Kategorie
Czy pamiętasz? Historie

Ostatnia misja

Jeśli oglądaliście film „Szczęki” (Jaws) Stevena Spielberga z 1975 roku, to na pewno pamiętacie Monolog Quinta.

Sam film, który na dobre rozpoczął drogę Spielberga na szczyt panteonu Hollywood, był inspirowany książką Petera Benchleya o tym samym tytule oraz prawdziwymi atakami żarłacza białego na ludzi u wybrzeża New Jersey w 1916 roku – o czym wspominałem we wpisie „Przypadkowy ludojad”.

Historia opowiadana w filmie przez cynicznego łowcę rekinów Quinta, granego przez niezapomnianego Roberta Shawa jest równie prawdziwa. I jeszcze bardziej tragiczna.

„Szczęki” są klasykiem filmowych thrillerów, ale co charakterystyczne dla Spielberga, najbardziej zapadająca w pamięć scena i zarazem najbardziej przerażająca historia w tym filmie jest opowiadana w sposób pośredni – i to w czasie, gdy tytułowy rekin wcale nie pojawia się na ekranie. Zawiera się ona w trzy i pół minutowym monologu, który Quint wygłasza do Brody’ego i Hoopera zaraz po tym, gdy towarzysze łowów na rekina ludojada terroryzującego plaże Amity porównują dla żartów swoje cielesne blizny. Quint ujawnia w tej scenie blizny duże głębsze – pokazując widzom, dlaczego stał się takim człowiekiem, jakim jest i jakie są rzeczywiste motywy jego działań.

Quint pokazuje bliznę na przedramieniu po usuniętym tatuażu, a kiedy towarzysze podróży żartują, że pewnie miał tam wytatuowany napis „matka” (mother), Quint poważnieje i mówi, że była to raczej nazwa okrętu, na którym służył – USS Indianapolis.

Historia USS Indianapolis jest jedną z najbardziej tragicznych i tajemniczych w dziejach marynarki. Zazębia się przy tym w kluczowy sposób z decydującym momentem II Wojny Światowej, a tym samym z historią świata.

USS Indianapolis, nazwany na cześć stolicy stanu Indiana, zamówiony w 1930 roku i zwodowany rok później, był drugim i ostatnim krążownikiem (heavy cruiser) typu Portland. Podlegał jeszcze ustaleniom traktatu waszyngtońskiego z 1922 roku, który limitował rozmiar i kaliber artylerii statku. Miał 186 metrów długości, szerokość prawie 20 metrów i wyporność nieco ponad 10 tysięcy ton. W czasie wojny jego załoga liczyła około 1.200 marynarzy.

Warto wspomnieć, bo ma to znaczenie dla dalszego przebiegu historii, że jako krążownik Indianapolis nie był wyposażony w sonar, ponieważ statki tego typu nie były przeznaczone do samotnych wojennych rejsów przez ocean najeżony wówczas japońskimi okrętami podwodnymi. Krążowniki, podobnie jak dzisiejsze lotniskowce, musiały być dla swojego bezpieczeństwa eskortowane przez mniejsze, zaczepne jednostki – niszczyciele, fregaty i lekkie krążowniki.

USS Indianapolis był ulubionym okrętem samego Franklina Delano Roosevelta, 32 Prezydenta USA, poprzednio zastępcy sekretarza Marynarki Wojennej. Roosevelt spędził na statku kilka tygodni – podczas jednego z pierwszych jego rejsów w 1933 roku, a następie jeszcze w dwóch rejsach, w tym w dyplomatycznej podróży do krajów Ameryki Łacińskiej w 1936 roku.

W grudniu 1941 roku Indianapolis odbywał właśnie ćwiczenia na Pacyfiku, gdy Japończycy niespodziewanie zaatakowali bazę Pearl Harbor na Hawajach. Ruch obliczony na szybkie zneutralizowanie amerykańskiej floty Pacyfiku i zniechęcenie Stanów Zjednoczonych do udziału w II Wojnie Światowej okazał się mieć zupełnie odwrotny skutek.

