Kategorie
Historie Kartka z kalendarza

Święci, zmarli i uśmiechnięte dynie

Dziś Dzień Zaduszny. Dobry moment, aby zastanowić się skąd przyszliśmy i dokąd zmierzamy oraz nad ulotnością naszego doczesnego życia. I przypomnieć sobie o tych, którzy byli tu przed nami.

Pamiętaj, że i Ty w końcu umrzesz (memento mori). To najlepszy sposób na uniknięcie poczucia, że ma się w życiu coś do stracenia i że nie warto próbować prowadzić go tak, jak byśmy chcieli. Póki mamy czas.

Zaduszki tworzą dziś świąteczną triadę, wraz z modnym Halloween i tradycyjnym świętem Wszystkich Świętych. Każde z nich ma swoją symbolikę i każde ma swoją historię. To święta ważne, ponieważ o ile niepokalane poczęcie i zmartwychwstanie są z definicji doświadczeniem boskim i jako takie są osią najważniejszych świąt chrześcijańskich, to w końcu my, ludzie, po prostu rodzimy się i umieramy. Święci, czy nie.

Pomimo, że przyszło do nas w latach 90-tych XX wieku, święto Halloween to dla nas wciąż nowość. Nie mamy takiej tradycji i doświadczenia w drylowaniu dyń, przebieraniu się w bajkowe monstra, proszeniu obcych o cukierki i robieniu psikusów (trick-or-treat) jak świat anglosaski. Ale wciąż się uczymy.

Mamy oczywiście swoją słowiańską mitologię i bardzo atrakcyjny bestiariusz, czego światowe sukcesy wiedźmina i jego uniwersum bardzo dobrze dowodzą. To nie brak potworów do inspiracji strojów jest problemem, ale po prostu inne tradycje. No i dynie słabiej tu rosną.

Precyzyjna geneza Halloween nie jest znana. Samo słowo pochodzi z 1745 roku i ma już źródło chrześcijańskie. Hellowee’en oznacza „Wieczór Świętych”. Z kolei szkockie All Hallows’ Eve jeszcze lepiej oddaje, o co tutaj chodzi – to wieczór przed All Hallows’ Day, dniem Wszystkich Świętych. Eve to wigilia, z łacińskiego vigilia – czuwanie. Halloween to zatem nic innego, jak to charakterystyczne dla chrześcijaństwa wieczorne oczekiwanie na ważne święto dnia następnego. Przynajmniej tak jest obecnie.

Najbardziej znana teoria łączy Halloween ze świętem obchodzonym z okazji końca jesieni i początku zimy, zwanego przez ludy celtyckie Samhain (wymowa po angielsku: sah-wane, „koniec lata”). Celtowie, którzy żyli 2.000 lat temu na terenie dzisiejszej Irlandii, Wielkiej Brytanii oraz północnej Francji świętowali początek roku właśnie 1 listopada. Oczywiście według własnego kalendarza, ale jaki by on nie był, to dzień ten na półkuli północnej oznacza definitywny koniec sezonu letniego, koniec wegetacji roślin i wszelkich żniw oraz początek chłodnych miesięcy zimowych. Wszystko to przypomina o naturalnym cyklu przemijania i każe pomyśleć także o przemijaniu ludzkim.

Celtowie wierzyli, że w nocy poprzedzającej ich Nowy Rok granica pomiędzy światem żywych i umarłych zaciera się. Dusze zmarłych powracają na ziemię. A skoro zaraz tu będą, to dobry moment, aby zorganizować dla nich święto. Druidzi przywdziewali z tej okazji rytualne zwierzęce maski. Aby właściwe dusze trafiły we właściwe miejsce, a złe zlękły się i odeszły, rozpalano wielkie ogniska. Później ogień z nich zabierano do mniejszych palenisk w domach (bonfires). Zostawiano też dla duchów specjalnie przygotowane dary. Tak na wszelki wypadek.

Ten duchowy dzień był także dobrą okazją, aby skorzystać z otwartych granic między światami i podejrzeć, co też skrywa dla nas przyszłość. Co się wydarzy? Czy przeżyjemy zimę? Czy przyszłoroczne plony będą udane? Czy spotkamy się tu za rok? Czy urodzą nam się dzieci? Czy czeka nas szczęście? Typowe życiowe pytania, proszące się o odpowiedź.

