Kategorie
Poradniki Recenzje książek Styl życia

Jak zachować balans

Święta Bożego Narodzenia to bez wątpienia najlepiej usankcjonowany prawnie i kulturowo okres lenistwa w ciągu całego roku.

To ważny czas, nie tylko pod względem religijnym. Absorbujemy bowiem w przeciągu tych kilku dni większość najbardziej skutecznych środków z arsenału dobrego wypoczynku i szeroko pojętego wellness – nie pracujemy, jemy dużo i różnorodnie, równie dużo śpimy, spotkamy się z bliskimi nam ludźmi, przyjmujemy zewnętrzne, przyjemne bodźce – na przykład oglądamy filmy czy czytamy książki. Lub po prostu nie robimy nic.

A ponieważ w tym samym czasie wszyscy robią mniej więcej to samo (czyli obijają się), to zgodnie z zasadą społecznego dowodu słuszności, wiąże się to dla nas z tym większą przyjemnością. Ma to też swoje praktyczne strony – ryzyko, że w święta natrafimy na przykład na niechcianego e-maila na służbowej poczcie lub dostaniemy telefon z zadaniem do wykonania jest pomijalne, co skutecznie łagodzi doskwierające wielu z nas objawy FOMO (Fear of missing out). Oraz stronę symboliczną – zbliża się koniec roku, zasłużyliśmy przecież na podsumowanie i odpoczynek. Za chwilę kołowrotek rozkręci się na nowo. Poleńmy się zatem, póki można. Daje to więcej korzyści, niż mogłoby się wydawać.

Przerwę świąteczną zaczynamy tradycyjnie 24 grudnia w Wigilię Bożego Narodzenia i kontynuujemy w kolejnych dwóch dniach – świętując, przynajmniej formalnie, Narodzenie Pańskie oraz wspomnienie świętego męczennika Szczepana. Niektórym okres wypoczynku przedłuża się natomiast aż do Sylwestra i Nowego Roku. A tym najbardziej wytrwałych leniom spośród nas – aż do święta Objawienia Pańskiego, zwanego potocznie Świętem Trzech Króli. Czasami nicnierobienie może zająć trochę czasu.

Dla tych, którzy swoją świąteczną postawę chcieliby podbudować inspirującą lekturą i dodatkowo upewnić się, że „to nie tylko my tak mamy”, odczarować to potępiane „lenistwo” i „próżniactwo”, nadać mu rys filozoficzny (w myśl zasady, że „sposobem żeby podnieść się na duchu jest czytanie wielkich filozofów, którzy są po naszej stronie„), a może nawet uczynić z takiego „lenistwa” pomysł na życie i postanowienie noworoczne, jest właśnie książka Toma Hodgkinsona – „Jak być leniwym” (How To Be Idle). Zapowiadałem ją już przy okazji recenzji innej książki tego autora, o czym przeczytasz szczegółowo we wpisie „Jak być wolnym”.

Przypomnę krótko – Tom Hodgkinson już od ponad ćwierć wieku wydaje w Wielkiej Brytanii magazyn Idler (www.idler.co.uk) i propaguje ideę, która określa się jako slow life (dosłownie: „życie w zwolnionym tempie”). Robi to na swój oryginalny sposób, zainspirowany i podbudowany własnymi doświadczeniami i klasycznymi lekturami. I opowiada o tym wszystkim w sposób humorystycznie wywrotowy.

Swoją drogą jest fascynujące, że kultura anglosaska wymyśliła i produkowała takie perełki wśród magazynów lifestylowych, które samym tytułem zachęcały do ich czytania. Idler („Próżniak”), Spectator („Świadek”), Observer („Obserwator”), Tatler („Plotkarz”), Wanderer („Wędrowiec”), Rambler („Podróżnik”), Adventurer („Poszukiwacz przygód”).