Indianapolis od razu ruszył na poszukiwania japońskich lotniskowców, z których – jak podejrzewano – miał zostać dokonany atak, ale bez rezultatu. Kolejne jego misje były już bardziej skuteczne – Indianapolis uczestniczył z sukcesami w walce o Wyspy Aleuckie (Aleutian Islands) a następnie wspierał 5 Flotę Pacyfiku w wykonaniu słynnych „żabich skoków” (Leapfrogging lub Island-Hopping) w kierunku Japonii. Taktyka ta, zaproponowana przez generała Douglasa MacArthura polegała na zajmowaniu kolejnych wysp na Pacyfiku w celu zbliżenia się do archipelagu Wysp Japońskich i umożliwienia bliskiego ataku na nie. Bez takich działań Amerykanie mogli co najwyżej wykonywać mało skuteczne i kosztowne, ale podnoszące morale działania w stylu Rajdu Doolittle’a.

Co ciekawe, w teorii wojskowości Leapfrogging i Island-Hopping nie są synonimami – pierwsza taktyka, której adwokatem był MacArthur zakładała zajmowanie słabiej ufortyfikowanych wysp i odcinanie od zaopatrzenia tych uzbrojonych mocniej. Druga, której apologetą był admirał Chester Nimitz, zakładała z kolei po prostu ataki na kolejne wyspy – co skończyło się dla Amerykanów co prawda wygranymi, ale bardzo ciężkimi walkami o Iwo Jimę i Okinawę. USS Indianapolis uczestniczył w obu tych bitwach.

W trakcie dni poprzedzających bitwę o Okinawę Indianapolis ostrzeliwał wybrzeże i odpierał ataki japońskiego lotnictwa. Dzień przed inwazją, 31 marca 1945 roku, z okrętu dostrzeżono nad ranem nurkujący myśliwiec Nakajima Ki-43 Hayabusa. Ostrzał obronny rozpoczęto od razu, ale choć japoński samolot zestrzelono, to nie zdołano powstrzymać go przed zrzuceniem bomby na pokład statku. Zginęło 9 marynarzy, okręt został uszkodzony, ale nie były to na szczęście rany śmiertelne. Kadłub statku wytrzymał uszkodzenia i pomimo przechyłu mógł udać się o własnych siłach w długą podróż na naprawę do stoczni Mare Island niedaleko San Francisco. Dotarł na miejsce w lipcu – akurat gdy wojna na Pacyfiku wchodziła w swoją decydującą fazę.

I wtedy USS Indianapolis otrzymał do wykonania kolejną, bardzo ważną dla historii świata misję.

15 lipca 1945 roku kapitan Charles McVay został wezwany na spotkanie w kwaterze dowództwa marynarki wojennej w San Francisco. W żołnierskich słowach przekazano mu, że na jego okręcie zostanie w najbliższym czasie umieszczony ładunek w najwyższym stopniu tajny, który ma zostać jak najszybciej i za wszelką cenę dostarczony do bazy na wyspie Tinian w archipelagu Marianów Północnych.

Baza na wyspie Tinian była prawdopodobnie najważniejszą amerykańską lokalizacją w wojnie na Pacyfiku. Znajdowała się w odległości 1.500 mil od Wysp Japońskich, co stanowiło wystarczający dystans umożliwiający wykonywanie bezpośrednich nalotów przez nowe amerykańskie bombowce, będące dziś same w sobie symbolem II Wojny Światowej – B-29 Superfortess. Lot bojowy z bazy do Tokio i z powrotem zajmował 12 godzin.

Po przejęciu wyspy w 1944 roku, w wyniku perfekcyjnej operacji desantowej, Amerykanie rozpoczęli szeroko zakrojone prace budowlane trwające 45 dni i nocy bez przerwy. Efektem było powstanie największej bazy lotniczej na świecie. Jej zdjęcia robią wrażenie do dziś – wyspa wielkości Manhattanu i znajdująca się w odległości 6.000 mil od wybrzeża USA została niemal w połowie zajęta przez największe na świecie lotnisko wojskowe, obsługujące setki bombowców i wyposażone w pełną infrastrukturę towarzyszącą. Bazę nazwano kryptonimem Destination („Cel”) i wykonano z niej najważniejsze operacje lotnicze w wojnie z Japonią, pod dowództwem bezwzględnego generała Curtisa LeMaya – w tym największe i najbardziej tragiczne pod względem liczby ofiar dywanowe bombardowanie Tokio w nocy z 9 na 10 marca 1945 roku.

