Mija 20 lat od ataków na World Trade Center w Nowym Jorku.
Około 8:45 czasu lokalnego w zwyczajny wtorkowy poranek Boeing 767 linii American Airlines (lot numer 11 z Bostonu do Los Angeles) z 92 pasażerami oraz 40 tonami paliwa na pokładzie uderzył z impetem w północną wieżę WTC.
Moment ten przypadkowo uchwycili bracia Naudet, kręcąc tego poranka amatorski film dokumentalny o nowojorskich strażakach. Dzień miał być idealny dla straży pożarnej – 9-1-1. Uczestnicząc w rutynowej interwencji, zaskoczeni nagłym rykiem silników tuż nad sobą odwrócili się i utrwalili tragiczne zdarzenie. Traf sprawił, że znajdowali się akurat po odpowiedniej stronie czworobocznej konstrukcji.
O 8:49 stacja CNN przerwała pasmo reklamowe proroczym nagłówkiem World Trade Center Disaster. W tym momencie wyglądało to jednak nie na wielką katastrofę czy zamach, tylko na nieszczęśliwy wypadek – coś na kształt zdarzenia z 1945 roku, gdy wojskowy bombowiec B-25 uderzył przypadkowo w Empire State Building. Tym razem nieba nie spowijała jednak mgła, przeciwnie – poranek był słoneczny, a niebo błękitne. Deszcz padał dzień wcześniej, a tego dnia kanadyjski wyż przyniósł niezwykle piękną pogodę.
Co tu się wydarzyło?
20 lat to nie jest szczególnie dużo – jedno pokolenie, ale powrót do zapisów tych wydarzeń ukazuje, jak wiele się przez ten czas zmieniło. Transmisja telewizyjna z tamtych lat, kiedy ją znów odtworzymy, w niczym nie przypomina ostrego jak brzytwa obrazu cyfrowego znanego z dzisiejszych mediów – była to wciąż epoka telewizji analogowej. Jako nośnik obrazu dominowały jeszcze kasety VHS, technologia DVD dopiero się rozwijała. Dziś całe zdarzenie zostałoby także na pewno sfilmowane z miliona różnych ujęć przez samych przechodniów, którzy musieli dostrzec, że samolot przeleciał nad Manhattanem podejrzanie nisko. Nie było jednak jeszcze wówczas smartfonów z kamerami video. A sam Internet dopiero raczkował – kojarząc się wówczas głównie ze spektakularną giełdową implozją spekulacyjnej bańki dot-comów.
Sam pamiętam ten dzień bardzo wyraźnie – włączyłem telewizor niedługo po pierwszym uderzeniu, kiedy wieści o tym przedziwnym wypadku dotarły do Polski (było tu już popołudnie) i zaczęły szybko się rozprzestrzeniać – wówczas jeszcze ustnie lub telefonicznie oraz przez komunikacyjną nowość – wiadomości SMS. Widziałem więc co stało się potem. I byłem równie jak wszyscy zszokowany.
O 9:03, tym razem już na oczach gromadzących się obserwatorów oraz milionów widzów przed telewizorami Boeing 767 linii United Airlines (lot numer 175 z Bostonu do Los Angeles) z 65 pasażerami na i 34 tonami paliwa na pokładzie uderzył w drugą wieżę WTC.
Teraz było już jasne, że to nie jest wypadek, że to są działania zaplanowane i skoordynowane. Tak czy inaczej, obraz był surrealistyczny – widzieliśmy już wybuchy w wysokich budynkach w filmach w typie „Szklanej pułapki” (Die Hard) Johna McTiernana, ale nigdy na żywo, nigdy na poważnie. Świat oraz nasze pojęcie o tym, co jest możliwe miały zmienić się tego dnia w wielu aspektach.
World Trade Center – kompleks składający się łącznie 7 budynków na dolnym Manhattanie został wybudowany na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku kosztem 2 miliardów dolarów w dzisiejszych cenach. Nad Nowym Jorkiem miały górować odtąd dwa najbardziej znane i najwyższe z nich – dwie bliźniacze wieże (Twin Towers). Północna wieża zwana była One World Trade, a południowa – Two World Trade. Pomiędzy nimi znajdował się Hotel Marriott (Three World Trade) oraz cztery kolejne budynki – mieszczące bank oraz nowojorskie urzędy.