Jak przyznaje sam autor, książka powstała po to, aby uczcić lenistwo i zdemaskować zachodnią kulturę pracy, która zniewala, demoralizuje i przygnębia tak wielu z nas. Ma też misję – chce, poprzez powołanie dawnych zwyczajów, przychylnych historycznych źródeł oraz demaskowanie szkodliwych dla naszego dobrostanu „nowoczesnych” idei, wyposażyć czytelnika w „mentalną broń potrzebną do walki z ideą pracy”.

Siły antylenistwa działają od chwili wygnania nas z raju. To wojna stara jak sama ludzkość. Już sama świadomość, jak i dlaczego nasza zwierzęca potrzeba zachowania energii i wolności zderza się wciąż ze społecznym imperatywem pracy, kariery i konsumpcji, co z tego wynika i kto z tego czerpie korzyści, jest cenna i warto ją nabyć.

W „próżnowaniu” – jak stwierdza autor – chodzi przy tym nie tyle o to pogardzane „nicnierobienie”, ale o wolność wyboru życia, jakie chce się prowadzić – z dala o szefów, pensji, dojazdów, zakupów i długów. Chodzi tu o pewną filozofię życia i to wcale niełatwą do realizacji. Jak mawiał Oscar Wilde „trzeba się nieźle namęczyć, żeby nic nie robić„.

A już Friedrich Nietzsche wskazywał, że gdyby tylko udało nam się pozbyć zbiorowego poczucia winy z powodu robienia rzeczy przyjemnych, to przepadłby obyczaj wypoczywania tylko wtedy, gdy pozwala nam na to jakaś okoliczność zewnętrzna albo nasze wewnętrzne kontrolujące „ja”. Mówiąc krótko – dałoby się ideał świąt przenieść także na dni powszednie.

Nie jest to oczywiście rada i rozwiązanie dla wszystkich. Dla tych, którzy mają juz w życiu wychodzone ścieżki i utarte przyzwyczajenia, a ich praca jest oswojona, taka zmiana może nie mieć sensu. Wielu z nas lubi zresztą swoją pracę, a przynajmniej większość jej aspektów. Niemniej również dla nich będzie to miła lektura. Na zasadzie: a co by było, gdyby? I dlaczego kiedyś było inaczej, niż teraz i czy faktycznie jest to „postęp”?

Zresztą jeśli chodzi o pracę, to – jak zawsze powtarzam – praca nie musi być ciężarem, jeżeli jest samodzielna i ciekawa. Warto przejąć przynajmniej kontrolę nad sposobem jej wykonywania. Znaleźć w niej autonomię. Książki Hodgkinsona są właśnie o tym – o poszukiwany wolności i własnej drogi.

Wszystko, co napisałem o metodach Hodgkinsona i jego poglądach przy okazji recenzji książki „Jak być wolnym” (How To Be Free) pozostaje aktualne i tutaj – obie pozycje napisane są w podobnym stylu, a ich treść wzajemnie się uzupełnia. Skupmy się zatem na treści tej dzisiejszej.

Wczesne wstawanie. Narracja książki prowadzi nas przez kolejne godziny dnia. Zaczynając rankiem, autor przypomina, że już od dzieciństwa jesteśmy ofiarami moralnego zabobonu, że „słuszne i zbawienne jest wyskakiwać z łóżka natychmiast po przebudzeniu, by od razu dziarsko zabrać się do jakiejś pożytecznej pracy„. A zaczyna się to od maszynowego dźwięku budzika, który wyrywa nas ze snu i zaprzęga w przykry kierat codzienności.

Nie lubimy tego już od czasów szkolnych, kiedy to nasz młody i wymagający dużej ilości snu mózg był od wczesnych godzin poddawany katuszom obowiązkowej pierwszej zmiany. Szybko nauczeni, że nie wypada długo spać, a „dyscyplina to podstawa”, patrzyliśmy po takiej tresurze z politowaniem na kolegów, którzy wpadali na lekcję kilka minut po dzwonku, zdyszani, z twarzami noszącymi jeszcze ślady odciśniętej poduszki. Ci na pewno daleko w życiu nie zajdą. W końcu lenistwo to jeden z grzechów głównych (na szczęście ostatni).