Tymczasem sprawy w San Francisco nabierały rozpędu. 16 lipca zapowiadany sekretny ładunek został dostarczony na pokład USS Indianapolis. Składał się z dwóch nieoznaczonych kontenerów – jeden z nich był stalowy, a drugi ołowiany. Przesyłkę doręczono do San Francisco prosto z Los Alamos w Nowym Meksyku, gdzie naukowcy pod wodzą doktora Roberta Oppenheimera oraz generała Leslie Grovesa prowadzili od kilku lat sekretny projekt naukowo-przemysłowy, który miał zmienić losy wojny oraz świata. Projekt Manhattan.

Stalowy kontener zawierał komponenty do uzbrojenia i detonacji dwóch niekonwencjonalnych bomb, które miały przejść do historii jako Little Boy i Fat Man. Już za kilka tygodni obie miały zrównać z ziemią miasta Hiroszima i Nagasaki w Japonii w pierwszym w historii nuklearnym ataku wojskowym.

Kontener ołowiany zawierał z kolei 64 kilogramy wzbogaconego uranu-235, który miał zapewnić niszczycielską moc Little Boy’owi, zrzuconemu wkrótce na Hiroszimę. Była to wówczas połowa światowych zapasów tego izotopu.

Indianapolis wyruszył w misję w pośpiechu, jeszcze tego samego dnia. A był to dzień, w którym nad ranem na pustyni w pobliżu miasta Almogordo w Nowym Meksyku, w miejscu określanym proroczo przez hiszpańskich konkwistadorów jako Jornada del Muerto („Droga Umarłego”), przeprowadzono pierwszy w historii ludzkości test nowej broni. W ramach operacji o kryptonimie Trynity, na oczach naukowców i wojskowych eksplodowała eksperymentalna bomba plutonowa The Gadget, z siłą 22 tysięcy ton trotylu. Fala uderzeniowa byłą odczuwalna 160 kilometrów od miejsca eksplozji a grzyb atomowy osiagnął wysokość 12 kilometrów. Atmosfera ziemska na szczęście nie zapaliła się, jak się tego obawiano. O historii koncepcji i budowy bomby atomowej opowiada w doskonały sposób monumentalna i nagrodzona Pulitzerem książką Richarda Rhodesa – „Jak powstała bomba atomowa” (The Making of the Atomic Bomb).

Prezydent Harry Truman, następca Roosevelta, oczekiwał niecierpliwie na wynik testu w trakcie kluczowej dla losów powojennego świata Konferencji w Poczdamie. „Wyniki wydają się być zadowalające, a nawet przekroczyły wstępne oczekiwania” – zameldowano mu. Tak rozpoczęła się era atomu.

Robert Oppenheimer, genialny organizator i wizjoner, chyba lepiej zrozumiał znaczenie tego, co się tego dnia wydarzyło, cytując słowa ze świętej hinduskiej księgi Bhawadgita: „Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów„. Historię Oppenheimera, od triumfu do tragedii, opowiada książka Kai Bird i Martina J. Sherwina – American Prometheus: The Triumph and Tragedy of J. Robert Oppenheimer (brak polskiego wydania).

Kapitan McVay został poinstruowany, że w przypadku zatopienia okrętu priorytetem ma być ochrona drogocennego ładunku, nie załogi. USS Indianapolis popędził następnie bez eskorty do bazy Pearl Harbor, dokąd dotarł w rekordowym czasie niecałych 75 godzin. Następnie ruszył do Celu – na wyspę Tinian, gdzie czekała już na niego specjalnie przygotowana przystań. Ładunek, który miał wkrótce odmienić losy wojny, został dostarczony 26 lipca 1945 roku.

Po ukończeniu sekretnej misji Indianapolis popłynął na wyspę Guam, gdzie otrzymał rozkaz płynięcia dalej – 1.500 mil na zachód na filipińską wyspę Leyte. Tam po odbyciu ćwiczeń statek miał wziąć udział w decydującej odsłonie Wojny na Pacyfiku – spodziewanej inwazji na Japonię, który mogła pochłonąć setki tysięcy ofiar po obu stronach konfliktu i byłaby największą operacją desantową w historii świata.