Dziś do roli ikon Wielkiego Jabłka powrócić musiały z obowiązku budynki starsze od nich – wybudowany w czasach wielkiego kryzysu Empire State Building (obchodzący w tym roku 90-lat) oraz Statua Wolności (której z okazji 134 urodzin poświęciłem wpis „Nadal dobrze Pani w zielonym”). Ale wówczas zaszczyt ten miały pełnić właśnie tytułowe Dwie Wieże – reprezentujące szczytowe osiągniecie ówczesnych możliwości architektonicznych. W momencie otwarcia w 1973 roku były najwyższymi budynkami na świecie. Po 28 latach pozostawały zresztą nadal w pierwszej trójce – po Petronas Towers w Kuala Lumpur i Sears Tower w Chicago.
Ich projektant – Minoru Yamasaki nigdy nie pozbył się lęku wysokości. Pytany dlaczego zamiast 110-piętrowych budynków nie porwał się na 200-piętrowe odpowiedział szczerze, choć trąciło to nieco fałszywą skromnością – „chciałem zachować ludzką skalę„.
Nie obyło się oczywiście bez krytyki – prosta, nowoczesna forma budynków była określana jako w istocie dość prymitywna. Dowcipny zarzut głosił, że wieże WTC przypominają pudełka, w których mogłyby zostać dostarczone do miasta wspaniałe budynki – takie jak wspomniany, zbudowany w stylu art déco Empire State Building, czy upstrzony fantastycznymi ornamentami i świetlistą blachą Chrysler Building. A pudełka po użyciu się wyrzuca.
Biznesowo ich budowa była jednak bardzo udana. Zlokalizowany w bliskości centrum świata finansowego – Wall Street, kompleks WTC, na swojej 16-akrowej działce, stać się miał siedzibą dla ponad 430 firm. W ciągu typowego dnia przychodziło tu (lub przyjeżdżało na pobliską stację metra – obrazy tłumów na ruchomych schodach w filmie Wall Street Olivera Stone’a z 1987 roku są tu wymowne) do pracy 50 tys. ludzi, a łącznie przewijało się ich ponad 70 tys. To było miasto w mieście – budynki miały nawet własny kod pocztowy.
Geniusz projektancki i nowoczesność techniczna objawiała się między innymi w konstrukcji wind – każda z wież była podzielona na 3 poziome sekcje z oddzielającymi je Sky Lobbies – piętrami, na których goście mogli przesiąść się z dużych wind ekspresowych do mniejszych, obsługujących dany fragment budynku. Pozwoliło to znacznie zwiększyć powierzchnię użytkową – wynosiła ona łącznie prawie 1,4 mln m², co czyni cały kompleks biurowy WTC największym dotychczas zbudowanym. Powierzchni było zresztą aż za dużo, pełne obłożenie najemców WTC osiągnęło dopiero w 2000 roku.
Wieże były głęboko wkopane w ziemię, aby uchronić konstrukcję przed podziemnymi ciekami wody z pobliskiej rzeki Hudson. I sięgały wysoko – mierzyły 417 i 415 metrów.
Południowa wieża oferowała swoim gościom na 107 pietrze obserwatorium Top of the World, z którego można było spojrzeć na otaczający Nowy Jork i nawet 80 kilometrów w dal. To faktycznie był wówczas szczyt świata. Z kolei na najwyższych piętrach północnej wieży znajdowała się jedna z najbardziej znanych, a na pewno najbardziej dochodowa restauracja w USA – Windows of the World. Nawet najbadziej zdegustowani krytycy kulinarni przyznawali, że głównym daniem w niej podawanym był wspaniały widok na Nowy Jork.