Wcześni kapitaliści i moraliści wszelkiej maści również uważali, że najwięcej korzyści płynie z ciężkiej, zorganizowanej pracy, a nie moralnego bujania w obłokach, na styku snu i jawy. W książce znajdziesz bogactwo przykładów z literatury XIX wieku, a nawet Biblii, które to potwierdzają. Oraz garść celnych cytatów: „dla biurokraty, człowieka interesu, nie ma nic obrzydliwszego niż myśl o potencjalnie wydajnych obywatelach wyciągniętych w pościeli i gapiących się w sufit, podczas gdy on krząta się, robiąc coś „użytecznego”, np. wymyśla nowe sposoby sprzedawania popcornu albo wypisuje mandaty za nieprawidłowe parkowanie„.

Tymczasem ten poranny stan, kiedy już się obudziliśmy, ale jeszcze nie wstajemy – ten półsen, zwany naukowo stanem hipnagonicznym, ma korzystny wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Jest to również dobry czas na mentalne przygotowanie do nadchodzącego dnia – przemyślenie: co zrobimy, w jakiej kolejności, co jest istotne, a co nie. Wyrwani z łóżka musimy potem tę czynność nadrabiać w biegu. Tymczasem, jak mawiał generał Dwight Eisenhower: „plany są może i bezużyteczne, ale planowanie jest nieodzowne„.

Tom Hodgkinson ostrzega – ci, którzy wcześnie wstają, nie są ani zdrowi, ani bogaci, ani mądrzy. Często są chorowici, biedni i głupi. Służą tym, którzy wstają późno. Wyrzuć więc budzik. Budzenia się o wyznaczonej porze, bez niego, można się zresztą nauczyć. Obudź się sam, poczytaj chwilę książkę, pomyśl, zaplanuj dzień. Kreuj, nie tylko reaguj.

Rozpoczęcie pracy. Kiedy już wstaniemy z łóżka, dokonamy „porannych ablucji” i dojedziemy do miejsca pracy lub – co obecnie powszechne – siądziemy do wyznaczonego w domu obszaru home office (czego zresztą nie polecam, bo jest niezgodne z zasadami Feng shui) następuje trudny moment. Jak mówi znane powiedzenie – „mózg to taki organ, który funkcjonuje świetnie, do momentu, kiedy trzeba zacząć pracować„. Pomagają tu oczywiście różne rytuały i przyzwyczajenia. A sporządzanie porannej listy zadań, najlepiej jeszcze wieczorem poprzedniego dnia – na pewno pomaga. To akurat rada ode mnie.

A tymczasem – jak wskazuje nam Hodgkinson – idea pracy jako rozwiązania wszystkich problemów, prywatnych i zbiorowych, jest jednym z najbardziej niebezpiecznych mitów naszego społeczeństwa. Lansują ją politycy, rodzice, medialni moraliści i przedsiębiorcy. I jest to wizja szkodliwa, w końcu miliony ludzi umierają co roku z przepracowania, a pracoholizm jest równoprawną jednostką chorobową. „Nastolatkom czy studentom zmierzającym ku zatrudnieniu rzadko tłumaczy się dokładnie, na czym właściwie polega praca, ale wieść gminna niesie, że „dobra praca” zapewni nam pieniądze, życie towarzyskie, prestiż społeczny i tzw. „satysfakcję”. I nawet wysłuchiwane narzekania naszych rodziców na szefa czy kolegów nie zrażają nas do świata pracy. Myślimy, że z nami na pewno będzie inaczej„.

