Jak mawiała Audrey Hepburn, „Wszystkiego co wiem, nauczyłam się z filmów” (Everything I’ve learned, I’ve learned from the movies). Filmy fabularne mają może niewiele do przekazania, jeśli chodzi o twarde fakty – najczęściej są one podkoloryzowane lub odpowiednio zmienione, aby były atrakcyjne na widzów. Ale pomimo wszystkich faktycznych lub domniemanych scenariuszowych niedociągnięć, filmy kinowe stanowią zwykle ciekawą formę obserwacji zachowań ludzkich, czego bardzo brakuje dziś w czasach społecznej izolacji (oraz w czasach kryzysu samej branży filmowej).
Brałem już na tych łamach na warsztat takie filmy jak „Pulp fiction” (wpis Dylematy Butcha Coolidge’a) oraz Casino Royale, aby zobrazować kilka interesujących mechanizmów psychologicznych, a nawet konstrukcji finansowych.
Dziś wykorzystajmy kinematografię po raz kolejny i z jej pomocą zajmijmy się interesującym i bardzo praktycznym zagadnieniem – podziałem łupów. Dosłownie i w przenośni.
W większości filmów akcji o napadach (heists) scenarzyści niestety zaledwie prześlizgują się po tym zagadnieniu i skupiają się na tym, co widz lubi najbardziej – akcji, przemocy i romansie. W filmie Stevena Soderbergha „Ocean’s Eleven” z 2001 roku (będącego remake filmu z Frankiem Sinatrą o tym samym tytule z 1960 roku), motywacją do napadu na kasyno Bellagio w Las Vegas jest w dużym stopniu rywalizacja Danny’ego Oceana (George Clooney) z właścicielem Terry’m Benedictem (Andy Garcia) o kobietę (Julia Roberts). Motyw finansowy nie jest oczywiście bez znaczenia, ale pomimo lukratywności całego przedsięwzięcia pozostaje on jedynie tłem dla samej akcji.
Ekipa Danny’ego kradnie około 160 milionów dolarów – kwotę, której komisja gier stanu Nevada (Nevada Gaming Commision) wymagała jakoby do zdeponowania w skarbcu kasyna na zabezpieczenie stawek graczy z trzech stowarzyszonych domów gry w dniu ważnego meczu bokserskiego (Lennox Lewis – Wladimir Klitschko). To ogromny łup, taka ilość pieniędzy nawet w dużych nominałach waży około półtorej tony – scenarzyści na pewno przeszacowali więc wartość zielonych papierów możliwych do jednorazowego, fizycznego wyniesienia ze skarbca przez członków ekipy Oceana. Kluczowe z punktu widzenia naszej historii jest natomiast to, że ekipa decyduje się podzielić pieniądze po równo pomiędzy każdego z członków tytułowej jedenastki. Pomimo różnych ról i rozmaitego nakładu fizycznej i intelektualnej pracy, traktują oni swój wkład w przedsięwzięcie jednakowo. Jest to przykład równego podziału.
Danny dostaje oczywiście za swoje zaangażowanie dodatkowy bonus – odbija rywalowi dziewczynę (swoją byłą żonę). Odbijanie byłych żon wydaje się co najmniej interesującym zabiegiem fabularnym – dlaczego nie wziąć pieniędzy, a żonę rywalowi zostawić, niech wie, że źle wybrała? Ale skoro chodzi tu o Julię Roberts to publika jakoś to akceptuje i po raz kolejny zawiesza swoją niewiarę.
O ile scenarzystom zwykle starcza zatem pomysłów na nieprawdopodobne zwroty akcji, o tyle w temacie podziału łupów (dividing the loot) są jak widać mniej pomysłowi – pomijając jakoś całą finansową sferę motywacyjną bohaterów i skupiając się na innych kwestiach. W prawdziwym życiu zaraz mielibyśmy oczywiście małostkowe kłótnie o to, kto bardziej przyczynił się do powodzenia akcji, kto się bardziej wysilił, komu co nie wyszło, kto obmyślił plan, kto go sfinansował i tak dalej. O tym jednak fabuła już milczy.
