We wpisie Wróbel w garści wspominałem, że aby uczynić jakąś ideę łatwą do zapamiętania, trzeba jej nadać lapidarny i obrazowy styl.
Mógłbym ci długo (choć pewnie bez przekonania) opowiadać, że zalecenia dietetyczne zakładają spożycie nie więcej niż 20 gramów nasyconych tłuszczów dziennie i wywołałbym u ciebie co najwyżej wzruszenie ramion. Co to ogóle są tłuszcze nasycone i ile to jest 20 gramów?
Przed podobnym problemem stanął 30 lat temu niejaki Art Silverman, specjalista od zasad żywienia w amerykańskiej organizacji CSPI (Center for Science in the Public Interest). Średni kubełek ówczesnego popcornu podawanego w kinach zawierał aż 37 gramów tłuszczów nasyconych – prawie dwukrotnie więcej niż zalecane maksymalne dzienne spożycie, a to nie mogło się podobać żywieniowym purystom. Zresztą do kina chodziło się dużo częściej niż dziś.
Silverman, pomimo znacznie wyższych od moich kompetencji w tej dziedzinie, mógł do woli ględzić do publiki o „37 gramach” i również nikt by go nie słuchał – chyba, że pomyślałby akurat o jakiejś bardziej interesującej materii niż tłuszcz nasycony. Popcorn jest zresztą zbyt smaczny, a życie zbyt krótkie, aby się tym na serio przejmować – ostatecznie wszystko jest albo niemoralne, nielegalne albo powoduje tycie (everything good in life is either immoral, illegal or fattening). Naukowiec ten znał się jednak – co zaskakujące w jego profesji – na zasadach sprawnej komunikacji i znalazł sposób, aby błyskawicznie zainteresować tym tematem największe stacje telewizyjne (CBS, NBC, ABC i CNN), czołowe gazety (USA Today, Los Angeles Times, The Washington Post) oraz ściągnąć na siebie uwagę gospodarzy popularnych talk shows w stylu Jaya Leno i Davida Lettermana. Jego hasło, zobrazowane dodatkowo odpowiednimi rekwizytami brzmiało bowiem tak:
„Średniej wielkości maślany popcorn sprzedawany w typowym kinie zawiera więcej zatykającego arterie tłuszczu niż śniadanie składające się z jajek na bekonie, lunch z hamburgerem Big Mac i frytkami oraz stek z dodatkami na kolację – łącznie!” (A medium-sized ‘butter’ popcorn at a typical neighborhood movie theater contains more artery-clogging fat than a bacon-and-eggs breakfast, a Big Mac and fries for lunch, and a steak dinner with all the trimmings – combined!).
Od tego czasu technologia produkcji popcornu zmieniła się (w tym przypadku na lepsze – Silverman nie zajmował się chipsami z dyskontów), ale nasza zdolność do pojmowania abstrakcyjnych liczb i haseł bez ich odpowiedniego zobrazowania – już niekoniecznie.
W przywołanym wpisie podawałem także dwa przykłady prezentacji dużych liczb w (mam nadzieję) interesujący sposób – w jednym z nich chodziło o pokazanie skali oszustw podatkowych, w drugim o przepastną liczbę lat, które upłynęły od czasów dinozaurów. Pociagnijmy dziś nieco ten liczbowy wątek.
Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy beznadziejnie słabi w pojmowaniu nie tylko dużych liczb, ale także ułamków. Może jest to kwestia językowa, o czym wspominałem we wpisie Matematyczny język, ale faktem jest, że mamy z tym problem. Matematyka nie jest najwyraźniej naszym ojczystym językiem.
40 lat temu Alfred Taubman, potomek polskich emigrantów, którego ojczystym językiem był handel, kupił sieć restauracji A&W i postanowił szybko wykończyć konkurencję w klasyczny dla kapitalizmu sposób – dużymi promocjami. Zaoferował mianowicie klientom hamburgera z kotletem o wadze 1/3 funta w cenie, w jakiej McDonald’s oferował wówczas swojego flagowego „ćwierćfunkciaka” (Quarter Pounder – 1/4 funta lub 4 uncje, gdzie funt to około pół kilograma). Idąc za cierpliwym wyjaśnieniem Vincenta Vegi z filmu „Pulp Ficton” – amerykański „ćwierćfunciak z serem” to w krajach posiadających system metryczny beznamiętny „McRoyal z serem”. Ale tak jak zdaniem Vegi my nie jarzymy co to jest „ćwierćfunciak”, tak Amerykanie najwyraźniej nie potrafili odróżnić hamburgera 1/3 funtowego od 1/4 funtowego. Sprzedaż burgerów sieci A&W poszorowała po dnie, bo klientom wydawało się, że w istocie dostają w tej sieci mniej płacąc tyle samo co u McDonald’a. 4 jest przecież liczbą wyższą niż 3!
Przechodząc z kolei na tematy globalne i idąc za przykładem z książki Chipa Heatha i Karli Starr – Making Numbers Count: The art and science of communicating numbers, aby wyjaśnić abstrakcyjną (przy czym bynajmniej – jak się zaraz przekonamy – stosunkowo nie tak wielką) ilość dostępnej wody pitnej na świecie, można posłużyć się następującym przykładem. Faktem jest, że przeszło 97% wody dostępnej na naszej planecie to woda słona i jedynie niecałe 3% to woda słodka – teoretycznie nadająca się do picia. Problem polega na tym, że z tego 3% aż 2,5 jest trzymane w rękach kilku wytrwałych monopolistów – lodowców. Całej reszcie kolejki musi wystarczyć 0,5% („0,5 dla wszystkich”).