Praca w obecnej formie to zresztą wynalazek stosunkowo niedawny – produkt rewolucji przemysłowej. Przed nadejściem maszyn parowych i fabryk praca miała charakter o wiele bardziej przypadkowy i nieuregulowany. Ludzie oczywiście mieli swoje zawody i wyuczone zajęcia, ale idea przywiązania na stałe do jednego pracodawcy i zarabiania w tej jeden sposób nie była popularna. A jeśli się pojawiała, była tą szeroko pogardzaną przez wolne zawody „pańszczyzną”.

Przykładowo, zanim przed rokiem 1794 James Hargreaves wynalazł przędzarkę wrzecionową, a James Watt – maszynę parową, tkacze pracowali na własny rachunek, jak i kiedy chcieli. Mieli także kontrolę nad całym procesem produkcji. Nie byli niewolnikami swojego zajęcia, w wolnym czasie zajmowali się innymi pracami. To była praca zadaniowa w najlepszym tego słowa znaczeniu – taka, którą można było łączyć z innymi źródłami utrzymania.

Ludzie nie widzieli wówczas sensu w pracowaniu więcej, niż to było konieczne do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Nie było czegoś takiego jak „systemowe podejście do pracy” czy „protestancka etyka pracy”, która do dziś jest tak wysoko ceniona jako hasło, a jej rzeczywistym produktem była de facto niewolnicza, niebezpieczna i szkodliwa praca wymuszana przez cały XIX wiek.

Rewolucja przemysłowa była jak dotąd najcięższym starciem między ciężką pracą a próżniactwem. Warsztaty zamieniły się w manufaktury, a samozatrudnieni w zatrudnionych. Pojawiła się „pensja” i „konsumpcja” – bo wiecznie zaharowani pracownicy zmuszeni byli kupować to, co ich poprzednicy mogli sami wyhodować w czasie wolnym. Zniknął radosny nieporządek, praca w zgodzie z porami roku, odmierzanie czasu według słońca i samostanowienie. Ideałem budowniczych nowego porządku była „specjalizacja”, „stały etat”, „ciężka praca zgodnie z nakazem boskim” i – niestety, czego nie mówiono już tak otwarcie – „marna płaca”. Bo tylko głodny pracownik jest wystarczająco zmotywowany, aby trwać w tym systemie – nie ma innego wyjścia.

Dziś wiele się oczywiście zmieniło, ale kiedy się nad tym głębiej zastanowisz, to w epoce konsumpcjonizmu głód i Bóg zostali zastąpieni przez „zakupy” i „status społeczny”. Musimy wciąż pracować, aby kupować nowe rzeczy, które wyznaczają naszą pozycję i szacunek społeczny wobec nas – i co gorsza – nasz wobec samych siebie. A kiedy już je kupimy, pojawiają się kolejne i kolejne kreowane potrzeby. To niekończąca się pogoń szczura w kołowrotku. A jak mawia nowoczesny kapitalista, ale i wzór staromodnego, rozsądnego gospodarowania pieniędzmi, Warren Buffet – „jeśli nie wymyślisz sposobu, aby twoje pieniądze zarabiały się same, będziesz pracować tak długo, aż umrzesz„.

John Lennon, lider The Beatles, którego 40-ta rocznica śmierci minęła niedawno, był jednym z największych próżniaków naszej epoki. Według Hodgkinsona, był on przy tym ucieleśnieniem paradoksu „lenia pracowitego” – przeżył życie zgodnie z własnymi zasadami i choć oddawał się próżnowaniu, pozostawił wielkie piosenki, w tym o lenistwie właśnie – „I’m Only Sleeping, I’m So Tired” czy „Watching the Wheels„. W słynnym happeningu z 1696 roku Lennon i Yoko Ono w akcie „heroicznego nieróbstwa” przez tydzień bezczynnie leżeli w łóżku na rzecz światowego pokoju.