Nie wzbogaci również niestety istotnie naszej sfery poznawczej inny film, po tytule którego oczekiwalibyśmy już rozwikłania zagadki. „Podział” (The Split) z 1968 roku to kryminalny dramat w stylu noir z Jimem Brownem w roli głównej. Film był swego czasu głośny w rasowo podgrzanej Ameryce, bo w ciągu pierwszych 30 minut akcji główny protagonista (Afroamerykanin) narusza – jak to się ładnie mówi – integralność cielesną czterech kolejnych białych, co było w tamtych czasach absolutnie szokujące. Przy okazji niedawnej śmierci Sidneya Poitiera, pierwszego czarnoskórego gwiazdora filmowego par excellence i pierwszego laureata Oskara, przypomniano zresztą, że scena, w której policzkuje on Larry’ego Gatesa (zwana jako Return of a White Man’s Slap) w filmie „W upalną noc” (In the Heat of the Night) z 1967 roku, była pierwszą tego typu w historii kina.
Ale pomijając kwestie obyczajowe wróćmy do tematu – łupem złodziei pada tu 500.000 dolarów (kwota przyznajmy bardziej realistyczna niż u Oceana – około 4 miliony dolarów w dzisiejszych cenach). Pojawia się natomiast ważny wątek uwzględnienia rzeczywistego wkładu poszczególnych uczestników – pięciu wykonało robotę, a szósty przedsięwzięcie sfinansował, więc dola ma zostać podzielona na 6 kawałków. W trakcie filmu, w wyniku różnych perypetii, liczba pozostających przy życiu uczestników spada, a wraz z nią i mianownik tego równania, niemniej główny bohater pozostaje honorowy i zadowala się swoją 1/6.
Przyznajmy, oddając nieco sprawiedliwości scenarzystom, że w większości filmów o napadach sama kradzież jest dopiero początkiem lub co najwyżej kulminacją akcji, ale jeszcze nie sceną końcową. Może stąd słabsza koncentracja filmowców nad zagadnieniem dotyczącym sprawiedliwego podziału łupów – cała robota idzie tu w mniej lub bardziej skuteczne zaplanowanie samego napadu, egzekucję planu (w której przewodnią rolę odgrywa zawsze Prawo Murphy’ego) oraz naprawienie bałaganu po nim. Dobrym przykładem jest tutaj film „Angielska robota” (The Bank Job) z 2008 roku, oparty na prawdziwych wydarzeniach z Baker Street w Londynie z 1971 roku, w którym napadający na bank orientują się, że wpadli w grubszą aferę o znaczeniu państwowym. Podział równy czy nie, z pieniędzmi (i z życiem) trzeba jeszcze uciec.
W filmie „Włoska robota” (Italian Job) z 1969 roku z Michaelem Cainem w roli głównej, autobus ze zrabowanym złotem zawisa w pamiętnej scenie nad krawędzią przepaści i przechyla się tym bardziej, im mocniej ekipa stara się dosięgnąć łupu. Hang on a minute lads, I’ve got a great idea. – brzmi znany i niepozbawiony oczywiście gry słów cytat kończący ten film. Wspominam o tym dlatego, że w remake „Włoskiej roboty” z 2003 roku – tym razem z Markiem Wahlbergiem w roli głównej – pojawia się już alternatywny sposób podziału łupów z napadu. A ściślej – brak podziału w ogóle i próba przywłaszczenia sobie całości przez jednego z inkryminowanych partycypantów. W tym przypadku 35 milionów dolarów w złotych sztabkach próbuje samolubnie przejąć dla siebie Steve Frazelli – bohater grany przez Edwarda Nortona. To, co pozostali – początkowo przez niego wyrolowani – towarzysze odzyskają, dzielą już oczywiście w stylu Hollywood – czyli po równo.