Kolejną interesującą kwestią była konstrukcja budowlana znajdująca się pomiędzy wspomnianymi fundamentami, a szczytem świata. Rzuty obu wież WTC stanowiły kwadraty o boku 63,5 metra. Konstrukcja nośna została umieszczona w ścianach budynku – były to słupy wykonane ze stalowych prostokątnych rur. Ich ułożenie i kształt nadawały konstrukcji momentami interesującego, neogotyckiego charakteru. Patrząc na budynki w sposób, w jaki to zwykle robimy (czyli na zdjęciach) zaskakujące może być, że betonu używano tu w bardzo niewielkim stopniu. Dominowało żelazo – do budowy zużyto przeszło 192 tys. ton stali.
Obecnie konstrukcja powłokowa (frame-tubed) jest standardem przy tworzeniu budynków o wysokości powyżej 300 metrów – zewnętrzne ściany przenoszą wówczas większość obciążeń pionowych i całość obciążeń poziomych działających na obiekt. Konstrukcja trzonowa – zakładająca istnienie pionowej kolumny wzdłuż osi budynku byłaby przy dużych wysokościach zbyt wiotka – o czym przekonaliśmy się nie raz tworząc zbyt wysokie wieże z klocków LEGO.
W budynkach powyżej 400 metrów aż 40% ciężaru wszystkich materiałów użytych do budowy musi absorbować siły poziome wywoływane przez wiatr. Siły wiatru znacznie rosną wraz z wysokością – tym większy podziw budzić musi wyczyn akrobaty Phillipa Petita, który w 1973 roku przez 45 minut spacerował po linie rozwieszonej u szczytu wież. Okoliczności tego nielegalnego występu przypominają filmy Man on Wire i The Walk.
Co ciekawe, architekci przy projektowaniu wież brali pod uwagę teoretyczny scenariusz z uderzeniem w nie samolotu – pomni wspomnianej wyżej katastrofy z 1945 roku. Nie symulowali na pewno uderzenia 200-tonowymi maszynami, ale i tak budynki były bardzo sztywne – odchylały się w pionie o nie więcej niż 1/500 swojej wysokości, co spełniałoby również dzisiejsze standardy.
Mniej dobrego można natomiast powiedzieć o innych materiałach użytych do ich budowy – obficie korzystano na przykład z niepalnego azbestu, o którego rakotwórczych właściwościach dowiedziano się dopiero po ukończeniu budowy. Ale wówczas było już za późno – szacowany koszt wymiany azbestowych płyt byłby astronomiczny. W przyszłości pyły uwolnione w wyniku opisywanych dziś zdarzeń miały zabić więcej osób, niż sama katastrofa.
I tak w wyniku następujących po sobie w krótkim czasie uderzeń dwóch dużych samolotów odrzutowych budynki zachybotały, ich elewacja w miejscu trafień została spektakularnie rozerwana, po czym zaczęły one płonąć od wewnątrz. Szyby windowe wypełniło paliwo lotnicze, siejąc pożar na niższych piętrach. Terroryści z Al-Ka’idy celowo wybrali na cel ataku loty transkontynentalne, ponieważ samoloty je obsługujące miały na pokładzie dużą ilość wybuchowej i łatwopalnej kerozyny.
Wieże WTC zostały konstrukcyjnie przygotowane do pożaru trwającego około 2 godzin. W tym przypadku ich fasady i wnętrza zostały jednak nie tylko podpalone w niekonwencjonalny sposób, ale przecięte kadłubami wielkich samolotów pasażerskich. Był to scenariusz wykraczający poza wyobraźnię. Ponad 1.300 ludzi zostało momentalnie odciętych od dróg ucieczki w północnej wieży, a kolejne 700 w południowej (dużo mniej – pomimo że ta druga została uderzona niżej). Obrazy osób skaczących w otchłań, aby uniknąć śmierci w płomieniach są jednym z bardziej poruszających w tej katastrofie.
O 9:59 wydarzył się kolejny etap tego, co dotąd wydawało się niemożliwe, a jednak nie chciało przestać się dziać. Południowa wieża, płonąca od 56 minut zawaliła się. O 10:28 jej śladem podążyła wieża północna.