Z kolei jedną z tajemnic geniuszu literackiego Sherlocka Holmesa było spędzanie czasu w towarzystwie fajki i wygodnego fotela, wylegiwanie się i rozważanie w tym stanie zawiłości zagadek kryminalnych. Jak przypomina Hodgkinson – w opowiadaniu „Człowiek z blizną” (The Man with the Twisted Lip) Athura Conana Doyle, Holmes z łatwością rozwiązuje kolejną sprawę, a zdumiony, wiecznie zarobiony inspektor wzdycha: „Bardzo chciałbym wiedzieć, w jaki sposób dochodzi pan do swych osobliwych wniosków?”, na co słyszy: „Do tego ostatniego doszedłem, siedząc na pięciu poduszkach, wypaliwszy wielką porcję tytoniu”. To zresztą ważna obserwacja – zastanów się, ile dobrych pomysłów przyszło Ci do głowy nie w trakcie ciężkiej harówki, ale na urlopie, czy na beztroskim spacerze?

Istnieje nawet podejrzenie, że Kartezjusz (René Descartes), autor nieśmiertelnego „myślę, więc jestem” (cogito ergo sum), wymyślił swój dualizm psychofizyczny – odrębność ciała i duszy, jako potwierdzenie idei, że można bardzo dobrze myśleć pozostając w fizycznym spoczynku. Nicnierobienie może być twórcze, warto także i o tym pamiętać. „Każda twórcza jednostka, aby rozwijać idee, potrzebuje długich okresów rozleniwienia, nieróbstwa i gapienia się w sufit”, przypomina Hodgkinson, cytując na poparcie tej tezy wypowiedzi, a nawet pełne prace tematyczne zaskakującej liczby klasyków – takich jak Robert Louis Stevenson, Bertrand Russell, czy przywoływany już Oscar Wilde.

W tym ujęciu pogarda dla lenistwa może być w istocie formą opresji, skierowaną przeciw niezależnemu myśleniu. Kto jest zajęty nie ma czasu myślec. Inni robią to za niego. Bycie ciągle zajętym po prostu ogłupia. I zniewala.

Najlepiej zresztą, zdaniem Hodgkinsona, odpoczywać w przerwach od pracy lub zamiast jej wykonywania. Jak podsumował to Jerome K. Jerome – autor klasycznych „Trzech Panów w łódce (nie licząc psa)”, Three Men in a Boat (To Say Nothing of the Dog) – „Żadna przyjemność nic nie robić, gdy nie ma się nic do roboty„. Fachowo stosowane przez wybitnych leniuchów nazywa się to „bumelanctwem”. Wybitni manipulatorzy i spryciarze, sami odpoczywając, namówią przy tym do pracy innych – jak tytułowy bohater „Przygód Tomka Sawyera” (The Adventures of Tom Sawyer) Marka Twaina, kiedy miał pomalować płot. To oczywiście nieco żartobliwe, ale warto o tym pamiętać – najczęściej pracujemy ciężko nie dla siebie, lecz dla kogoś innego.

Hodgkinson przywołuje także na marginesie nowelę „Kopista Bartleby. Historia z Wall Street” (Bartleby, the Scrivener: A Story of Wall Street) amerykańskiego klasyka Hermana Melville’a, o którym pisałem we wpisie „Polowanie na Lewiatana”. Proszony o wykonanie jakiegoś zadania, którego nie chciał wykonać, uznawszy, że dość się napracował, mówił uprzejmie: „Wolałbym nie„. Jego lenistwo eskaluje zresztą przez całe opowiadanie, wywołując sporo zamieszania w uporządkowanym świecie biznesu.