Wyobraź sobie teraz duży kanister wody – taki, w jakim kupujesz ostatnio zimowy płyn do spryskiwaczy – to są światowe zasoby wody słonej. Postaw następnie obok tego kanistra trzy małe kostki lodu – to jest woda zgromadzona w lodowcach. A dopiero te tycie kropelki wody pojawiające się na tych kostkach – to jest to, co jest nam i naszemu inwentarzowi gospodarskiemu dane do spożycia.
Pijemy przy tym około 3 litrów płynów dziennie na osobę, ale już na przykład wyprodukowanie kilograma bawełny na nasze dżinsy pochłania tych litrów 10 tysięcy. Stwierdzenie „te ubrania mnie piją” nabiera w tym kontekście drugiego znaczenia.
Na nasze 7 miliardów ludzi musi starczyć zatem w tym przykładzie parę kropel. Ale ile to jest w ogóle te 7 miliardów? Musimy to również jakoś wtłoczyć w wyobrażalne ramy. Próbując scharakteryzować obecny stan ludzkości powiedzmy zatem, że cała nasza zgraja to 100-osobowa wioska, w której 29 osób jest otyłych, 10 ciągle chodzi głodnych, a 9 nie ma łatwego dostępu do wody pitnej.
Przejdźmy teraz do tytułu naszej opowieści. W książce „Człowiek z wysokiego zamku” (The Man in the High Castle) Philip K. Dick opisywał alternatywną rzeczywistość sprzed 60 lat, w której państwa Osi (nazistowskie Niemcy i militarystyczna Japonia) wygrały II Wojnę Światową – głównie dlatego, że USA pogrążyły się wcześniej w izolacjonizmie, nigdy nie wyszły z Wielkiego Kryzysu i nie interweniowały kiedy było trzeba. Gdyby historia potoczyła się w taki sposób, wiele z moich obecnych wpisów na pewno by nie powstało. Ale przejdźmy do rzeczy.
Kto dziś naprawdę rządzi światem i może aspirować do symbolicznego miana „Człowieka z wysokiego zamku”? Na pewno nie państwa narodowe – żadne nie sięga globalnie we wszystkie zakątki świata. Tego mogą dokonać tylko duże korporacje – ta „Wielka Piątka” (GAFAM albo FAAMG – Google, Apple, Facebook, Amazon, Microsoft) czy „Wielka Czwórka” (już bez „małego miękkiego” Microsoftu), idąc za książką Scotta Galloway’a „Wielka czwórka. Ukryte DNA: Amazon, Apple, Facebook i Google” (The Four: The Hidden DNA of Amazon, Apple, Facebook, and Google).
Ze wszystkich włodarzy czy założycieli tych wielkich ponadnarodowych korporacji, które zdolne są uzależnić nas od siebie jak narkotyk, sprzedać nam oraz dostać od nas wszystko, a w wolnej chwili wywołać Brexit czy pomóc wygrać kluczowe wybory preferowanemu kandydatowi, najbogatszy jest dziś Jeff Bezos.
Urodzony w 1964 roku, absolwent Uniwersytetu Princeton, zdolny analityk finansowy, który postanowił rzucić pracę w korporacji, aby założyć własną (w myśl hasła: „nie palcie komitetów, zakładajcie własne”), co zresztą zasługuję u mnie na osobną historię – Bezos miał odwagę iść za swoim marzeniem, pomimo że w 1994 roku trudno było jeszcze wyobrazić sobie powszechność takiego medium jak Internet, nie mówiąc o popularności branży e-commerce. W konsekwencji ma on dziś – dzięki swojej wizji, pracowitości i szczęściu – majątek oscylujący w okolicach 200 miliardów dolarów. A zdążył się jeszcze w międzyczasie rozwieść i część oddać byłej żonie, po czym wyhodować sobie na pocieszenie imponujące bicepsy oraz przygarnąć młodszą od siebie (aż dziw, że tak niewiele) nową telegwiazdkę.
Ile to jest 200 miliardów dolarów? Autorzy książki, przywołanej już przy okazji naszych wodnych rozważań, proponują następujący eksperyment myślowy (wzbogacony tu nieco moją inwencją). Wyobraźmy sobie wysoki zamek z bardzo wysoką wieżą. Schody w tej wieży kręcą się oczywiście w prawo (ponieważ większość ludzi jest praworęczna więc atakującym z dołu jest trudniej, a broniącym z góry łatwiej – ale dziś nie o tym) i wydają się niezliczone. I teraz wyobraź sobie, że jeden stopień w tejże wieży symbolizuje majątek o wartości 100 tysięcy dolarów.
I jak to wygląda? Otóż połowa Amerykanów i jakieś 90% ogólnej populacji świata (jak się rzekło – 7 miliardów ludzi) nie jest nawet w stanie postawić stopy na pierwszym stopniu schodów. Po 4 stopniach 75% Amerykanów odpada, po 10 stopniach już 90%. I to nie w wyniku słabej kondycji.
Tymczasem nasz śmiejący się jowialnie Jeff Bezos stoi sobie wysoko na stopniu numer „2 miliony”. Gdybyś postanowił mu potowarzyszyć – wspiąć się do tego człowieka w wysokim zamku – i piąłbyś się w górę w spokojnym, ale jednak zdeterminowany tempie 61 schodów na minutę, to zajęłoby ci to 9 godzin dziennie przez kolejne 2 miesiące.
Może dlatego Jeff Bezos ma dziś, poza ogromnym majątkiem, równie imponującą muskulaturę.