Do połowy I wieku p.n.e. Imperium Rzymskie podbiło większość terytoriów celtyckich. Rzymianie chętnie czerpali z kultur ludów podbitych, a trzeba przyznać, że Samhain było (i do dziś pozostaje) w swojej pogańskiej formule bardzo atrakcyjne. I tak w ciągu 400 lat panowania nad terytoriami byłych „barbarzyńców” rzymskie święto na cześć bogini przyrody Pomony (przejęte wcześniej na podobnej zasadzie po Etruskach) oraz obchodzone na rzecz zmarłych obowiązkowe feralia zaczęły zlewać się z Samhain w jedną całość. A Rzymianie mieli jeszcze swoje lutowe parentalia oraz majowe lemuralia o podobnej tematyce, ale o tym zaraz.

Kiedy rzymski stoik Athenodorus wynajął w Atenach w atrakcyjnej cenie willę, mówiono mu, że to dlatego, że jest nawiedzona. I faktycznie, duch odwiedził go już pierwszego wieczoru, ciągnąc za sobą ciężkie łańcuchy. Filozof nie przestraszył się, miał robotę do wykonania, kontynuował więc wieczorne pisanie. Kiedy skończył poszedł odważnie za duchem, który doprowadził go do miejsca na patio, w którym nagle zniknął. Athenodorus kazał rano kopać w tym miejscu i znalazł szkielet skuty łańcuchami. Wyprawiono mu należyty pogrzeb i duch nigdy więcej nie wrócił. Ze zmarłymi należało obchodzić się zatem godnie. Kto tego nie robił, ryzykował kłopoty.

W połączonych tradycjach widzimy wyraźne źródło znanych nam dzisiejszych zwyczajów. Pojawiają się maski, przepowiadanie przyszłości, palenie dla zmarłych ognia. Pomona, bogini sadów miała jako swój symbol jabłko, a to przecież także ważny element halloweenowej tradycji (apple bobbing).

13 maja 609 albo 610 roku (dzień został zapamiętany lepiej niż rok), papież Bonifacy IV poświęcił rzymski Panteon na cześć Najświętszej Marii Panny od Męczenników (Sanctae Mariae ad Martyres) i ustanowił tego dnia katolickie święto na rzecz wszystkich zmarłych męczenników chrześcijaństwa. Co wówczas oznaczało w zasadzie wszystkich świętych. Wybór daty nie był przypadkowy, ponieważ w tym czasie w Rzymie odbywały się jeszcze pogańskie lemuralia, tradycyjne święto ku czci „lemurów” – złych duchów zmarłych. Warto zauważyć, że nie bez przyczyny znane ssaki naczelne z Madagaskaru o dziwnych, niepokojących twarzach i wyłupiastych oczach (lemuridae) nazywają się właśnie tak.

Kiedy zwyczaj obchodów lemuraliów zaczęły się powoli zacierać, święto Wszystkich Świętych przesunięto na jesień – 1 listopada. Tym samym intencjonalnie skonsumowano także obchodzone tego dnia i opisane już wyżej starożytne pogańskie święto Samhain, czy też to, co z niego zostało w czasach rzymskich. W VIII wieku Papież Grzegorz III poświęcił z tej okazji kaplicę Bazyliki św. Piotra w Rzymie, najważniejszego kościoła chrześcijaństwa, Wszystkich Świętym.

A ponieważ zwykle ważne święta chrześcijańskie są dwudniowe i celebrowanie świętych niekoniecznie kojarzy się wszystkim ze świętowaniem „zwykłych” zmarłych, w 1000 roku dodano przypadające tuż po dniu Wszystkich Świętych, kolejne święto na ich właśnie cześć – tzw. Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Commemoratio Omnium Fidelium Defunctorum). W ten sposób Kościół ostatecznie uświęcił i podporządkował sobie wszystko to, co wcześniej było pogańskie.

Ale jak wskazałem wyżej, natury nie da się oszukać. Jest to w końcu święto zmarłych, a przez to, paradoksalnie, najbardziej ludzkie ze wszystkich innych. I stąd celtycka atrakcyjność ludzko-duchowej transcendencji i związane z nią zwyczaje mają się bardzo dobrze do dziś.

Obecnie Halloween to w świecie anglosaskim prawdziwa fiesta. Jedna czwarta rocznej sprzedaży słodyczy w USA przypada właśnie na to święto. Początkowo huczne obchody na wzór chrześcijański (z przejętym z dobrodziejstwem inwentarza elementem pogańskim) były ograniczone, ponieważ wiara protestancka nie uznaje żadnych zabobonów (choć święto Wszystkich Świętych jest w niej oczywiście obchodzone). Ale już poza kolonialną Nową Anglią, szczególnie na Południu było zupełnie inaczej.

