Kategorie
Psychologia Punkt widzenia Styl życia

Miłosne związki

Dziś Walentynki, porozmawiajmy zatem o związkach. Niekoniecznie o „pszczółkach i motylkach”, czy „dopaminie i oksytocynie” oraz wpływie tychże na nasze zachowania towarzysko-godowo-rozrodczo-plemienne, ale o kilku ciekawych faktach dotyczących związków i ich trwałości.

Miłosne perypetie są oczywiście fabularną osnową przeważającej części dzieł literatury i kinematografii. Kurt Vonnegut w swoich rozważaniach na temat zasad tworzenia fabuł – The Shapes of Stories, wśród 8 klasycznych schematów na drugim miejscu wymienia charakterystyczny Boy Meets Girl – osadzając go, jak wszystkie pozostałe, na wykresie (układzie współrzędnych), w którym oś pozioma symbolizuje przebieg fabuły od początku do końca (BE-Axis od begining to end), a oś pionowa perypetie głównych bohaterów (GI-Axis od good fortune to ill fortune).

W dzisiejszych czasach mogą w tym schemacie oczywiście występować także osoby jednej płci, jednak nie wpływa to specjalnie na zobrazowanie przebiegu fabuły, zmienia może co najwyżej towarzyszące jej okoliczności. Główny bohater zaczyna więc historię na standardowym poziomie szczęścia (average day, average person, expecting anything to happen on a day like any other), wszystko układa mu się dobrze (takich bohaterów lubią czytelnicy i widzowie – daje nam pisarską poradę Vonnegut), ale następnie poznaje fajną dziewczynę i jego „linia dobrej fortuny” na wykresie fabularnym gwałtownie idzie w górę – wszystko jest wspaniałe, to chyba ta jedyna, miłość wisi w powietrzu (something wonderful, just loves it! – komentuje w tle Vonnegut).

Następnie jednak wektor szczęścia gwałtownie opada (oh, goddamit!). Coś rozdzieliło kochanków – może to tylko jakieś nieporozumienie? Jeśli tak, to niestety takie, które na nieszczęście zaczyna od tego punktu gwałtownie eskalować w wyniku kolejnych pomyłek. Fani nieśmiertelnego serialu „Przyjaciele” (Friends) przypomną sobie zapewne w tym miejscu sytuację Rossa Gellera i Rachel Green pod tytułem „Mieliśmy przerwę!” (We Were On A Break!). A może jest to jakaś presja zewnętrzna – przykładowo rodzina dziewczyny nie akceptuje jej wybranka? To klasyka – przyjdzie nam tu na myśl Dirty Dancing z 1987 roku, czy „Pamiętnik” (The Notebook) z 2011 roku, a jest nawet osobne grono filmów poświęconych niemal wyłącznie tym perypetiom, w których jedna ze stron musi poznać i przekonać do siebie niechętnych z początku rodziców drugiej strony. A może są młodzi, wakacje się kończą i zaraz zostaną rozdzieleni przez codzienność i geografię? Kto tak nie miał, nigdy nie jeździł na letnie obozy.

Bohaterowie cierpią, widzowie i czytelnicy im kibicują, aż w końcu dochodzi do przełomu – bohaterowie podejmują (od)ważne decyzje w obliczu zdarzeń, które ich rozdzieliły, orientują się, że są dla siebie stworzeni, walczą z czasem i okolicznościami i w efekcie wykres fortuny zaczyna znowu rosnąć. Książka lub film kończą się happy-endem, a poziom szczęścia bohaterów (oraz czytelników i widzów) jest na dużo wyższym poziomie niż na początku. Amor vincit omnia i napisy końcowe.

Klasyczny musical Grease, zekranizowany w 1978 roku, dobrze ilustruje taką miłosną historię – w całej rozciągłości fabularnego wykresu Vonneguta, kończąc perypetie kochanków zapadającą w pamięć piosenką You’re The One That I Want. W wykonaniu Johna Travolty i Olivii Newton-John to jeden z najlepiej sprzedających się singli w historii muzyki. Whitney Houston ze swoją interpretacją I Will Always Love You z The Bodyguard z 1992 roku też jest zresztą wysoko – ku nieszczęściu wszystkich aspirujących wokalistów z telewizyjnych muzycznych shows.