Kapitan McVay poprosił, aby jego statek był w tej podróży eskortowany przez niszczyciela, obawiając się aktywności japońskich łodzi podwodnych. Jego prośba została jednak odrzucona – usłyszał, że teatr wojenny przesunął się obecnie dalej na północ i w związku z tym ryzyko napotkania wrogich jednostek było bardzo niskie. Była to być może prawda jeśli chodzi o jednostki nawodne, ale w rzeczywistości intuicja McVaya była prawidłowa – Indianapolis musiał przekroczyć obszar patrolowany przez dwie japońskie łodzie podwodne. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że amerykańskie dowództwo wiedziało o tym, przechwytując już wcześniej japońskie sygnały komunikacyjne. A jednak w tym przypadku eskorty odmówiono. A co jeszcze dziwniejsze, misja USS Indianapolis nadal była – z niewyjaśnionych do dziś przyczyn – uważana za trwającą. I nadal ściśle tajną.

USS Indianapolis wyruszył w swoją ostatnią podróż 28 lipca i miał dotrzeć na Filipiny 3 dni później – 31 lipca. Nigdy tam jednak nie dotarł.

Japońska łódź podwodna wpakowała dwie torpedy w nasz bok, Szefie. Wracaliśmy z Tinian, płynęliśmy na Layte. Dopiero co dostarczyliśmy bombę. Bombę z Hiroszimy. 1.100 ludzi znalazło się w wodzie. Statek zatonął w 12 minut.” (“Japanese submarine slammed two torpedoes into her side, Chief. Was comin’ back from the island of Tinian to Leyte. We’d just delivered the bomb, the Hiroshima bomb. Eleven hundred men went into the water. Vessel went down in 12 minutes.) – zaczyna swoją opowieść Quint.

Tuż po północy 30 lipca Indianapolis, znajdując się 1.000 mil na wschód od Filipin, przeciął kurs z japońską łodzią podwodną I-58 pod dowództwem Mochitsury Hashimoto. Został dostrzeżony. Hashimoto myśląc, że ma do czynienia z najnowszą generacją amerykańskiego okrętu wojskowego, zarządził natychmiastowe bojowe zanurzenie i gdy Indianapolis zbliżył się na odległość 1.500 metrów wystrzelił w jego kierunku 6 torped, z czego 2 na pewno dotarły do celu. To wystarczyło.

USS Indianapolis, jak wspomina Quint, zatonął w zaledwie 12 minut, ale pomimo gwałtowności całej akcji, co najwyżej 300 marynarzy z 1.195 znajdujących się na pokładzie w tym rejsie zatonęło wraz z nim. Wynikało to z faktu, że na statku miała akurat miejsce zmiana warty i pomimo późnej pory marynarze nie spali, gdy uderzyły japońskie torpedy.

I w ten sposób około 900 marynarzy (Quint nieco zawyżył ich liczbę) wylądowało żywych w zimnych wodach Pacyfiku, czekając na ratunek. Ten jednak z niewyjaśnionych przyczyn nie nadchodził.

Minął 31 lipca, później 1 sierpnia, a amerykańska marynarka nie podjęła żadnych działań w celu odnalezienia zaginionej załogi. USS Indianapolis miał dotrzeć na Filipiny już 31 lipca, ale z jakiegoś powodu oficer operacyjny na Leyte, niejaki Gibson, nie zrobił nic – nawet nie poinformował wyższego dowództwa, że oczekiwany statek nie dotarł na miejsce.

Marynarze byli zatem zdani na siebie samych. Oraz łaskę i niełaskę oceanu.

Nie widziałem rekina może przez pół godziny. Pierwszy był żarłacz tygrysi. 13 stóp. Wiesz jak ocenić to z wody, Szefie? Patrzysz na odległość między płetwą a ogonem. Nie wiedzieliśmy natomiast, że nasza misja była tajna i nie został wysłany żaden sygnał ratunkowy. Przez tydzień nawet nie zauważono, że mamy opóźnienie. Pierwszego ranka, Szefie, rekiny zaczęły nadpływać, więc sformowaliśmy się w ciasne grupy. To było jak w tych starych kalendarzach, no wiesz jak te grupki piechoty w bitwie pod Waterloo. Pomysł był taki, że gdy rekin podpływał do najbliższego człowieka, to ten zaczynał uderzać w wodę i hałasować. Czasem rekin odpływał… Ale czasem nie chciał odpłynąć.” (Didn’t see the first shark for about a half-hour. Tiger. 13-footer. Know how you know that when you’re in the water, Chief? You tell by lookin’ from the dorsal to the tail. What we didn’t know, was that our bomb mission had been so secret, no distress signal had been sent. They didn’t even list us overdue for a week. Very first light, Chief, sharks come cruisin’, so we formed ourselves into tight groups. It was kinda like old squares in a battle, like you see in a calendar, like the Battle of Waterloo and the idea was the shark come to the nearest man, that man he starts poundin’ and hollerin’ and sometimes that shark he go away… But sometimes he wouldn’t go away.).

