Kategorie
Historie Sportowcy

Kobiety na rowerach

W 1978 roku Freddie Mercury z Queen śpiewał o kobietach o grubych pupach jeżdżących na rowerach (Bicycle Race / Fat Bottomed Girls). Dziś utwór o takim tekście znalazłby się zapewne w katalogu piosenek zakazanych, pomimo zabawnego przesłania. Tak czy inaczej, kobiety na rowerach nigdy nie były tematem szczególnie eksploatowanym w popkulturze – a jeśli już się o nich mówiło, to w takim właśnie lekko protekcjonalnym i humorystycznym tonie.

Nawet dziś po wpisaniu w popularną wyszukiwarkę hasła women cycling pierwsza podpowiedź brzmi: „czy kolarstwo jest dobre dla kobiet?” (is cycling good for women?).

Historia kolarstwa już natomiast pełna ciekawych kobiecych osobistości.

W 1893 roku 16-letnia Teresa „Tessie” Reynolds stała się bohaterką wywrotowego cause célèbre, gdy w rekordowym czasie 8 godzin i 38 minut pokonała 193 kilometrową (120 mil) trasę z Brighton do Londynu i z powrotem. A były to czasy, gdy kobietom w ogóle nie wypadało jeździć na rowerach – istniało głęboko zakorzenione przekonanie (jak widać nadal aktualne w internetowych przeglądarkach), że jest to dla nich szkodliwe. Jej sportowy wyczyn wywołał zdziwienie. Natomiast jeszcze większy skandal wywołał jej strój – zamiast przystającej ówczesnym kobietom długiej sukni i gorsetu, Tessie przywdziała uszyty przez siostrę komfortowy płaszcz nałożony na koszulę i szokujące spodnie sięgające nieco poniżej kolan (jak na załączonym zdjęciu). Dziś powiedzielibyśmy, że Tessie ubrała się na sportowo i po męsku – wówczas było to jednak całkowicie nie do przyjęcia. Był to feministyczny i sportowy manifest, który przysporzył jej zresztą wieloletniej sławy.

W 1938 roku 24-letnia Billie Dovey z Londynu podjęła noworoczne postanowienie, którego – co rzadkie do dziś dla kogokolwiek – dotrzymała. Chciała jeździć rowerem codziennie przez rok – 365 dni z rzędu. Przejechała w tym czasie ponad 47 tysięcy kilometrów (29.603 mile) na prostym rowerze z trzema biegami. Była przy tym jak się wydaje wyjątkową szczęściarą – złapała gumę tylko raz. Na pytanie czy kolarstwo jest dobre dla kobiet nieodmiennie odpowiadała twierdząco. I służyła przykładem – dożyła 100 lat. Jej rekord został pobity dopiero w 2016 roku – przez Kajsę Tylen.

Marguerite Wilson miała 19 lat, gdy wygrała swój pierwszy wyścig 12-godzinny rywalizując z mężczyznami. Zyskała sponsorów i została pierwszą zawodową kolarką w Wielkiej Brytanii. Specjalizowała się w wyścigach długodystansowych i czasowych. I biła w nich rekord za rekordem. Przed wojną, która ostatecznie przerwała jej karierę, pokonała któregoś razu 1.600 kilometrów (1.000 mil) w czasie 3 dni, 11 godzin i 44 minut. Wyznała potem, że miała w sobie tyle energii, że mogłaby dołożyć do tego od razu drugie tyle.

Fenomenalna Włoszka Alfonsina Strada udawała mężczyznę, aby startować w największych kolarskich wyścigach. Już mając 13 lat zdradzała użyteczny sportowy talent – wygrała na wyścigach dla swojej wiejskiej rodziny żywą świnię. Wygrywała zresztą wszelkie wyścigi kobiece i wiele męskich, w których startowała. W 1911 roku ustanowiła rekord w jeździe godzinnej (37.192 km) – jadąc na rowerze w niczym nie przypominającym dzisiejszych maszyn do jazdy na czas. Wystartowała również w męskim Giro d’Italia w 1924 roku pod pseudonimem… Alfons Strada. Rower był całym jej życiem – od początku do końca. Po latach prowadziła jeszcze sklep rowerowy, a sama zgineła w rowerowym wypadku. Historię Strady przeczytała można w rewelacyjnej książce na temat kolarstwa Chrisa Sidwellsa – The Call of the Road. The History of Cycle Road Racing (brak polskiego wydania).

Beryl Burton zdobyła 11 medali torowych mistrzostw świata oraz 3 medale na szosie. Pozostawała przy tym cały czas amatorką – miała normalną pracę, rodzinę i codzienne obowiązki. A mimo to udawało jej się skutecznie wpasować treningi w codzienny kierat. W 1967 roku w wyścigu 12-godzinnym wyprzedziła wszystkie kobiety i wszystkich mężczyzn w stawce, bijąc poprzedni kobiecy rekord o 64 km (40 mil) a męski o 8 km (5 mil) – co jest uznawane za jeden z największych wyczynów w historii kolarstwa. Wyprzedzając lidera poczęstowała go podobno słodkimi żelkami. Jej „męski” rekord został pobity po 2 latach, ale kobiecy dopiero po 50 – pomimo kolosalnego postępu technicznego i naukowego.

Beryl nie mogła startować w wyścigach olimpijskich, ale Amerykanka Rebecca Twigg już tak. Pierwszy wyścig kobiecy na Olimpiadzie odbył się w 1984 roku – Twigg była w nim druga (o kilka centymetrów). Miałą potem wygrać jeszcze 5 medali mistrzostw świata. Na Olimpiadzie w Barcelonie w 1992 roku zdobyła brąz – po dłuższej przerwie w karierze i zaledwie 9 miesiącach treningów. Karierę zakończyła w atmosferze skandalu po Igrzyskach w Atlancie w 1996 roku. Kochała kolarstwo tak bardzo, że do dziś nie potrafi odnaleźć się poza tym sportem – od wielu lat pozostaje bezdomna.

O to, aby kolarstwo kobiece znalazło się na Olimpiadzie walczyła z kolei Eileen Gray, która sama rywalizowała w latach 40-tych XX wieku i długo frustrował ją brak równości, możliwości rozwoju i odnoszenia sukcesów w sporcie przez kobiety. W końcu dopięła swego.

Warto wspomnieć, że kobiety miały już swój Tour de France w latach 1984-89, ale wyścig okazał się wówczas finansową porażką. Inicjatywa ma zostać oficjalnie wznowiona w 2022 roku.

Dziś panie mają już natomiast własne linie rowerów, strojów i akcesoriów. Mają swoje wyścigi i swoje federacje. Musiało jednak minąć wiele lat zanim do tego doszło. Dopiero w 2012 roku liczba wyścigów męskich i kobiecych w sportowym kalendarzu wyrównała się.

Doszliśmy już zresztą do tego, że dziś jeździć na rowerze może każdy, bez budzenia specjalnego zainteresowania. Niezależnie od płci i niezależnie od grubości tyłka.