Rynek sportowych memorabiliów (lub jak kto woli inwestycji alternatywnych) wciąż ma się dobrze. Na aukcji Sotheby’s sprzedano ostatnio za 8 mln dolarów buty, które Michael Jordan nosił w meczach zwycięskich finałów NBA.
Ta Dynastyczna Kolekcja składa się z modeli Air Jordan VI (1991), Air Jordan VII (1992), Air Jordan VIII (1993), Air Jordan XI (1996), Air Jordan XII (1997) i Air Jordan XIV (1998). To pojedyncze buty, z pojedynczych meczów w 6 zwycięskich kampaniach, które Jordan oddał kiedyś dyrektorowi marketingu Chicago Bulls zgodnie z nieformalnym zakładem.
Niektórzy potrafili już wtedy przewidzieć, że lata 90-te w NBA będą wkrótce pamiętane jako dekada, w której bogowie chodzili po parkietach. A największym w panteonie będzie Jordan.
Rozumiał to podskórnie ukryty w cieniu za Philem Jacksonem autor sukcesów Byków i ich przełomowej taktyki ofensywnych trójkątów Tex Winter, który metodycznie zbierał pudełka po butach Jordana jako rodzaj dziwacznej, ale bezpiecznej dla kogoś urodzonego w czasach wielkiego kryzysu inwestycji. Rozumiał to też chłopiec zbierający piłki, który poprosił Jordana po 2 meczu finałów z 1998 r. o buty i autograf na nich – dziś to najdroższa para obuwia w historii (na zdjęciu – 2,2 mln dolarów).
O historii Chicago Bulls i sezonie 1997/98 pisałem szerzej we wpisie Krew na rogach.
Kolekcja butów marki Jordan należąca do Nike oderwała się już zresztą dawno od swojego imiennika i stała pełnoprawną częścią Americany. Zachowane egzemplarze sprzed lat, nawet te nie noszone przez nikogo znanego, dają kosmiczne stopy zwrotu. A choć Jordan swój (przed) ostatni taniec wykonał ponad ćwierć wieku temu, przychody ze sprzedaży wciąż rosną. Dzięki najlepszej w historii koszykówki umowie licencyjnej, którą zawarł z mało znaną wówczas firmą Phila Knighta u progu zawodowej kariery w 1984 r., Jordan zarabia obecnie rocznie 4 razy więcej niż zarobił na parkietach podczas 15 lat gry.
To już historia filmowa, ale warto pamiętać, że tak dobrych warunków nie byłoby, gdyby jego poprzedni sponsor negocjował, a matka Deloris nie zmusiła bujającego jeszcze w obłokach syna do myślenia poważnie o przyszłości i pofatygowania się osobiście do Portland. Timing (i słuchanie starszych) jest w życiu i biznesie równie ważny, co umiejętności.
O wyjątkowości kontraktu Jordana na tle innych umów tamtych czasów przypomniał ostatnio niestrudzony Roland Lazenby w nowej książce o koszykarskiej legendzie lat 80-tych Earvinie Johnsonie – Magic.
O wpływie Michaela Jordana na sport i popkulturę odpowiada z kolei książka Johnny’ego Smitha – Jumpman: The Making and Meaning of Michael Jordan.
I tak Jordan, uznawany za GOATa w swojej dyscyplinie został po latach pierwszym sportowcem miliarderem. Jego legenda i kulturowo-komercyjny spadek wciąż mają się doskonale. Nie wykluczam jednak, że z upływem czasu przyjdzie taki moment, że buty z logo latającego pod koszem „Jumpmana” będą jak klasyczne trampki Converse sygnowane nazwiskiem Chucka Taylora.
Kupujący z dumą kolejną iterację zapyta – Jordan? A który to był?