Mieszanie się ludności i kultur powodowało, że świętowanie jesieni, dzielenie się opowieściami o duchach i zmarłych, przepowiadanie przyszłości, ale także po prostu tańce i śpiew były bardzo popularne. Jak widać jest w nas głęboko zakorzeniona potrzeba, aby nadawać jesieni symbolikę związaną z przemijaniem. Do połowy XIX wieku jesienne festiwale były zatem powszechne, ale jeszcze nie w formie dzisiejszego Halloween. Potrzeba było dopiero masowej imigracji Irandczyków po klęsce Wielkiego Głodu (Great Famine) wywołanego zarazą ziemniaczaną w latach 1845-49, aby znany im zwyczaj obchodzenia święta na wzór celtycki nabrał większego znaczenia.

Zaczęto zatem przebierać się w stroje duchów i odwiedzać domy sąsiadów prosząc o pieniądze lub jedzenie, pod rygorem wykonania nieprzyjemnego żartu (trick-or-treat) . Kobiety wierzyły, że tego dnia za pomocą sztuczek uda się przepowiedzieć imię przyszłego męża. Znów, te same problemy co zawsze.

Pod koniec XIX wieku postanowiono odejść od ponurej symboliki zmarłych i duchów na rzecz uroczystości lżejszych, typowo rodzinnych – tak dla dorosłych jak i dzieci. Halloween straciło wówczas resztki odniesień religijnych i stało się znowu, przynajmniej w realiach północnoamerykańskich, po prostu wesołą pogańską zabawą dla każdego.

Najbardziej znanym symbolem Halloween jest bez wątpienia Jack-o’-lantern – lampa zrobiona z wydrążonej dyni i podświetlana od środka płomieniem świecy. Pomysł przyszedł do Ameryki, tak jak i całe Halloween, wraz z Irlandczykami. Nazwa pochodzi podobno od pewnego irlandzkiego cwaniaka Jacka (Stingy Jack), który najpierw sprzedał duszę diabłu w zamian za bogactwo, a potem podstępnie nie wywiązał się z transakcji i uwięził demona w lampie. Złodzieje i oszuści nie idą do nieba, a ponieważ Jacka po tym numerze nie chcieli widzieć także w piekle, jego dusza musi od tego czasu błąkać się po świecie z tą dziwną lampą właśnie. A tymczasem w Bostonie potrafią zapalić ponad 30 tysięcy podobnych jednego tylko dnia.

W Polsce Halloween to raczej moda dość rachityczna, ale znana i lubiana szczególnie przez dzieci. Natomiast 1 listopada to już święto poważne – tak kulturowo, jak i logistycznie. W religii katolickiej istnieje, nieobca także innym kultom, wiara w mocną więź między duszami w niebie i duszami osób żyjących. Zmierzamy w końcu wszyscy, mamy nadzieję, w to samo miejsce.

1 listopada, upamiętnia tych, którzy jako zmarli dostąpili świętości. Ale nie tylko. Obchody Wszystkich Świętych to dla nas po prostu tradycyjny czas wspomnień o osobach zmarłych podczas mijającego roku oraz zwyczaj odwiedzania rodzinnych grobów. Jest to tradycyjnie już dzień wolny od pracy. Był taki również za czasów PRL, choć komuniści odbierali mu chrześcijańskie znaczenie przez określanie 1 listopada mianem „Święta Zmarłych”. Do dziś taki skrót myślowy zresztą istnieje i tak to święto najczęściej traktujemy.

Święto to jest bardzo żywe także w innych gałęziach chrześcijaństwa, najmniej w kościele prawosławnym, gdzie święto na rzecz świętych i zmarłych jest obchodzone wcześniej i jest powiązane z datą Wielkanocy.

Nie ma natomiast nigdzie huczniejszych i bardziej znanych obchodów rozpoczynających się 1 listopada niż meksykańskie Dia de Muertos. To najstarsze święto meksykańskie w ogóle. Jest oczywiście związane z przypadającymi w tym samym czasie świętami religijnymi, ale ma dużo dłuższą tradycję – datującą się 3.000 lat wstecz i sięgającą jeszcze czasów, jak to się zwykle nieco protekcjonalnie mówi „prekolumbijskich” – Majów i Azteków. Dziś jest to (tak uznaje UNESCO i kto widział ten zaświadczy) „arcydzieło ustnego i niematerialnego dziedzictwa ludzkości”. I o ile Halloween to święto bezosobowych wiedźm, czarownic i duchów, to meksykańskie święto kładzie nacisk na bardzo konkretnych zmarłych – na przodków. Naszych przodków, których można raz w roku zaprosić do wspólnej hucznej zabawy i którym stawia się i przystraja fantazyjne ołtarze. Motyw ludzkiej czaszki jako symbolu śmierci jest wszechobecny, ale ma wymiar bardziej humorystyczny niż demoniczny. Meksykanie wierzą, że umiera się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy ostatni żyjący człowiek o nas zapomni. Nie należy zatem i nie wypada zapominać w tym dniu o nikim.