Struktura architektoniczna wież WTC została poddana tego dnia ekstremalnym próbom. Po pierwsze musiały one znieść szok uderzeń dwoma 200-tonowymi samolotami lecącymi z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Każde takie uderzenie niosło ze sobą ogromną siłę uderzeniową, wypychając dodatkowo znajdujące się w budynku i sprężone w momencie impaktu powietrze na zewnątrz. Wieże przetrwały to i z punktu widzenia widza do dziś szokujące jest, jak ogromne i lecące z wielką prędkością samoloty po prostu zniknęły w ich wnętrzach (długość Boeinga 767 była zbliżona do długości boku budynku).
Druga próba była znacznie trudniejsza. Szacuje się, że temperatura ognia w miejscach uderzenia samolotów sięgała 1.500 stopni. Budynki były zaprojektowane do wytrzymania temperatur średnio 3 -krotnie niższych. Wewnętrz nich, w wyniku palenia się mebli i wyposażenia temperatura natomiast ciągle rosła. To, co zdarzyło się 11 września 2001 roku miało przekroczyć nie tylko zdolności fizyczne stali do zachowania sztywności, ale i jakiekolwiek teoretyczne założenia inżynierskie. I choć do całkowitego stopienia żelaza potrzebne są jeszcze wyższe temperatury, to w tym przypadku wystarczyło jedynie, aby naruszona została sztywność stalowej konstrukcji. W końcu stalowe pręty zaczęły pod wpływem wysokich temperatur pracować, wyginać się i pękać.
I nastąpił efekt domina – wraz z utratą stabilności wyższych pięter niszczone zaczęły być struktury podtrzymujące piętra niższe. Każdy z ważących po 500 tys. ton budynków złożył się w efekcie pod własnym ciężarem jak ogromna harmonijka. Szczęściem w nieszczęściu żaden z nich nie przewrócił się na bok.
W momencie ataku w wieżach przebywało ponad 17 tys. ludzi. Znów szczęściem w nieszczęściu – było jeszcze wcześnie rano i nie wszyscy z 50 tys. regularnych pracowników zdążyli dojechać do pracy. Dodatkowo tego dnia odbywały się wybory burmistrza i wiele osób zdecydowało się pójść przed pracą do lokali wyborczych. Powstanie później wiele teorii spiskowych o tych, którzy mieli jakoby wiedzieć o planowanym ataku i celowo uniknąć pojawienia się tego dnia na miejscu. Ale życie przyniosło także wiele zaskakujących historii o wyrokach i kolejach losu. Szef wspomnianej restauracji Windows of the World Michael Lomonaco zanim wsiadł do windy w drodze do pracy wstąpił jeszcze do punktu z okularami, aby oddać swoją parę do naprawy. Atak nastąpił zanim wjechał na górę i dzięki temu mógł się bezpiecznie ewakuować. Nie zdołał niestety w tym czasie uciec przeznaczeniu pracujący w tej samej restauracji Jan Maciejewski, który wyjątkowo przyszedł tego dnia do pracy na ranną zmianę, ponieważ poprosił go o to kolega.
Zeznania tych, którym udało się wydostać z budynku ujawniają psychologię ludzkich zachowań w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Niektórzy szefowie kazali przykładowo wracać swoim pracownikom do pracy, traktując całe zamieszanie jako fałszywy alarm. Niestety tym razem nie były to obowiązkowe ćwiczenia z ewakuacji. Część osób ruszyła do wyjścia od razu, tak jak stały i one przeżyły katastrofę. Inni zlekceważyli zagrożenie lub wyparli je i kontynuowali służbowe spotkania. Część utknęła niczym nocna zwierzyna w światłach reflektorów – nie wiedząc co robić i czekając na instrukcje, które nigdy nie nadeszły. Innych jeszcze zawiódł instynkt samozachowawczy – już kierowali się ku wyjściu po czym zawracali po swoje rzeczy osobiste i więcej ich nie widziano.
