Kategorie
Czy pamiętasz? Historie Kartka z kalendarza

Mars atakuje

Dokładnie 82 lata temu Ziemię zaatakowali Marsjanie.

A przynajmniej tak mówiono w radio.

W niedzielę, 30 października 1938 roku o godzinie 8:00 wieczorem, radio CBS wyemitowało 17 odcinek popularnej audycji The Mercury Theatre on the Air. Godzinny program był emitowany od lipca tego roku, co tydzień przyciągając rzesze słuchaczy i prezentując adaptacje klasycznych dzieł literatury. Tego dnia, z okazji zbliżającego się Halloween szykowano dla słuchaczy odcinek specjalny. Nikt jeszcze wtedy nie przewidywał, jak bardzo specjalny.

Biorący udział w tej audycji „Teatr Merkurego” (nazwany tak na cześć legendarnego magazynu The American Mercury, prezentującego opowiadania najbardziej znanych pisarzy) był niezależną grupą aktorów, założoną rok wcześniej w Nowym Jorku przez Johna Housemana oraz pewnego bardzo młodego i bardzo błyskotliwego aktora, producenta, pisarza i scenarzystę w jednej osobie – Orsona Wellesa.

Welles, ledwie 22-latek, był niezwykle utalentowany, aktywny i wszechobecny niczym sam bóg Merkury. Wysoki, odznaczający się głębokim i donośnym głosem, o aktorstwie marzył od zawsze, ale jego talenty znacznie wykraczały poza tę tylko profesję. Był równie dobry jako reżyser, scenarzysta i pisarz. Sławę przyniósł mu już wcześniej własnoręcznie ilustrowany i bardzo popularny w Ameryce zbiór dramatów Szekspira (seria Everybody’s Shakespeare). Swoją pracę jako aktor teatralny uzupełniał także z powodzeniem jako aktor radiowy.

Dla teatru był to czas szczególny. W czasach Wielkiego Kryzysu (Great Depression) i Nowego Ładu (New Deal) państwo intensywnie dotowało działalność kulturalną. Mówiąc precyzyjnie – dotowało zatrudnienie dla aktorów, scenografów, specjalistów od kostiumów, muzyków, techników i innych pracowników branży teatralnej. Program państwowy zwany Federalnym Teatrem (The Federal Theatre Project), dawał zatrudnienie 15 tysiącom osób i przyczynił się w drugiej połowie lat 30-tych XX wieku do bezprecedensowego rozkwitu branży rozrywkowej, pomimo ogólnego kryzysu gospodarczego.

Dla twórcy były to sprzyjające okoliczności. Po pierwsze dawało to komuś takiemu jak Welles możliwość realizowania ogromnej liczby projektów. – Nie byłem bezrobotny w latach 30-tych, wręcz przeciwnie, byłem wtedy tak zapracowany, że zapomniałem, jak się śpi. – wspominał potem. Po drugie Welles, pomimo młodego wieku coraz bardziej aspirujący do roli producenta, reżysera i impresario, mógł realizować swoje przedstawienia z niespotykanym rozmachem – krótko mówiąc: mógł zatrudnić tylu aktorów, ilu tylko zechciał.

We współpracy z Johnem Housemanem i jego Negro Theatre Unit z Harlemu Welles stworzył na przykład sztukę pod tytułem Voodoo Macbeth ze 150 aktorami wyłącznie afro-amerykańskiego pochodzenia. Sukces spektaklu przekroczył wszelkie oczekiwania, a po krajowym tournee Wellesa określono mianem młodego geniusza.

Co ciekawe, Orson Welles był wówczas tak rozpędzony, jeśli chodzi o liczbę realizowanych projektów i aktywności, że rządowe dotacje nie wystarczały i musiał sam dotować swoje spektakle. Miał z czego, bo z pensji radiowca zarabiał doskonale. Prezydent Rossevelt żartował zresztą potem, że Welles był jedyną znaną mu osobą, która nielegalnie transferowała pieniądze do rządowego programu. Welles kursował już w tym czasie kilka razy dziennie pomiędzy teatrem a studiami radiowymi, gdzie po zaledwie krótkim przeskanowaniu tekstu wchodził na antenę.

W 1937 roku Orson Welles nabrał już takiej pewności siebie, że postanowił odciąć państwową pępowinę i razem z Housemanem założyć własny biznes. Wynajęli budynek Comedy Theatre na Broadwayu w Nowym Jorku z 687 miejscami siedzącymi i otworzyli go dla publiczności pod nową nazwą. Teatr Merkurego (The Mercury Theatre) rozpoczął oficjalną działalność 11 listopada tego roku przedstawieniem pod tytułem „Cezar” (Caesar) – nowoczesną adaptacją szekspirowskiego dramatu o zabójstwie rzymskiego przywódcy i jego dramatycznych następstwach. Inscenizacja i scenografia były doskonałe, a polityczna historia tak realistyczna i aktualna, jakby spisek przeciw Juliuszowi Cezarowi miał miejsce zaledwie wczoraj. Odtąd nie było lepszego i bardziej znanego w tej branży od Orsona Wellesa.