Niektóre źródła wskazują, że wbrew temu co mówił Quint, sygnał SOS został jednak nadany i usłyszany przez amerykańskie stacje nasłuchowe. Jedna uznała z jakiegoś powodu, że jest to podstęp Japończyków. Natomiast żołnierze znajdujący się w dwóch kolejnych albo spali, albo byli zbyt pijani, aby podjąć jakiekolwiek działania. Nie zrobiono więc nic.

Marynarze z zatopionego USS Indianapolis przeżywali w tym czasie piekielne męki. Byli wyziębieni i odwodnieni. Ale największym problemem były rekiny – pech chciał, że USS Indianapolis zatonął dokładnie w miejscu ich sezonowego żerowania. Jak mówi Quint rekiny nie chciały odpłynąć – wręcz przeciwne, z każdą kroplą krwi w oceanie nadpływały kolejne i kolejne, które zabijały i pożerały wycieńczonych marynarzy. Jednego po drugim – w tempie kilku osób na godzinę.

Czasami taki rekin patrzył prosto na ciebie. Prosto w oczy. A musisz wiedzieć, że rekin ma oczy pozbawione życia. Czarne, jak oczy lalki. Kiedy cię atakuje nie wygląda w ogóle jakby był żywy… dopóki cię nie nie ugryzie, a wtedy te czarne oczy przewracają się i stają się białe… i słyszysz ten straszny krzyk. Ocean staje się czerwony i pomimo tego całego uderzania w wodę i hałasów te rekiny wciąż przypływają… i rozrywają cię na strzępy.” (Sometimes that shark looks right into ya. Right into your eyes. You know, a thing about a shark is he’s got lifeless eyes. Black eyes, like a doll’s eyes. When he comes at ya, he doesn’t even seem to be livin’… util he bites ya, and those black eyes roll over white and then… ah then you hear that terrible high-pitched screamin’. The ocean turns red, and despite all the poundin’ and hollerin’ those sharks come in and… they rip you to pieces.). 

Pod koniec tego pierwszego świtu straciliśmy 100 ludzi. Nie wiem ile tam było rekinów, może z tysiąc. Nie wiem ilu ludzi, ale ginęło średnio 6 na godzinę. Czwartek rano, Szefie, natknąłem się na mojego kolegę, Herbie Robinsona z Cleveland. Grał w baseball. Kumpel ze służby. Myślałem, że śpi. Sięgnąłem aby go obudzić. Wypłynął na powierzchnię jak boja. Był przegryziony od pasa w dół.” (You know, by the end of that first dawn, lost a hundred men. I don’t know how many sharks, maybe a thousand. I don’t know how many men. They averaged six an hour. On Thursday mornin’, Chief, I bumped into a friend of mine, Herbie Robinson from Cleveland. Baseball player. Boatswain’s mate. I thought he was asleep. I reached over to wake him up. He bobbed up and down in the water, he was like a kinda top. Upended. Well, he’d been bitten in half below the waist.).

Dopiero 2 sierpnia marynarze, a przynajmniej ci którzy jeszcze żyli, zostali dostrzeżeni z powietrza przez Wilbura Gwinna, pilota bombowca Lockheed Ventura. Wkrótce na miejsce zaczęły przylatywać hydroplany Consolidated PBY Catalina, wyławiając rozbitków z wody niewielkimi grupami.

Piątego dnia, Lockheed Ventura przeleciał nisko i zauważył nas, młody pilot, młodszy niż nasz pan Hooper. W każdym azie zauważył nas i trzy godziny później te stare grube PBY zaczęły nadlatywać jeden po drugim i zabierać nas z wody. Wtedy bałem się najbardziej. Czekając na moją kolej. Nigdy już nie założę kamizelki ratunkowej. A więc 1.000 ludzi trafiło do wody. Wyszło 316. Rekiny wzięły resztę. 19 lipca 1945 roku.” (Noon the fifth day, a Lockheed Ventura swung in low and he saw us, a young pilot, a lot younger than Mr. Hooper here, anyway he saw us and three hours later a big ol’ fat PBY come down and started to pick us up. You know that was the time I was most frightened. Waitin’ for my turn. I’ll never put on a lifejacket again. So, eleven hundred men went into the water. 316 men come out. The sharks took the rest. June the 29th, 1945.).

