Kategorie
Film i teatr Historie Inwestowanie

Casino Royale

Dwudziesty piąty film o – jak to się zwykło mówić – przygodach Jamesa Bonda „Nie czas umierać” (No Time to Die) przypomniał nam wszystkim, poddanym społecznej izolacji, czym jest wizyta w prawdziwym kinie, oraz odświeżył po raz kolejny nieśmiertelną (?) postać agenta MI6 z licencją na zabijanie.

Trudno dziś uwierzyć, że kiedy pisarz i były oficer wywiadu Ian Fleming tworzył postać Bonda w 1953 roku, to w zamyśle chciał uczynić ją maksymalnie nudną i przewidywalną. Miał być zwyczajnym człowiekiem służb, któremu przydarzają się niezwyczajne sprawy. Prawdę mówiąc, według wszystkich rzeczywistych relacji tacy są właśnie prawdziwi agenci – ich rodziny przez lata pozostają nieświadome, że ich szary mąż i ojciec pracuje na co dzień w wywiadzie.

Oczywiście, jak dziś wiemy, nic z tego nie wyszło – „Bond, James Bond” nie jest w żadnym razie zwyczajny – przeciwnie, jest uosobieniem kobieciarza, gadżeciarza, wysokiego stylu życia i w gruncie rzeczy antytezą prawdziwego szpiega, którego zadaniem jest pozostawać niezauważonym. Dla rozrywki to oczywiście lepiej, ale gorzej dla faktów i realiów. Ale z drugiej strony, raczej nie chodzilibyśmy tłumnie na filmy o postaciach bardziej osadzonych w realiach – jak choćby George Smiley z powieści Johna le Carré (również niezwykle popularnego pisarza i byłego agenta MI5 i MI6).

Ostatni film o Bondzie jest jednocześnie pożegnaniem z tą postacią dla Daniela Craiga. Pamiętam, że kiedy w 2005 roku ogłoszono, że to właśnie szerzej nieznany wówczas Craig ma zastąpić Pierce Brosnana jako Agenta 007, opinia publiczna nie była, delikatnie mówiąc, zachwycona. Craig miał być 6 aktorem grającym tę postać i pierwszym blondynem. Odbiegał od wzorca – był niższy, krępy i umięśniony. Nie wyglądał jak dżentelmen – przynajmniej dopóki nie założył garnituru od Toma Forda. W szranki z nim stanęło wielu aktorów, w tym młody Henry Cavill, późniejszy kinowy Superman i netflixowy Wiedźmin. Wielu widziało w tej roli Clive Owena.

Z dzisiejszej perspektywy widać natomiast, jak bardzo Daniel Craig wpasował się w tę postać i jak bardzo jego wybór jako nowego Bonda był słuszny. W porównaniu z nim samym to raczej jakość poszczególnych filmów z nim jest nierówna – „Casino Royale” z 2006 roku, któremu poświęciłem dziś tytuł wpisu, uznawany jest za fantastyczny restart całej serii, która na końcówce kadencji Brosnana zaczęła popadać w pastisz. Ale później przyszły też gorsze momenty – „Quantum of Solace” z 2008 roku bazował na całkowicie niedopracowanym scenariuszu, którego wyprostowanie w czasie trwającego akurat strajku scenarzystów okazało się niemożliwe. Passę serii miał z kolei ponownie odwrócić bardzo dobry „Skyfall” z 2012 roku. Potem w warstwie filmowej znów miało być tak sobie, ale sam Craig zawsze trzymał poziom.

I tak minęły kolejne niemal dwie dekady. Kiedy Craig po razu pierwszy wcielił się w postać Bonda miał 38 lat. Dziś ma w metryce 53 lata, ale w sumie w kinie akcji jeszcze wiele przed nim – były sportowiec i legenda kina akcji klasy B Jason Statham jest jeszcze o rok starszy.