Po kilku kolejnych sukcesach na Broadwayu, Welles pojawił się na okładce magazynu Time, a jego zgrana trupa, zarabiająca już ogromne gaże i ciesząca się równie wysoką popularnością, była otwarta na nowe wyzwania i dołączyła do stacji CBS (Columbia Broadcasting System).

Początkowo, zanim stała się The Mercury Theatre on the Air, nowa audycja nazywała się „W pierwszej osobie” (First Person Singular). Było to w zasadzie trafne, ponieważ Welles był zawsze główną postacią każdego odcinka, podobnie jak jego reżyserem, scenografem i niestrudzoną siłą napędową. Radio zyskiwało wówczas na znaczeniu i miało ogromny potencjał do wystawiania przedstawień dramatycznych trafiających do szerokiej rzeszy słuchaczy. Welles dostrzegł ten potencjał i potraktował je jak największą w kraju scenę teatralną.

Każdy z odcinków był adaptacją znanego dzieła popularnej literatury – „Drakuli”, „Wyspy Skarbów”, „Przygód Hucka Finna”, czy” Jądra Ciemności”. Welles zdawał sobie sprawę, że w audycji radiowej, gdzie brak scenografii, kluczowy jest dźwięk. I w tym względzie nie zadowalał się niczym, co nie ocierało się o perfekcję. A dźwięki, których szukał, nie były odtwarzane nigdy wcześniej. Do inscenizacji Drakuli potrzeba było na przykład dźwięku osinowego kołka przekuwającego serce wampira. Szukając bardziej dostępnych rekwizytów niż wampirze podroby, na próbie użyto kapusty i zaostrzonego kołka od miotły. – Zbyt szeleszczący dźwięk… – skomentował Welles – Zróbcie w kapuście dziurę i nalejcie do niej wody. Potrzebujemy krwi! Ostatecznie do roli idealnie nadawał się… arbuz. Po występie Wellesa, wydobywającego młotkiem upiorne dźwięki z dojrzałego arbuza, miliony słuchaczy miały mieć tej nocy koszmary.

Ale to, co wydarzyło się 30 października 1938 roku, przeszło wszelkie oczekiwania.

Program rozpoczął się od charakterystycznej, muzycznej zapowiedzi występu Mercury Theatre on the Air. – Dziś przedstawiona zostanie adaptacja „Wojny Światów” (War of the Worlds) H. G Wellsa z 1898 roku.

Orson Welles rozpoczął, czytając wstęp do powieści, zmieniając jego fragmenty tak, aby pasowały do bieżących wydarzeń. – Już wiemy, że na początku XX wieku ten świat był uważnie obserwowany przez inteligencję przewyższającą ludzką.

Przez następne 20 minut transmisja przypominała zwykłe wieczorne studio radiowe, przerywane niepokojącymi wiadomościami (fleszami) z ostatniej chwili. Pierwszy raptownie przerwał muzykę na żywo „z koncertu w Hotelu Plaza” (grała oczywiście orkiestra w studio) – nagłe doniesienie mówiło o dziwnych wybuchach dostrzeżonych na Marsie, a następnie o równie dziwnym obiekcie, spadającym z hukiem na farmę w Grover’s Mill w stanie New Jersey. Grany przez Wellesa astronom nie potrafił wyjaśnić słuchaczom tego zjawiska, spekulował, że musiał być to upadek meteorytu.

Program muzyczny powrócił, ale po chwili został znów przerwany przez relację na żywo z miejsca impaktu, gdzie policjanci i tłum gapiów otoczyli wbity w ziemię cylindryczny obiekt. – Przypomina bardziej olbrzymi walec niż meteoryt. Jest pokryty lśniącym metalem. Otwiera się…

Był to początek inwazji Marsjan na Ziemię.

Dalej w radio słychać było krzyki spanikowanych ludzi, dźwięki wystrzałów i wybuchów. Kolejne wiadomości w dramatycznym tonie informowały o atakach marsjańskich najeźdźców na kolejne, prawdziwe miasta i miejsca w Stanach Zjednoczonych i nieudanych próbach ich odparcia przez wojsko. – Brak obrony. Nasza armia jest rozbita. Artyleria, siły powietrzne, wszystko stracone. To może być ostatnia transmisja…

Nagle ogromna maszyna wojenna Marsjan zaczęła rozsiewać trujący gaz nad samym Nowym Jorkiem! Uciekający mieszkańcy – według radiowej relacji – padali martwi jak muchy. Ton audycji staje się coraz bardziej dramatyczny, nagle i sam prezenter zaczyna się dusić i kaszleć. Po czym milknie. W tle słychać zdezorientowany głos realizatora – Halo, czy ktoś nadaje…!? – Halo, czy jest tam kto…?