Zatopienie USS Indianapolis było najbardziej tragiczną pod względem liczby ofiar katastrofą morską w historii USA. W światowych annałach daleko jej oczywiście do tragedii Wilhelma Gustloffa, ale przerażający los marynarzy Indianapolis, którzy tak długo czekali w wodzie na ratunek, mając do wyboru śmierć przez utopienie lub bycie pożartym przez rekina, przemawia do wyobraźni bardziej niż wszelkie statystyki. To dlatego Quint zarzekał się, że nigdy już nie założy kamizelki ratunkowej – wolał odtąd pozostać panem swojego losu.

W trakcie wojny Amerykanie stracili ponad 700 statków, ale tylko kapitana Charlesa McVaya postawiono z tego powodu przed sądem wojskowym. Zarzucono mu niepłynięcie zygzakiem oraz niewłaściwą organizację akcji ratunkowej. Tylko pierwszy zarzut miał jakieś oparcie w rzeczywistości, choć biorący udział w procesie jako świadek kapitan Hashimoto podkreślał, że i tak zatopiłby już dostrzeżony statek. McVay został symbolicznie skazany, głównie w wyniku nacisków ówczesnego kierownictwa marynarki – w tym admirała Ernesta Kinga, z którym miał osobisty zatarg. Został ostatecznie (i pośmiertnie) zrehabilitowany, ale dopiero 50 lat później, w 2000 roku. W tamtym momencie wypadek złamał mu karierę. Odszedł z wojska na wczesną emeryturę. Nękany przez poczucie winy i wyrzuty sumienia popełnił samobójstwo w 1968 roku.

Ale bombę dostarczyliśmy.” (Anyway, we delivered the bomb.) – kończy swój dramatyczny monolog Quint.

Faktycznie. 6 sierpnia 1945 roku, bombowiec B-29 o nazwie Enola Gay, pilotował przez pułkownika Paula Tibettsa zrzucił bombę atomową Little Boy na Hiroszimę. Z 64 kilogramów uranu tylko 800 gram uległo rozszczepieniu, a jedynie 600 gram zamieniło się w czysta energię. Ale to wystarczyło, aby zrównać Hiroszimę z ziemią i zabić jednego dnia 100 tysięcy ludzi. Kiedy kapitan Hashimoto wrócił do domu, cała jego rodzina nie żyła.

14 sierpnia, mimo sprzeciwów ze strony wojskowych, cesarz Hirohito zdecydował się na „coś, co było nie do pomyślenia”. Japonia skapitulowała.

Setki tysięcy ludzi zginęło na polach bitew i w bombardowaniach, w tym od dwóch przerażających bomb atomowych, zginęli także marynarze USS Indianapolis. Ale kapitulacja Japonii zapobiegła śmierci kolejnych setek tysięcy żołnierzy i cywilów.

O wojnie na Pacyfiku i kampanii mającej na celu pokonanie Japonii świetnie opowiada książka z wydawanej co roku serii „Killing…” – Bill O’Reilly i Martin Dugard – Killing the Rising Sun: How America Vanquished World War II Japan (brak polskiego wydania).

Z kolei historię USS Indianapolis i kapitana Charlesa McVaya opowiada książka Lynn Vincent i Sary Vladic – Indianapolis: The true Story of the Worst Sea Distater in the U.S. Naval History and the Fifty-year Fight to Exonerate an Innocent Man (brak polskiego wydania).

Ameryka wyłoniła się z zakończonej w ten sposób wojny jako nuklearne mocarstwo, nadchodził nowy ład. To była przy tym ostatnia taka wojna, ostatnia wojna konwencjonalna. Wkrótce dwa wielkie mocarstwa staną naprzeciw siebie z całym swoim arsenałem jądrowym, mogącym zetrzeć z powierzchni Ziemi ludzkość w kilka godzin. Ale żadne z nich nie użyje go. Zaszachują się nawzajem w zimnej wojnie.

Odstraszająca siła atomu – ładunku, który z takim narażeniem życia i poświeceniem setek marynarzy transportował w 1945 roku USS Indianapolis działa do dziś.