Czego uczy nas zatem kultura popularna? Uczy nas tego, że miłość musi być romantyczna, że musi być pełna uniesień, że kochankowie muszą walczyć o swój związek pomimo przeciwności losu. Czasem przegrywają, jak nastoletni „Romeo i Julia” ze sztuki Williama Szekspira, czy Tony i Maria ze współczesnego West Side Story, ale to tylko dodaje powagi ich płomiennej miłości. Neurotyczny Werter cierpi dla zasady myśląc o Lottcie, Orfeusz schodzi za ukochaną Eurydyką do Hadesu i nie wytrzymuje napięcia, Giaur marzy o Leili z haremu Hassana, zamiast założyć sobie własny i tylko Józef z Nazaretu nie robi scen tylko chodzi codziennie do pracy, jak mężczyźnie przystało (Trzej Królowie).

Żeby było jasne, wyłączając poważną z natury rzeczy Biblię to jest w tej konwencji w porządku – od tego jest literacka i filmowa fikcja, aby nas bawić i wzruszać. Jednak tylko tak długo, jak pozostaje rozrywkową fikcją właśnie, a nie wzorem do naśladowania. Jeśli spróbujemy odegrać podobną melodramę we własnym życiu, to wyjdzie to z pewnością dużo bardziej żałośnie, jeśli nie tragicznie. A jednak wciąż naiwnie oczekujemy podobnych uniesień, a ich brak traktujemy wręcz (najczęściej niesłusznie) jako powód do natychmiastowego rozstania czy rozwodu. Nazywamy to potem „różnicami charakteru”, nie przyznając się przed samymi sobą, że chodzi o zwykłe emocje – jak nuda z jednej strony i ekscytująca obietnica z drugiej. Nawet jeśli sami preferujemy raczej „ciepłe kluchy”, to na pewno znamy wiele osób uzależnionych od romansów, przelotnych miłostek i sercowych emocji. Każda z nich bawi się w tę grę tak długo, aż w końcu podda się presji społecznej lub biologicznej, zestarzeje się, zmądrzeje, zbankrutuje lub – co gorsza – trafi na własne „Fatalne zauroczenie” (Fatal Attraction) lub płomień świecy ze znanej polskiej piosenki.

Tak przywykliśmy do nowoczesnego, zachodniego pojmowania wolności seksualnej i wolności osobistej, że to, co wynika z badań, które zaraz przytoczę, może wydawać się nieco obrazoburcze. Ale tak, jak słabo rozumiemy naszą sferę motywacyjną (Motywacja, Talent), tak samo słabo w gruncie rzeczy rozumiemy miłość i partnerstwo. „O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt.” – pisał Jaskier z „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego – „Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki”.

Rok 2022 ma być rekordowy pod względem liczby zawartych związków małżeńskich – co wynika głównie z faktu, że wiele osób odkładało śluby i wesela w latach poprzednich z uwagi na epidemię COVID-19. Co to bowiem za ślub bez hucznego i drogiego wesela – głosi rodzinna tradycja, obiegowa logika i biznes matrymonialny. W USA ma zostać zawartych w tym roku 2,5 miliona małżeństw – najwięcej od 1984. Nie tylko inflacja jest zatem obecnie najwyższa od 40 lat.

Luty jest z kolei wiodącym miesiącem jeśli chodzi o liczbę oświadczyn (około 40% par podejmuje decyzję o scementowaniu relacji właśnie wtedy), ale także liczbę zdrad – co wynika z danych dotyczących ruchu na stronach internetowych dedykowanych osobom lubiącym przyprawiać rogi swojej drugiej połowie. Nie poprawię ci na pewno humoru pisząc, że istnieją także badania, z których wynika, że dawanie prezentów (również tych walentynkowych) powoduje u darczyńcy poczucie bycia uprawnionym do – nazwijmy to – rozluźnienia moralnych zasad.

Tak czy inaczej, nawet 40% z powyższych par – zarówno nastawionych do sprawy idealistycznie, jak i bardziej cynicznie – nie utrzyma węzła małżeńskiego zbyt długo. Liczba rozwodów z roku na rok rośnie.