Po przerwie, w drugie części spektaklu, narracja zmienia się w reportaż i wywiad z granym przez Wellesa ocalonym, który jako jeden z nielicznych przeżył inwazję. Tak jak w książce, zakończenie przynosi wyjaśnienie, że Marsjan pokonali nie ludzie, ale ziemskie bakterie.

Już w trakcie transmisji, trwającej łącznie godzinę, a do pierwszej dramatycznej przerwy 35 minut (bez żadnej przerwy reklamowej) w Stanach Zjednoczonych wybuchła panika. The Mercury Theatre on the Air nie był jedyną popularną audycją emitowaną w tym czasie, więc wiele osób włączających się później przegapiło wstęp i kontekst całej opowieści. A przecież to, co słyszeli faktycznie brzmiało jak prawdziwe wiadomości. Żadna reklama nie przerwała głównej części programu Wellesa, nie było niczego co, jeśli przegapiło się wstęp, wskazywałoby, że ta dramatyczna relacja to tylko doskonała inscenizacja mistrzów teatru.

Ludzie wylegli masowo na ulice i uciekali, wpatrując się gorączkowo w nocne niebo. Według relacji, ludność szukała ratunku w Kościołach, modliła się na ulicach, domagała się wsparcia stróżów porządku. Niektóre zachowania dobrze świadczyły o ówczesnym poziomie odpowiedzialności społecznej – jednostki wojska i gwardii narodowej odebrały telefony od ochotników pytających, gdzie mają stawić się do walki. W kolejnych miastach chciano wygasić światła, aby nie stać się celem inwazji. Nowy Jork był przecież stracony, prawda?

Późniejsze, bardziej trzeźwe relacje, kwestionowały zakres i skalę rzeczywistej paniki. Dramatyczne relacje miały być jakoby wyrazem zazdrości prasy wobec nowego medium, jego zasięgu i możliwości. Doniesienia prasowe miały być zatem celowo udramatyzowane, aby nie stracić konkurencyjnej pozycji wobec radia. Skala paniki miała być w rzeczywistości niewielka i ograniczać się do alarmujących telefonów do rodzin i służb porządkowych. Ale przecież mało kto miał wówczas telefon. Nawet według ostrożnych szacunków, relacji słuchało na żywo ponad 4 miliony ludzi, z czego większość poczuła się przestraszona. A przecież to były czasy zagrożenia wolnego świata przez II wojnę światową i nazizm – zaledwie miesiąc wcześniej Adolf Hitler dokonał Anschlussu Austrii. To wystarczyło. To przecież mogła być prawdziwa wojenna inwazja.

Tak czy inaczej, Orson Welles przeszedł tego dnia do legendy. Przełamał konwencję nudnych audycji radiowych tworząc atrakcyjne, dramatyczne i nowatorskie widowisko. Przyjęta forma wiadomości-fleszy, biuletynów informacyjnych przerywających zwykły program dawała piorunujący i poruszająco realistyczny efekt. A to, że tak trudno było odróżnić fikcję od rzeczywistości, nawet w latach 30-tych XX wieku, świadczy bardzo wysoko o umiejętnościach wykonawców oraz jakości scenariusza.

Nie obyło się oczywiście bez perturbacji prawnych. Stacja CBS miała przez moment kłopoty, groziło jej odebranie licencji, a Orson Welles musiał publicznie przepraszać. Ale koniec końców nie mogło być ani dla niego, ani dla radia lepszej reklamy. Do dziś „Wojna Światów” pozostaje najbardziej znaną audycją radiową wszech czasów. I obiektem badań socjologicznych.

Świat teatru i radia był już najwyraźniej za mały dla Orsona Wellesa. W 1939 roku rozpoczął karierę w Holywood, podpisując lukratywny kontrakt z RKO Radio Pictures. Choć był debiutantem, studio dało mu wolną rękę w stworzeniu własnej historii, skompletowaniu obsady według własnego pomysłu oraz, co rzadko się zdarza, ostatecznego montażu.

W 1940 roku Orson Welles, w wieku zaledwie 25 lat, wyreżyserował oraz zagrał główną rolę w swoim debiutanckim filmie.

„Obywatel Kane” (The Citizen Kane), dzieło podobnie jak „Wojna Światów” nowatorskie w warstwie narracyjnej i technicznej, nakręcone według oryginalnego scenariusza, którego Welles był współautorem, nie zwróciło co prawda od razu kosztów produkcji.

Ale dziś film ten jest powszechnie uważany za najlepszy w historii kina.