Autor ubolewa także dalej nad upadkiem idei przerwy lunchowej, która z wyrazu wolnej woli zmieniła się w ukradkowe, szybkie i naznaczone wyrzutami sumienia konsumowanie kanapek lub jakiegoś odgrzewanego fast-foodu. W filmie „Wall Street” Olivera Stone’a bezwzględny Gordon Gekko wypowiada niezapomniane zdanie: „Lunch? Chyba Żartujesz. Lunch jest dla mięczaków„. Lunch, jeden z ostatnich bastionów lenistwa w czasie pracy, został złożony w ofierze na ołtarzu postępu i wyścigu szczurów. Tymczasem Hodgkinson przypomina, że jeszcze w 1978 roku, 38 prezydent USA Gerald Ford mówił żartobliwe: „Lunch z trzema martini to symbol amerykańskiej efektywności. Gdzie jeszcze można się tak nasłuchać, najeść i napić?” A publicysta Keith Waterhouse pisał „Teorię i praktykę lunchu” (The Theory and Practice of Lunch), którą ludzie naprawdę z zainteresowaniem czytali. „Lunch to czas na zapomnienie o rozsądku, praktyczności i wydajności. Prawdziwy lunch powinien odżywiać nas nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Powinien być miłym towarzyskim wydarzeniem, świętem próżnowania”.

Hodgkinson ostrzega także – i jest to myśl uniwersalna – że praca zajmuje tyle czasu, ile się na nią przeznaczy. Trzeba zatem dobrze planować nie tylko samą pracę, ale także i przerwy od niej.

Przypomnę także w tym miejscu o powoływanym w drugiej recenzji haśle slow food – ruchu społecznym, zainicjowanym w 1986 roku przez grupę lewicujących Włochów, przerażonych inwazja kultury fast food na ich słynący ze zrelaksowanego podejścia do jedzenia kraj. Symbolem tego ruchu jest leniwie poruszający się ślimak. To właśnie przywilej powolnego jedzenia, o którym przypominamy sobie szczególnie dobrze w okresie świątecznym, jest jednym z ważnych elementów wewnętrznego dobrostanu.

Hodgkinson przywołuje także obyczaj sjesty, który nadal króluje na południu, a jest całkowicie obcy pracownikom z USA czy Europy Północnej. Przerwanie dnia drzemką ma zresztą sens wykraczający daleko poza potrzeby ciała i praktyczny aspekt unikania upału (od którego dziś skutecznie izoluje klimatyzacja). Dzień rozdzielony chwilą odpoczynku jest dłuższy, na właściwy sen nocny można dzięki niemu udać się później – co daje więcej czasu na produktywne, lub bezproduktywne, ale przyjemne działania po pracy. Kultura południowców, polegająca na jedzeniu i wesołych towarzyskich posiedzeniach do późnych godzin, nie istniałaby bez sjesty.

Co ciekawe, jak dowiemy się z książki, podobny system funkcjonował także w pochmurnej Anglii, zanim został wyrugowany przez rewolucję przemysłową. Również w Chinach tradycyjny zwyczaj hsiuhsi, poobiedniej drzemki, zaczął zanikać pod wpływem zachodnich zwyczajów pracy. Hodgkinson przypomina także, co na pewno przeczytasz z przyjemnością, że drzemka jest uproszczoną formą medytacji, uprawianą także przez założycieli wielkich religii – w tym Jezusa i Buddę.

Co ciekawe, dziennym śpiochem był także sławny wynalazca Thomas Alva Edison. Oficjalnie gorliwy rzecznik ciężkiej pracy i de facto nowoczesny kapitalista i przemysłowiec, założyciel istniejącego do dziś koncernu General Electric, który twierdził że sypia w nocy tylko kilka godzin (bo było to jego zdaniem, przynajmniej tym oficjalnie wyrażanym, bezużyteczne i bezproduktywne), nadrabiał resztę snem w ciągu dnia. Jak wyjaśnił to rozbrajająco szczerze asystent wynalazcy zbulwersowanemu odkryciem tej hipokryzji Henry’emu Fordowi: „Ależ on naprawdę wcale dużo nie śpi, tylko sporo drzemie„. Zresztą to jego najbardziej znany wynalazek – żarówka – jest dla ludzi pracujących zarówno zbawieniem, jak i zgubą. Hołubiony Edison wymyślał narzędzia podnoszące wydajność i efektywność pracy – a tak naprawdę wpędzające ludzi w niewolę. Zwróćmy na to uwagę – ci którzy protestują przeciw naszemu domniemanemu lenistwu mają w tym swój interes. I wcale nie muszą sami stosować do siebie zasad, do których chcą tak bardzo przekonać nas.