Wspominam dziś „Casino Royale” z kilku powodów. Po pierwsze jako debiut przywołanego wyżej (i kończącego dziś agenturalną kadencję) Daniela Craiga. Po drugie, jest to blog o książkach, a taki tytuł miała debiutancka powieść Iana Fleminga z 1953 roku, którą pisał w swojej letniej willi „Goldeneye” (brzmi znajomo?) na Jamajce. Po trzecie, jest to – jak się rzekło – wyborny restart serii, która na etapie 20 filmu „Śmierć nadejdzie jutro” (Die Another Day) z 2002 roku nie zamierzała może umierać, ale nie zdradzała też zbyt dobrego pomysłu na dalsze życie. A tu, zaledwie parę lat później wracamy znów do bardzo fizycznego Bonda, jeżdżącego legendarnym Astonem Martinem DB5 – i to bez gadżetów. A że wygrał go w karty i dodatkowo uwiódł żonę właściciela – no cóż, pewne konwencje nigdy się tu nie zmienią.

Po czwarte w końcu, kiedy oglądałem ten film ostatnio, aby odświeżyć sobie nieco całą historię (choć przyznajmy, że dla śledzenia wyczynów Bonda ma ona raczej znaczenie poboczne), dostrzegłem tam nawet pewną lekcję ekonomii, co dobrze kontynuuje moje przemyślenia z ostatniego wpisu Dylematy Butcha Coolidge’a, w którym opisywałem biznesowy morał wynikający niespodziewanie z filmu „Pulp Fiction”.

Pamiętacie zapewne Le Chiffre – granego wspaniale przez Madsa Mikkelsena albańskiego bankiera terrorystów, głównego antagonistę naszego odświeżonego Bonda. Co próbuje zrobić w omawianym dziś filmie Le Chiffre? Wysadzić prototypowy samolot firmy Skyfleet. Dlaczego? Ponieważ obstawił, że cena akcji jego producenta spadnie.

Przypominam tym samym, że w filmie nie było tylko skakania po placu budowy na Madagaskarze, strzelanin, bijatyk, seryjnego uwodzenia i gry w karty o wysokie stawki.

W jednej ze scen szefowa Bonda – M (Judi Dench) tłumaczy mu cały schemat, wyjaśniając tym samym (i jemu i nam) zasadę działania opcji finansowych. Istotą opcji jest (piszę tu własnymi słowami, nie plagiując wywodu szefowej wywiadu) przyznanie uprawnionemu prawa do kupna lub sprzedaży określonego aktywa (np. akcji czy udziałów w spółce) po określonej cenie i w określonym czasie. Istnieją dwa podstawowe rodzaje opcji – opcja put (sprzedaży) oraz opcja call (kupna). Klauzula opcji put przewiduje w tym układzie, że jedna za stron (posiadacz opcji) może żądać od drugiej strony (wystawcy opcji), aby ta nabyła od niego określone aktywa w określonym dniu oraz po określonej cenie. Słyszeliście na pewno o niesławnych opcjach walutowych – rządzą się one podobnym mechanizmem i przypominają o tym, że na każdej opcji można zyskać, ale można też stracić.

Schemat Le Chiffre, pomimo wstępnie nakreślonych zawiłości, był prosty – zawarł on kontrakt na 100 milionów opcji put. Jeśli tego dnia kurs akcji wynosił 100 dolarów, a jego świeża opcja put zakładała możliwość sprzedaży akcji jutro po 99 dolarów, to łatwo policzyć że całość kosztowała bankiera około 100 milionów dolarów (przyjmijmy takie założenie dla celów przykładu). Każda z tych opcji zamieniłaby się z kolei w jego (oraz stojących za nim gangsterów) zarobek wówczas, gdyby kurs akcji spadł jutro poniżej 99 dolarów – wówczas mógłby on kupić akcje na rynku po aktualnej (niższej cenie), ale realizując swoje opcje sprzedałby je nadal za umówione 99 dolarów. Pojawia się w tym miejscu przewidywalna pokusa – wywołać nadzwyczajne zdarzenie, które wstrząśnie firmą Skyfleet i zbije wartość rynkową jej akcji o kilkadziesiąt procent.

