80 lat temu urodził się Bruce Lee.
Przyszedł na świat w China Town w San Francisco – w czasie, gdy jego ojciec Lee Hoi-chuen, aktor operowy, występował gościnnie w USA.
Był rok 1940. Chiński Rok Smoka.
Rodzina powróciła do Hongkongu rok później. Jego matka, Grace Ho, pochodziła z jednej z najbardziej wpływowych tamtejszych rodzin. Mając takie wsparcie Bruce (właśc. Lee Jun-fan) dorastał grając w filmach – wystąpił w około 20 produkcjach zanim ukończył 18 lat. W pierwszym jeszcze jako niemowlę.
Był ruchliwy i niespokojny. Roznosiła go sportowa ambicja. I wielkie ego. Uczył się słabo, a do tego wdawał się w niepotrzebne bójki. Zapowiadał się nieciekawie.
Na szczęście dla wszystkich szybko odkrył sztuki walki, w tym kung-fu w jego surowej formie. Uczył się go u samego legendarnego Yip Man’a. Nie było bardziej wymagającego nauczyciela, ale też nie było trudniejszego środowiska dla kogoś, kto nie był pełnej krwi Chińczykiem. Ale dla Lee nie było innej drogi.
Styl, który trenował to Wing Chun, opracowany jeszcze przez mnichów z Szaolin. Inspiracją dla niego była, tak głosi legenda, walka żurawia z lisem. Trochę walka, a trochę taniec.
Wygrywał więc i turnieje sportowe i konkursy taneczne, ale nadal szlajał się po ulicach. W jednej z bójek podpadł miejscowej mafii. Trzeba było wyjechać i dać sprawie ucichnąć. Pierwszy wybór padł na Seattle. Ale już wkrótce podróżował na południe, w kierunku Kalifornii.
Uczył w Ameryce sztuk walki i szybko opracował własny styl, czy nawet filozofię – Jeet Kune Do. Nie chciał czerpać z jednej tylko tradycyjnej techniki. Wierzył, że należy zaadoptować dla siebie pasujący styl i użyć go dla swoich, indywidualnych potrzeb. Pozostać bez kształtu i przybierać taką formę, jaka była wymagana i konieczna w danej chwili.
Być jak woda.
Jeśli chodzi o trening był niestrudzony i chciał być tak silny i sprawny, jak tylko możliwe. Elementem jego filozofii był rygorystyczny trening fizyczny, kalisteniczny, wytrzymałościowy. A w zainteresowaniu właściwym żywieniem i metodami treningowymi wyprzedzał swoje czasy. Stosując jego metody nawet ci, którzy wykonywali ułamek jego reżimu osiągali spektakularne efekty.
I był silny. Niektóre popisy jego wyczynów, jak pompki na palcach z obciążeniem 120 kilogramów na plecach (sam ważył 70), były legendarne. Worek o wadze 700 funtów potrafił z miejsca rozbujać jak wahadło – ręką czy nogą. Jest wiele historii o tym, jak nieduży Lee pojawiał się na treningu i zawstydzał wyczynami siłowymi ludzi wielokrotnie od siebie większych.
Lubił się popisywać i robił to dobrze. One-inch-punch, Non-telegraphic punch i Accu-punch – miał w swoim repertuarze wszystkie pokazowe triki. Im bardziej pokazowe, tym lepiej. Miał przecież być największym „performerem” wszech czasów.
Podobno miejscowi Chińczycy byli przeciwni nauczaniu przez Lee niewtajemniczonych Amerykanów, w tym te zepsute gwiazdy Holywood. Nawet otrzymał w tej sprawie ultimatum, które musiał wygrać pięściami. I wygrał. A może był to tylko dobry auto-marketing? W końcu Lee chciał być tym, który popularyzuje tradycyjne sztuki walki i przynosi je masom. Czy się to komuś podoba, czy nie.
Podobało się.
Publiczność poznała go 1966 roku, gdy zagrał Kato w serialu The Green Hornet. Jak głosi opowieść – Lee poruszał się tak szybko, że ówczesne kamery nie mogły uchwycić wszystkich jego ruchów. Dopóki celowo ich nie spowolnił. Azjaci nie występowali wówczas w filmach czy serialach w głównych rolach. Ale Bruce Lee urzekał producentów charyzmą i pewnością siebie. Jakby wiedział, że nie ma wiele czasu, że musi iść po swoje jak najszybciej.
