimy w ciągu dnia zmusić się do lub powstrzymać się przed robieniem zbyt wielu rzeczy. Im bardziej przejdziemy tu na tryb automatyczny działania lub skupimy się tylko na kilku wybranych najważniejszych zadaniach (patrz wpis: „Zasada Pareta”) tym lepiej.
Nie chciałbym, abyś odkładał lekturę tego wpisu na później, dlatego będę zmierzał do końca i do konkluzji. We wszystkich poradnikach dotyczących walki z prokrastynacją – również tych wpisujących się w modny ostatnio trend opatrywania tytułów książek przekleństwami („get sh…t done” itd.) pojawia się jedna kluczowa porada, czy psychologiczna sztuczka.
Tak zwany Efekt Zeigarnika opera się na obserwacji, że pamiętamy zadania nieukończone dużo lepiej niż te ukończone. „Lepiej” oznacza w tym przypadku około 90%. Rosjanin Bluma Zeigarnik obserwował z ciekawością kelnerów w wiedeńskiej restauracji w latach 20-tych XX wieku. Potrafili oni zapamiętać nawet kilkanaście otwartych zamówień, ale błyskawicznie kasowali z pamięci zamówienia już zrealizowane. Do tego stopnia, że nie byli w stanie ich szczegółowo odtworzyć już kilka sekund po ich zamknięciu. To tak, jakby umysł chciał koniecznie wyczyścić zadania z listy, pozbyć się ich i tylko na to czekał.
Stąd najlepszym lekiem na prokrastynację jest podjęcie nawet śmiesznie małego działania pozostającego w zakresie zadania, które chcemy wykonać. Raz uruchomiony proces i zadanie rządzi się od tej pory Efektem Zeigarnika. Zaczyna obciążać umysł i pamięć zmuszając nas tym samym do wykonania kolejnych kroków i jego ukończenia.
W ten sposób zacząłem i skończyłem dzisiejszy wpis.