Podobny wątek problemów nazwijmy to „ponapadowych” pojawia się w mocnej formie w głośnym debiucie Quentina Tarantino – niezależnym filmie „Wściekłe psy” (Reservoir Dogs) z 1992 roku. W charakterystycznym dla Tarantino brutalnym i pastiszowym stylu członkowie ekipy (standardowego zespołu aktorów z filmów tego reżysera) wykańczają się nawzajem po dokonaniu napadu i przywarowaniu w kryjówce, a w zamieszaniu łup przejmuje – przynajmniej na chwilę – Pan Różowy (Mr Pink – Steve Buscemi). Film zawiera przy tym interesującą scenę z tak zwanym Mexican standoff – konfrontacją (mającą dodajmy także swoje odpowiedniki w historii konfliktów wojskowych oraz prawniczych i gospodarczych kazusach), z której nie da się wybrnąć bez interwencji z zewnątrz. Kiedy wszystkie skonfliktowane strony trzymają się nawzajem na muszce i szykują do strzału, jak w westernie „Dobry, Zły i Brzydki” (The Good, the Bad and the Ugly) z 1966 roku, sytuacja rzadko kończy się dobrze. Chyba, że jesteśmy Clintem Eastwoodem.
Jak zatem widzimy, brak uprzedniego ustalenia co do udziałów w doli i brak zabezpieczenia wspólnych interesów połączony z bezwzględnością bandytów to mieszanka wybuchowa.
Jedną z najbardziej znanych sekwencji początkowych w historii kina jest bez wątpienia napad na bank z filmu „Mroczny rycerz” (The Dark Knight) Christophera Nolana z 2008 roku. To faktycznie perełka – film w pełni korzysta z tego, że jest sequelem i nie trzeba wyjaśniać historii głównego bohatera przed zawiązaniem akcji. Tu od razu wpadamy w jej środek. Kręcona kamerami IMAX efektowna scena napadu z niepokojąca muzyką Hansa Zimmera w tle jest w istocie przedstawieniem nie Batmana, ale jego arcy-antagonisty – Jokera.
Joker – widziany póki co tylko z perspektywy pleców i swojej przygarbionej, dziwnie odzianej sylwetki – daje sygnał do rozpoczęcia akcji i zatrudnieni przez niego pomocnicy (występujący w stosownych maskach klaunów) przystępują do napadu. Wykańczając się – jak pamiętamy – nawzajem po drodze.
Scena ma w założeniu obrazować wszystkie najgorsze cechy Jokera – kontrolowany chaos, terror i zabawę ludzkim życiem. Powoli rozumiemy, że musiał on wcześniej podpuścić każdego ze współpracowników z osobna, aby się nawzajem eliminowali i w konsekwencji łupu nie trzeba było dzielić pomiędzy zbyt wiele osób. Zobaczcie widzowie – z takim oto bezwzględnym przeciwnikiem przyjdzie mierzyć się dziś Bruce’owi Wayne’owi. No i gdzie jest Batman, kiedy jest akurat potrzebny?
Charakterystyczny jest tutaj dialog bohaterów z ekipy Jokera zwanych Grumpy i Chuckles, którzy liczą uczestników i tym samym liczbę (według nich zbyt dużą) osób do podziału trofeów: dwóch na dachu, trzech przed bankiem i jeszcze szósty – Joker, który też oczekuje na swoją dolę – to dopiero żartowniś. Grumpy ewidentnie nie jest zadowolony, że ma się dzielić łupem z kimkolwiek – w tym z samym Jokerem, który jego zdaniem nie wnosi do akcji niezbędnego nakładu pracy.