Jego kariera w Hollywood nie odpowiadała niestety szybkości jego ruchów. Wrócił więc do Hongkongu. I z zaskoczeniem odkrył, że jego amerykański serial, znany tu jako The Kato-Show jest bardzo popularny. Trzeba było to wykorzystać.Zagrał w filmach The Big Boss („Wielki szef”) z 1971 roku i Fist of Fury („Wściekłe pięści”) z 1972. Oba były wielkimi hitami na rynku azjatyckim. Jego kariera zaczynała się rozkręcać.
Nad swoją trzecią produkcją Way of the Dragon („Droga smoka”) z 1972 roku objął już pełną kontrolę – był scenarzystą, reżyserem, choreografem i główną gwiazdą. Jego pojedynek z amerykańskim mistrzem karate, niejakim Chuckiem Norrisem przeszedł do historii kina. Zbliżało się apogeum.
W lutym 1973 roku Bruce Lee rozpoczął w Hongkongu kręcenie nowego filmu. Jego tytuł miał brzmieć efektownie – Enter of the Dragon („Wejście smoka”). Premiera odbyła się 26 lipca 1973 roku. Na rynek Amerykański film wszedł w sierpniu. To było prawdziwe wejście smoka. Film miał stać się sensacją i jednym z największych hitów kina akcji wszech czasów, z miejsca czyniąc z Bruce Lee legendę i wywołując światową modę na sztuki walki. Nakręcony za niecały milion dolarów zarobił na czym świecie 350 milionów. Do dziś pozostaje najbardziej kasowym filmem w historii w odniesieniu do kosztów produkcji. Wszedł do historii popkultury.
Tylko Bruce Lee, filmowy smok, już nie żył. Zmarł 20 lipca, niecały tydzień przed premierą.
Oficjalnie miał doznać obrzęku mózgu w wyniku przyjęcia źle dobranej mieszanki leków. Nieoficjalnych wersji są natomiast setki. Zemsta chińskich mistrzów za nauczanie sztuk walki profanów i „cios wibrującej pięści” mnichów z klasztoru Shaolin to najbardziej ekscentryczne z nich. Ale są też niepokojące, jak rodzinna klątwa. Jego syn, także aktor, miał przecież również zginąć w niewyjaśnionych okolicznościach.
Bruce Lee żył tylko 32 lata ale jego legenda i wpływ na kulturę pozostały wieczne. To on zmienił postrzeganie Azjatów w kulturze Zachodu. To on wprowadził sztuki walki do mainstreamu. Jest popkulturową ikoną, rozpoznawalną natychmiast, po samej tylko sylwetce.
Bez niego nie byłoby amerykańskich filmów akcji, choćby tych z gatunku „łubu-du” lat 80-tych XX wieku, nie byłoby Karate Kid i jemu podobnych, bliższych kinu młodzieżowemu. Nie byłoby także kolejnych azjatyckich gwiazd, jak Jackie Chan czy Jet Li. Nie byłoby Liu Kanga z Mortal Kombat i Marshalla Law z Tekkena. Nie byłoby Kill Billa i innych filmów sławiących gatunek martial arts. W ogóle nie byłoby w filmie, serialu, grach komputerowych i kulturze takiego gatunku.
W innym filmie Quentina Tarantino Once Upon a Time in Hollywood („Pewnego razu w Hollywood”) jest znana scena, w której Bruce Lee chwali się, że w walce poradziłby sobie z każdym, łącznie z Muhammadem Alim. W filmie zostaje ukarany za swoją pychę przez kaskadera Cliffa Bootha.
W prawdziwym życiu było inaczej. Bruce Lee pytany o to zachowywał skromność i powściągliwość. Ale Ali, bokser wszech czasów i człowiek o ego jeszcze większym niż Lee, wiedział jednak lepiej.
Zapytany o to spoważniał, na chwilę przestał dowcipkować i powiedział: „Oglądając filmy treningowe Lee i widząc jego niewiarygodnie szybkie i niewiarygodnie mocne ciosy, jego wspaniałą pracę nóg, ogromną precyzję w każdym ruchu nie chciałbym się z nim spotkać na ringu nawet w najwyższej swojej formie. Wiem, że nawet najlepszy bokser z najwyższej możliwej kategorii wagowej po otrzymaniu takiego ciosu nie byłby w stanie ustać dłużej na nogach. Nawet ja”.