Jak zatem myślisz, które małżeństwa są szczęśliwsze – te z naszego kręgu kulturowego, gdzie partnera wybiera się samemu (nazwijmy je „małżeństwami z miłości”), czy te aranżowane przez rodziców, będące charakterystyczne dla kultur wschodnich – i o których myślimy jeśli nie z wyższością to z lekkim przerażeniem?

Okazuje się, że na samym początku związku, przez kilka pierwszych lat, małżeństwa z miłości są szczęśliwsze. Nie jest to pewnie zaskoczeniem, ale konkretnie: w badaniach na skali szczęścia, gdzie 91 to liczba maksymalna, związki takie punktują 70 – w porównaniu do 58 dla małżeństw aranżowanych. Ale co dzieje się potem? Otóż po 10 latach od zawarcia związku, wyniki ulegają zupełnemu odwróceniu – aranżowane małżeństwa wykazują na skali satysfakcji 68 punktów, natomiast małżeństwa z miłości tylko 40.

Dlaczego tak jest i jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć dla naszych związków – które zawarliśmy przecież z własnej woli i miłości, a nie wyboru kogoś innego? Otóż wygląda na to, że małżeństwa aranżowane muszą nieco bardziej liczyć się z realiami życia już od dnia pierwszego. Nikt tam nie może twierdzić, że znalazł „pokrewną duszę”, „drugą połowę” i innych tego typu hollywoodzkich dyrdymałów. Myśli raczej – zostałem zobowiązany do związania się z tym obcym człowiekiem, muszę zatem żyć, rozmawiać z nim i postępować tak, aby to zadziałało. A żeby zadziałało, trzeba nad tym popracować – bez zbędnych złudzeń, dzień po dniu. I ta prac zaczyna jak widać po latach przynosić efekty.

Jest z tym trochę tak, jak ze wszystkim innym, ale ważnym w życiu. Jeśli chcemy coś osiągnąć, czy to szczęście, czy dobry związek, musimy nad tym popracować – same marzenia i romantyczne wizje raczej nie wystarczą. Mogą wręcz przeszkadzać – idealistyczne i romantyczne wyobrażenia szybko zderzają się bowiem z realiami życia. A kiedy się zderzą, jako pierwsi mają kłopoty ci, którzy nadmiernie idealizowali swojego partnera i swój związek na samym początku. Miej zatem tylko realistyczne oczekiwania.

Druga sprawa – z roku na rok rośnie mediana wieku, w którym decydujemy się zawrzeć związek małżeński. Mądrość etapu głosi, że w naszych latach 20-tych należy skupić się na nauce, samorozwoju i karierze, a dopiero po 30-stce można zająć się bardziej przyziemnymi sprawami, takimi jak budowanie rodziny. Interesy wielkiego biznesu, który namawia nas do takiego życiowego modelu to jedno, ale zdrowy rozsądek podpowiada także, że w bardziej dojrzałym wieku posiada się już również niezbędne doświadczenie i życiową mądrość, które pozwalają wejść w związek w sposób bardziej odpowiedzialny. Jest w tym co napisałem nieco sarkazmu, ale faktem jest, że statystycznie to małżeństwa 20-latków rozpadają się częściej, niż ich starszych kolegów.

Jest natomiast od tej reguły jeden dość interesujący wyjątek. Otóż najniższy odsetek rozwodów notują te pary, które zawarły małżeństwo między 22 a 30-stym rokiem życia i – uwaga – nie mieszkały przed ślubem razem. Okazuje się – tak interpretowane są wyniki tych badań statystycznych – że czekanie zbyt długo, „próbowanie miodu ze zbyt wielu uli”, czy zwykłe „przechodzenie danego związku” przed decyzją o ustatkowaniu się zaczyna być w pewnym momencie bagażem, który zaczyna ciążyć i wpływać negatywnie na dalszą zdolność do zawierania trwałych związków. Im mniejszy bagaż niesiesz do ślubu i im krócej go niesiesz tym lepiej – mówi to badanie – co wydaje się, przyznacie, wnioskiem dość nieintuicyjnym w kontekście utartych zwyczajów, porad z prasy obyczajowej oraz „zdrowego rozsądku”, o którym pisałem wyżej.