Dodajmy na marginesie, że do sukcesu serii Nolana bardzo przyczynił się fakt, że czerpie ona z ciemnej, pesymistycznej wersji batmanowskiej historii, zaproponowanej po raz pierwszy przez legendarnego Franka Millera w przełomowym dla całego gatunku komiksie „Batman. Powrót mrocznego rycerza” (The Dark Knight Returns) z 1986 roku. Nie bez znaczenia dla promocji filmu była także historia świetnie zapowiadającego się Heatha Ledgera, filmowego Jokera, który zmarł niestety młodo przed wejściem filmu na ekrany, a Oskara za swoją rolę otrzymał już pośmiertnie.
Wróćmy jednak teraz do narzekań Grumpy’ego i – jak pokazaliśmy wyżej – życiowych problemów z podziałem łupów z napadu, nad którymi scenarzyści Hollywood nie potrafią niestety pochylić się w przekonujący sposób – proponując nam zerojedynkowo: albo podział równy, albo scenariusz z przywłaszczeniem typu hit and run.
Tak czy inaczej, dostaliśmy już kilka przydatnych informacji:
- Domyślny podział to podział równy;
- Po stronie dzielących łup istnieją naturalnie występujące pokusy do nadużyć, którymi należy odpowiednio zarządzić i je we właściwy sposób wykluczyć;
- Każdy oczekuje, że członkowie gangu dokonają odpowiedniego wkładu we wspólne przedsięwzięcie – odpowiadającego ich spodziewanemu udziałowi w łupie;
- Każdy oczekuje, że jego udział w łupie będzie proporcjonalny do jego udziału w przedsięwzięciu, a jeśli udziały są równe, każdy musi partycypować w podobnym stopniu.
Zanim przejdziemy do naukowych teorii zauważmy jeszcze, że z podobnym problemem spotykają się nie tylko przestępcy (w tym filmowi), ale także uczestnicy gier fabularnych typu role-playing (RPG) oraz gier sieciowych typu MMORPG (Massively multiplayer online role-playing game). Jak podzielić wspólnie zdobyty łup po zabitym smoku czy innym lokalnym bossie?
Praktyka wypracowała kilka scenariuszy:
- „Potrzeba przed Chciwością” (The Need Before Greed) – w którym fanty przypadają przede wszystkim tym graczom, którzy ich potrzebują i dzięki nim mogą dalej kontrybuować na rzecz interesu grupy;
- „Wolność dla Wszystkich” (Free-For-All) – w którym twórcy gry nie wprowadzają żadnych zasad i polegają na tym, że dany gracz „umie się zachować”, wykazuje podstawowe wyczucie sprawiedliwości, dobrego smaku oraz zasady wzajemności (reciprocity);
- „Szef Szajki” (Master Looter) – w którym jednej z osób przyznawane są uprawnienia herszta i idąca za nią prerogatywa do podjęcia decyzji, komu i w jakim stosunku przypada łup. Zaufany herszt pilnuje tu porządku i sprawiedliwego podziału.
Wszelka praktyka, również wynikającą z obserwacji biznesu oraz zasad rządzących wewnątrz korporacji pokazuje natomiast, że jeśli pewnych kwestii (w tym podziału zysku) nie ustali się z góry i odpowiednio nie obuduje zapisami umownymi, to później powoduje to wyłącznie problemy i niebezpieczne ludzkie pokusy. Ostatecznie każdy uważa, że jemu należy się więcej, że on pracował najciężej, sukces jest głównie jego zasługą (choć on zawsze ma wielu ojców), a inni tylko się obijali i teraz kombinują. Wrócimy jeszcze do tego w innych wpisach.
Dodajmy do tego także, że od strony psychologicznej jasne i dobrze uregulowane sytuacje przyczyniają się do większej motywacji uczestników przedsięwzięcia (na przykład pracowników) – choć, jak pokazują ostatnie badania, otrzymanie niespodziewanej premii lub motywowane uznaniem przechylenie podziału w naszym kierunku (ponad już ustalone wcześniej zasady) bardzo mocno aktywują układ nagrody i przynoszą dodatkową motywację do działania. Wszyscy lubimy miłe niespodzianki.