Podobny efekt ekonomiczny (pomijając celowo sprowokowane nadzwyczajne zdarzenia), choć działając od odwrotnej strony, uzyskuje się poprzez tzw. krótką sprzedaż (short selling) – znienawidzoną przez wielu praktykę „spekulantów”, zgodnie z którą pożyczają oni papiery wartościowe od innego posiadacza (np. domu maklerskiego) i sprzedają je, po czym muszą zwrócić taką samą ich ilość w przyszłości. Jeśli kurs akcji spadnie, wówczas odkupują je na rynku taniej i zwracają pożyczkodawcy, zarabiając na różnicy (sprzedali drożej, odkupili taniej). Jeśli kurs wzrośnie – no cóż, mamy stratę.

Taką „grę na spadki” unieśmiertelnił genialny (ale do czasu) spekulant Jesse Livermore, który w przypływie inspiracji sprzedał krótko wielkie pakiety akcji tuż przed legendarnym krachem Czarnego Czwartku z 24 października 1929 roku zarabiając jednego dnia, podczas gdy inni darli włosy z głowy i tracili dorobek życia, ponad 100 milionów ówczesnych dolarów. Historię jego życia opowiada książka „Wspomnienia gracza giełdowego” (Reminiscences of a Stock Operator) Edwina Lefèvre oraz Jesse Livermore – Boy Plunger: The Man Who Sold America Short in 1929 (brak polskiego wydania) Toma Rubythona.

W czasach bardziej współczesnych za genialnego „niedźwiedzia” uchodził Michael Burry, bohater książki Michaela Lewisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady” (The Big Short: Inside the Doomsday Machine) oraz filmu o podobnym tytule. Ostatnio Burry nie ma już niestety dobrej prasy – odważnie shortował ulubienicę wszystkich zielonych inwestorów Teslę, która pomimo niezbyt imponujących wyników finansowych i niewielkiej w gruncie rzeczy skali produkcji elektrycznych aut jest obecnie warta więcej niż 8 największych producentów samochodów na świecie łącznie. Jego fundusz Scion Asset Management zaczął sprzedawać krótko akcje Tesli już kiedy jej cena sięgnęła 500 dolarów. W momencie kiedy piszę te słowa kurs przekroczył 1.200 dolarów, co zgodnie z logiką opisaną wyżej oznacza, że Burry jest obecnie na gigantycznej papierowej stracie. Coś mi jednak mówi, że to on będzie po raz kolejny śmiał się ostatni i wypije z tego tytułu martini. Wstrząśnięte, niezmieszane.

Niemniej zwykły inwestor powinien jednak pamietać, że po pierwsze na shortowaniu można stracić naprawdę dużo (nie ma tu limitu straty – w odróżnieniu do zwykłego, kanonicznego, „długiego” kupna akcji, gdzie cena może spaść maksymalnie w okolice zera i wymazać co najwyżej kwotę, którą zainwestowaliśmy), a po drugie, jak mówi Warren Buffett – „rynek może pozostawać nieracjonalny dłużej, niż ty pozostaniesz wypłacalny” (the markets can remain irrational longer than you can remain solvent). Prędzej czy później wierzyciel upomni się o zwrot pożyczonych akcji i zwykle nie będzie to najbardziej dogodny dla ciebie moment.

Ale narzekanie na opcje czy krótką sprzedaż jest jak narzekanie na nóż, że jest ostry lub na psa, że szczeka. Taka jest natura tych instrumentów. Kto posługuje się nimi nieumiejętnie, ten od miecza ginie.

W całym swoim planie Le Chiffre nie wziął oczywiście pod uwagę Bonda, który wysłuchawszy wykładu M o finansach bierze się za robienie tego, co wychodzi mu najlepiej i w brawurowej akcji na lotnisku ratuje samolot przed wysadzeniem.

Kurs akcji nie spada, nabyte opcje wygasają, zły bankier traci swoje 100 milionów, co zmusza go do grania z Bondem o wysokie stawki w pokera w tytułowym Casino Royale w Czarnogórze.

Resztę historii znacie.