Ale jeśli lepiej się nad tym zastanowić, to jest z tym trochę jak z posiadaniem zbyt dużego wyboru na zakupach. Jeśli wybór jest zbyt duży, jeśli pokusy zbyt liczne, a ponadto istnieje społeczne przyzwolenie i akceptacja dla rozwodów – to jest to droga, którą niektórzy z nas na pewno podążą. Podobnie, jeśli przerobiliśmy wiele związków i przyzwyczailiśmy się do tego, że z każdego z nich możemy wyjść kiedy tylko przestanie nam pasować – to mamy już opracowany w głowie i przećwiczony na polu bitwy plan działania, którego młodzi idealiści nie mają i nie biorą w ogóle pod uwagę.

U bardziej doświadczonych nupturientów pojawiają się też naturalne porównania nowej żony czy nowego męża do poprzednich partnerów, co w połączeniu z zasadą, że z czasem pamiętamy lepiej rzeczy dobre niż złe oraz że nic się z wiekiem nie poprawia, nie wydaje się służyć trwałości związków. A na pewno nie służy pozytywnemu nastawieniu do siebie nawzajem w obliczu życiowej rutyny, która tak daleka jest od przykładów z filmów i literatury przytoczonych wyżej.

I tak dochodzimy do kolejnej sprawy – z badań nad trwałością związków i małżeństw wyłania się po raz kolejny ciekawy obraz. Bardzo łatwo jest mianowicie odgadnąć skalę szczęśliwości danego związku i jego perspektywy po samym sposobie, w jaki partnerzy traktują siebie nawzajem. Otóż najbardziej istotną różnicą jest istnienie pozytywnego lub negatywnego nastawienia do słabości partnera. Po angielsku w języku psychologii nazywa się to positive / negative sentiment override. Jeśli twój partner robi coś źle (w twojej percepcji), ale nie twierdzisz od razu, że jest skończonym gamoniem, tylko prawdopodobnie musi mieć gorszy dzień, jest już nieźle.

Co ciekawe, bardzo trudno zmienić negatywne nastawienie, kiedy już raz się pojawi. Jeśli zatem twoje nastawienie do partnera staje się nieprzychylne, to nawet jego pozytywne działania odczytasz jako jedynie wyjątek od reguły. I nie rokuje to dobrze dla twojego związku. Musisz to zmienić lub wkrótce zasilisz statystyki rozwodów oraz portfel swojego prawnika.

W książce „Błysk! Potęga przeczucia” (Blink. The Power of Thinking Without Thinking) Malcolm Gladwell przywołuje badania amerykańskiego psychologa Johna Gottmana, który przez swoje doświadczenie posiada niezwykłą zdolność do oceny trwałości związków przez samo śledzenie sposobu, w jaki partnerzy rozmawiają ze sobą. Według niego największym i prawie pewnym predyktorem rozpadu związku jest pogarda (contempt) okazywana sobie nawzajem przez partnerów, nawet w sposób pośredni i bardzo dyskretny – ujawniająca się w ich języku ciała i gestach (to przewracanie oczami, to nabieranie powietrza) i sposobie rozmowy ze sobą („ty nigdy”, „ty zawsze” i tak dalej).

Zatem receptą na szczęśliwy związek wydaje się praca nad nim, jakby partner nie był wcale naszą drugą połową. Oraz pozytywne nastawienie do niego lub niej. Jak również – dodajmy to – powstrzymanie się od mnożenia dostępnych nam opcji działania ponad potrzebę. I unikanie obciążających siłę woli pokus.

Nie każdego dnia są Walentynki. Tak naprawdę ani my nie jesteśmy rycerzami na białych koniach, ani wy nie jesteście księżniczkami. I – prawdę mówiąc – nie musimy być. Ale warto pozytywny stosunek i nastawienie, który dziś okazujemy naszym partnerom, zachować na cały rok.

Bajki kończą się bowiem w tym momencie, gdy nasze wspólne życie dopiero się zaczyna. „I żyli długo i szczęśliwie” – mówią. Nikt natomiast już nie opowiada nam w tej bajce, jak im się to udało.

Bo to nie jest już bajka.