We wpisie Szczekać pod właściwym drzewem wspominałem o zaskakująco praktycznej ekonomii pirackich band i w tym przypadku wątek ten okaże się dla nas ponownie przydatny. W książce Petera T. Leesona – The Invisible Hook: The Hidden Economics of Pirates w temacie podziału łupów czytamy, że jedną z zalet pirackiego rzemiosła było to, że w odróżnieniu od normalnego, legalnego zatrudnienia we flocie handlowej, czy łowieckiej, nie było wśród piratów jakichś wyższych szarż, które w arbitralny sposób zabierałyby sobie (lwią) część zysku przed przekazaniem jej pozostałym członkom załogi do podziału. Przeciwnie – piraci dzielili się każdym pensem z grabieży w ustalony wcześniej sposób. Bez prowizji.
A było to niezwykle intratne zajęcie. W XVII wieku, w czasach gdy angielski marynarz płynący handlowo w daleką i trudną podróż na Madagaskar zarabiał mniej niż 12 funtów szterlingów rocznie, przeciętny pirat mógł liczyć na udział w łupie o łącznej wartości 600.000 funtów – co przekładało się na przeciętny przydział osobisty rzędu 1.000 funtów – ekwiwalent prawie 40-letniej pensji legalnie pracujących kolegów.
Jeśli chodzi o sytem podziału łupów, to piraci działali według metody „Szefa Szajki” (z uwzględnieniem jednak elementów zasady „Wolność dla Wszystkich”) – za ustalenie sprawiedliwego systemu dystrybucji odpowiadał wybierany demokratycznie kwatermistrz (Quarter-Master). Udział w łupie określano jako share (udział) i stosowano w tym zakresie terminologię zbliżoną do tej stosowanej w dzisiejszych spółkach prawa handlowego – mowa była na przykład o liczbie posiadanych udziałów. Kapitan miał się z kolei skupić na dowodzeniu akcją, a nie finansowych pokusach – dlatego rolę przywódczą i rolę skarbową zdrowo tu rozdzielano. Przyznajmy, że prawda historyczna mocno odbiega tu od filmowych przekazów, w których kapitan jawi się nie jako demokratycznie wybrany herszt, ale jako bezwzględny dyktator – ktoś bardziej zbliżony do Jokera niż do Danny’ego Oceana.
W pogoni za łupami nie obywało się oczywiście bez odpowiedniej dozy bezwzględności. Nie tolerowano więc obiboków – aby podział był sprawiedliwy, każdy z członków załogi musiał dawać z siebie wszystko, również w walce. Piraci pilnowali się w tym przypadku nawzajem i patrzyli sobie na ręce. Business is business.
Łupy zrabowane w czasie bitwy należało z kolei (aby uniknąć zbędnych pokus) sumiennie oddać do wspólnej puli, podlegającej dalszemu podziałowi – i przysięgnąć na Biblię, że niczego się nie ukryło. Efektem tych zwyczajowych reguł było powstanie pirackich kodeksów postępowania, takich jak Custom of the Coast, czy Jamaica Discipline.
Co ciekawe i ważne – piraci, ludzie w dużym stopniu zdeprawowani i chciwi – bardzo dbali o to, aby systemowo wyeliminować bezproduktywne konflikty i właśnie zbędne pokusy, które mogłyby prowadzić do podejrzliwości i zazdrości – to groziło bowiem krwawym konfliktem wewnętrznym. Reguły są konieczne w każdej organizacji – również przestępczej – i stąd trudno uwierzyć, aby chaotyczny Joker mógł na dłuższą metę zachować skuteczność stosując taki, a nie inny sposób zarządzania swoim personelem.