Tego dnia zginąć miało 2.192 osób uwięzionych w budynkach oraz 414 idących im na pomoc ratowników (łącznie 2.606 osób). W akcji zaginęło miedzy innymi 340 bohaterskich strażaków. Mówimy tu o prawdziwych ludziach, posiadających rodziny i przyjaciół. Ponad 3.000 dzieci straciło tego dnia rodzica, w tym około 100 miało się urodzić po tym dniu i nigdy nie spotkało swojego ojca. Ponad 6.000 osób zostało rannych, wielokrotnie więcej miało zmagać się później z traumami i pośrednimi skutkami katastrofy.
Statystyki, mimo że szokujące, są oczywiście jeszcze dalekie od tragedii, jakie potrafią dziać się na wojennych frontach. Dla porównania w Powstaniu Warszawskim podobna liczba osób ginęła codziennie przez ponad 2 miesiące. Jest to natomiast do dziś najbardziej tragiczny w skutkach atak na Amerykę na jej własnym terytorium w czasie pokoju – porównywalny liczbą ofiar do ataku Japończyków na hawajskie Pearl Harbor 60 lat wcześniej. I najbardziej szokujący – mając na uwadze, że zaatakowana została niczego nie spodziewająca się ludność cywilna, w czasie pokoju, w zwykły poranek, w najbardziej rozpoznawalnych budynkach, w środku jednego z największych miast świata. O dniu ataku w relacjach świadków opowiada fascynująca książka Garreta M. Graffa – „Jedyny samolot na niebie. Historia mówiona zamachów z 11 września” (The Only Plane in the Sky: An Oral History of 9/11).
I pomimo, że tego dnia został zaatakowany także budynek Pentagonu w Waszyngtonie (rozpoczęty lokalnie lot American Airlines numer 77 do Los Angeles), a kolejną próbę zamachu za pomocą porwanego samolotu udaremnili sami pasażerowie (lot United Airlines numer 93 z Newark do San Francisco), to w pamięci wszystkich utrwalił się przede wszystkim pierwszy w tym ciągu zdarzeń, szokujący zamach na bliźniacze wieże World Trade Center. Było on bardzo dosadnym symbolem ataku na wolny świat, ale i światowy biznes – centrum handlu.
A w sensie bardziej uniwersalnym był to natomiast smutny początek nowego millenium, którego skutki odczuwamy w wielu aspektach do dziś.
Przyjęta na fali społecznego poruszenia ustawa Patriot Act dawała rządowi ogromne kompetencje w walce z terroryzmem – rzeczywistym lub domniemanym. I przełożyła się później na kolejne akty prawne – takie jak Freedom Act, pozwalający gromadzić ogromną ilość danych o obywatelach bez ich wiedzy i zgody. Wolność i niezależność została odtąd częściowo oddana państwu w imię ochrony przed niezdefiniowanym bliżej zagrożeniem. I nigdy już nie została zwrócona.
Będące skutkiem ataków z 11 września konflikty zbrojne w Iraku (Operation Iraqi Freedom) oraz Afganistanie (Operation Enduring Freedom) miały być najdroższymi wojnami kiedykolwiek prowadzonymi. Obecnie, po 20 latach bezowocnej obecności trwa dość chaotyczne wycofywanie się wojsk amerykańskich z Afganistanu, a ze strony opinii publicznej zaczynają padać coraz liczniejsze pytania o zasadność tych interwencji. Historie te dobrze przypomina i ilustruje serial Netflix – Turning Point.
Po upływie 20 lat niewygodnych pytań jest zresztą coraz więcej. Dlaczego system obrony powietrznej NORAD, kosztujący podatników miliardy dolarów rocznie nie zadziałał tego dnia aż w 3 przypadkach? Można to pewnie tłumaczyć to tym, że był nastawiony na atak z zewnątrz, a nie ze strony porwanego samolotu w locie krajowym. Jak to możliwe, że Boeing 767 o 47-metrowej rozpiętości skrzydeł, który wyrządził takie spustoszenie w budynkach WTC, w budynku Pentagonu wybił dziurę szeroką na zaledwie 5 metrów? Czy możliwe jest, że USA rzeczywiście nie wiedziało o planowanym zamachu, pomimo że wiedzę taką zdobyły już i ostrzegały przed tym wywiady państw sojuszniczych? Jak to się stało, że osoby szkolące przyszłych zamachowców w pilotażu zlekceważyły osobliwe stwierdzenia jednego z nich, że chce spróbować lekcji na symulatorze od razu dużym samolotem i nie interesuje go nauka lądowania? Dlaczego żaden inny budynek o konstrukcji szkieletowej nigdy dotąd nie zawalił się pod wpływem pożaru, a wieże WTC (wyjątkowo solidne, przy budowie których architekci brali przecież pod uwagę scenariusz z uderzenie samolotu) tak? Jak to się stało, że zawalił się przy okazji także niższy, 47-pietrowy budynek Seven World Trade w tym samym kompleksie, który nie był przedmiotem ataku?