Jeśli chodzi zaś o 2 listopada i o same Zaduszki, to choć w Polsce są one obecnie najbardziej pomijane – na rzecz obchodów dużego święta dnia poprzedniego, to tak naprawdę to one są najbliższe znaczeniowo wszystkim opisanym wyżej świętom na rzecz zmarłych. Kościół modli się tego dnia szczególnie za dusze cierpiące w czyśćcu. Wspomina się poległych za ojczyznę. Wspomina się zmarłych, których znaliśmy, ale dobrym zwyczajem jest zapalić także ogień na nieodwiedzanym grobie.

Przypominanie o konkretnych zmarłych, w tym podsumowanie kto z nas umarł w ostatnim roku, to element znanych tradycji polskiej tzw. „wypominek”. Już zresztą w V wieku p.n.e. w Atenach istniał zwyczaj upamiętniania zmarłych za pomocą krótkiego, często rymowanego utworu zwanego epitafium. Tradycja ta nie jest już dziś tak żywa jak kiedyś, ale wystarczy przejść się po Cmentarzu Powązkowskim, aby dostrzec te krótkie inskrypcje, pisane w pierwszej lub trzeciej osobie – szczególnie na starszych grobach. Najbardziej znanym polskim wypominkiem odzwierciedlonym w literaturze jest prawdopodobnie „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim / Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim”.

Ale najlepsze epitafia produkuje do dziś język angielski. Nature and Nature’s laws lay hid in night / God said, Let Newton be! / And all was light (dla Isaaca Newtona). I am ready to meet my Maker.  Whether my Maker is prepared for the great ordeal of meeting me is another matter (dla Winstona Churchilla). Don’t try (w znaczeniu: nie próbuj, tylko rób – dla Charlesa Bukowskiego). I tak dalej. Są oczywiście także anonimowe, ale bardzo znane epitafia humorystyczne: Here lies Sir Edward Poe / The train was fast, but he was slow.

Najbardziej ponurym przedstawicielem gatunku jest tzw. tombstońskie epitafium, które doczekało się nawet miejscowej gazety o tym samym tytule (Tombstone Epitaph), w której obok reklam ukazywały się głównie informacje kto wczoraj zginął przy miejskiej main-street i dlaczego. Tombstone, miasto w Arizonie, ma w herbie kamienny kopczyk nagrobny (i taki sam w nazwie) i było typowym miastem zrodzonym przez gorączkę złota. Z czasem stało się natomiast najsławniejszym miastem bezprawia, rewolwerowców i wendetty na Dzikim Zachodzie. Miejski cmentarz jest pełen grobów ofiar strzelanin i innych codziennych problemów i zagrożeń tamtych czasów. Here lies Lester Moore, Four slugs from a .44, No Les No more (gra słów). Ale mogło być gorzej: Here lies George Johnson hanged by mistake 1882. He was right we was wrong. But we strung him up and now he’s gone.

W polskiej tradycji historycznej bardzo żywa jest tradycja obchodów święta zadusznego w formie obrzędów ku czci przodków zwanych „Dziadami”, unieśmiertelnionych przez Adama Mickiewicza. Przybywające dusze należało tego dnia potraktować poważnie, ponieważ – tak jak w wierzeniach innych kultur – świat rzeczywisty i świat zmarłych był tego dnia niebezpiecznie blisko siebie. Należało miedzy innymi ugościć je i postarać się o ich przychylność jadłem i napojem. Z kolei znany w innych miejscach świata zwyczaj przepowiadania tego dnia przyszłości jest u nas praktykowany raczej w święto św. Andrzeja, przypadające miesiąc później (popularne Andrzejki).

To co natomiast było z nami zawsze i zostało do dziś, to praktyka rozpalania ognia na mogiłach, obejściach i rozstajach dróg. Wierzono, że płomienie ogrzewają dusze błąkające się po ziemi.

W tym roku cmentarze były wyjątkowo zamknięte. Kiedy otworzą się znowu warto upewnić się, że nasi przodkowie mają się dobrze. I pokazać im, tak jak robią to wszyscy ludzie od zarania dziejów, że o nich, tak jak i o własnej śmiertelności, pamiętamy.