U piratów dbano więc o to, aby zachowana była pełna transparentność finansowa, a w zarobkach panowała względna równość – z uwzględnieniem jedynie praktycznych dodatków funkcyjnych. Ten egalitaryzm miał jeszcze jedną dobrą cechę – powodował brak istotnego konfliktu interesów. Skoro wszyscy zarabiali podobnie dobrze, to mogli wspólnie i w sposób rozsądny zdecydować, czy opłaca udać się teraz na następną akcję w celu kolejnego (może już nadmiarowego, mając na uwadze ryzyko?) zarobku, czy może na jakiś czas zejść do portu i trochę pohulać?
Jak z tego wynika, całkiem przypadkowo – bo nie posądzam tu akurat hollywoodzkich scenarzystów o głębsze przemyślenia – równy podział okazuje się całkiem skutecznym narzędziem godzącym interesy wielu osób. Pod warunkiem jednak, że każdy z uczestników faktycznie kontrybuuje do wspólnego sukcesu, a nie próbuje darmowej jazdy na plecach pozostałych. Oraz, że wprowadzone zostaną jasne, egzekwowalne regulacje, które wykluczą dalsze dyskusje i – jak się rzekło – naturalne ludzkie pokusy.
Tematem oczywiście zajęli się także naukowcy. Za najlepszą teorię, która znaleźć może zastosowanie do rozwiązania analizowanego dziś problemu, uznać należy tę wypracowaną przez Lloyda Shapleya. W 1953 roku Shapley (laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2012 roku), profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, określił warunki konieczne dla istnienia swoistego „rdzenia” gry koalicyjnej. Opisał mianowicie – i uznaje się to za emanację głośnej teorii gier (powołane skojarzenia z RPG nie są zatem chybione) – możliwe sposoby podziału zysków z koalicji, które pozostawałyby w pełni racjonalne z punktu widzenia jej członków – i to w taki sposób, aby nie pojawiała się zachęta do tworzenia podkoalicji (czytaj: Stevów Frazellich i Panów Różowych) w koalicji głównej. Wymyślił on również (a może przede wszystkim) sposób dzielenia zysku pomiędzy graczy będących w takiej koalicji, biorący pod uwagę siłę negocjacyjną danych jednostek (czytaj: ich realny wkład w przedsięwzięcie), zwany Wartością Shapleya (Shapley value).
Obliczenia liczbowe w ramach teorii Shapleya są dość skomplikowane i skupiają się one głównie na wcale niełatwym wyliczeniu wkładu poszczególnych uczestników w dane przedsięwzięcie, ale przekładając je na język prostych zasad:
- Jeśli dany członek koalicji nie wnosi do niej niczego i nie kontrybuuje do sukcesu grupy – nie otrzymuje niczego;
- Jeśli dwóch członków koalicji pełni takie same role – to jest wnoszą oni tyle samo do każdego układu koalicji – powinni otrzymać taki sam (równy) udział;
- Jeśli dany członek koalicji kontrybuuje w stopniu większym niż pozostali, należy obliczyć i przypisać mu odpowiednio wyższy udział (to najtrudniejsza część);
- Jeśli w ramach większego procesu istnieją procesy mniejsze, należy zsumować alokacje w ramach tych procesów.
Oczywiście nie zapominajmy, że Wartość Shapleya odnosi się tylko do gier koalicyjnych (kooperacyjnych) – a więc takich, w których uczestnicy z natury rzeczy chcą ze sobą współpracować. Przekładając to na dzisiejszą historię – znajduje ona zastosowanie do tych przedsięwzięć, w których uczestnicy chcą się sprzymierzyć, wykonać akcję i zakończyć ją sprawiedliwym podziałem, z uwzględnieniem swoich rzeczywistych wkładów.
Czy Joker i jego ekipa mogli zatem posłużyć się Wartością Shapleya, aby określić sprawiedliwy podział łupów? Pewnie tak, ale akurat w tej konkretnej ekipie na koniec sceny napadu wiele z koalicji już nie pozostało.