Zgodnie z zasadą cui bono, niektóre podejrzenia zaczynają kierować się w stronę administracji 43 Prezydenta USA – George W. Busha. Czy amerykańskie służby i otoczenie nowego prezydenta celowo ignorowały zagrożenie lub nawet po cichu wspierały zamachowców, aby uzyskać wygodny casus belli – pretekst do interwencji wojskowej, na której dobrze zarobią koncerny zbrojeniowe? Oraz okazję do dokończenia wojny w Iraku, której pierwszy epizod rozpoczął jeszcze Bush senior? Jaką rolę w całej serii zdarzeń odegrał mroczny i bezwzględny intrygant Dick Cheney, sportretowany w niezbyt korzystnym świetle w filmie Vice? Czy prawdziwym celem ataków z 11 września nie było czasem zdobycie większej władzy i kontroli nad obywatelami?
Większość z powyższych pytań jest być może jedynie elementem spiskowych teorii, ale te z nich, które dotykają charakteru władzy i sposobu, w jaki wykorzystuje ona zagrożenie do rozszerzenia swoich wpływów są interesujące. Dobry obywatel to posłuszny obywatel i czasem trzeba nim mocno wstrząsnąć, aby to osiągnąć.
I tak jak wspomniany atak na Pearl Harbor okazał się „dogodny” do przekonania obywateli USA do udziału w II wojnie światowej, co miało rozpocząć dominację światową USA, tak i ataki z 11 września 2001 roku pozwoliły przekonać ich, że warto jest toczyć ekstremalnie drogie wojny po drugiej stronie świata – nawet pod niezbyt wiarygodnym pretekstem (broń masowego rażenia w Iraku) oraz oddać rządowi przy okazji na stałe istotne atrybuty własnej niezależności. O kulisach wojennej polityki amerykańskiej wspominałem już we wpisie „50 mil drogi do imperium” – niewiele się tu przez lata zmieniło jeśli chodzi o rządzące nią mechanizmy.
A tymczasem Dwie Wieże, niegdyś symbol Nowego Jorku, które zostały przedstawione w niemal 500 filmach są dziś z nich usuwane, jakby były czymś niestosownym. Nie lubimy zbyt długo rozpamiętywać tragedii, chyba że zbliża się akurat okrągła rocznica (choć ta na 10-lecie z 2011 roku wypadła bardzo skromnie). W ich miejscu powstał 541-metrowy budynek 1 World Trade Center i wkrótce dołączą do niego kolejne. Miejsce na południowym Manhattanie zostanie więc wypełnione.
Architekt zamachów z 11 września był ścigany i po 10 latach został ostatecznie zabity przez Navy SEAL’s (Operation Neptune Spear).
Po 20 latach wciąż wracają wspomnienia i relacje ludzi, którzy przeżyli katastrofę lub pomagali w usuwaniu jej skutków. Tymczasem wszyscy zestarzeli się, decydenci polityczni tamtych czasów dobiegają już sędziwego wieku, a dzieci ofiar są dorosłe. Świat poszedł do przodu w sposób zadziwiający, jak na dwie dekady.
Kiedy oglądaliśmy relacje z tamtych szokujących wydarzeń padały między innymi pytania – czy w wyniku tej tragedii zmienimy się jako ludzkość? Nie zmieniliśmy się. Jeśli coś jest w życiu stałe to to, że toczy się ono dalej.
Ale wciąż pamiętamy, gdzie byliśmy w tamten wtorek.