Książka często wraca do przeszłości, do La belle époque, gdy ludzie żyli wolniej i w wielu aspektach mądrzej niż dziś. Czasem mniej rozsądnie – paląc i pijąc zielony absynt, ale na pewno konsekwentnie i z przyjemnością. Ile musimy obecnie włożyć pracy i wydać pieniędzy, aby odkryć na nowo tradycyjnie skuteczne sposoby na odpoczynek, które nasi przodkowi stosowali instynktownie?

Z książki dowiesz się na przykład, jak nauczyć się na nowo pić dla relaksu herbatę – zdaniem Hodgkinsona starożytny napój poetów, filozofów i myślicieli. I dlaczego warto stawać ją przed wszechobecną kawą.

Czy warto wędkować i dlaczego najlepiej o zmierzchu.

Dlaczego rytualne palenie i próżnowanie doskonale się uzupełniają, nawet jeśli to pierwsze jest niezdrowe (la cigarette: faire vivre tout en touant – „papieros ożywia, zabijając”).

Niektóre rady w czasie epidemii są oczywiście nieaktualne lub mało atrakcyjne – jak pozostanie w domu co jest dla autora „nowym sposobem na wyjście„. Dom jednak nadal jest, albo powinien być, oazą wolności. I to nie powinno się zmienić, nawet kiedy praca coraz bardziej do niego wkracza.

Dlaczego od czasu do czasu warto zrobić zadymę – co przypomina, że potrzeba zebrania się i wspólnego protestu jest starsza niż obecne czasy i obecna władza.

Dlaczego warto włóczyć się dla przyjemności i relaksu, jak prawdziwy flâneur.

Dlaczego warto spotykać się z ludźmi i doskonalić się w sztuce konwersacji – proste w gruncie rzeczy sprawy, ale jak trudne wśród wszechobecnych urządzeń elektronicznych, walczących o naszą uwagę.

Dlaczego warto popatrzeć z przyjemnością na nocne niebo – do czego sam nawiązuję także we wpisie „Księżyc”.

Dlaczego warto spać i pozwolić snowi rozwiązywać nasze problemy. I nie dać sobie wmówić, że spanie jest niepotrzebne, a spanie krótkie – heroiczne i godne pochwały.

Nikt nie powinien decydować i oceniać za nas, dążymy w końcu dzięki tej lekturze do osobistej wolności.

Jak słusznie wskazuje Hodgkinson: „Mam teorię, że ludzkość dzieli się na dwa typy: próżnujących i antypróżnujących. Tych ostatnich nazywam „przeszkadzaczami”. Przeszkadzacze to ludzie, którzy po prostu nie mogą się powstrzymać od wtykania nosa w cudze sprawy. Nie mają wyobraźni, wierzą w ciężką pracę, wykorzystywanie innych oraz hipokryzję i świetnie nadają się na polityków, biurokratów czy grube ryby. Chcą, żeby coś się działo – wszystko jedno co”.

Kiedy natrafisz na tych właśnie ludzi, którzy będą mówić Ci jak masz żyć i że Twoje wrodzone lub domniemane „lenistwo” jest szkodliwe społecznie, czy w inny sposób wymagające zmiany w imię wyższych celów, bądź jak Clint Eastwood w filmie „Niesamowity jeździec” (Pale Rider) z 1985 roku i zapytaj o czyje cele tu tak naprawdę chodzi.

Gdy w filmie lokalna gruba ryba mówi, że grupa niezależnych poszukiwaczy złota, którzy odmawiają ustąpienia z terenów, na które ma apetyt ów bonzo, „stoi na drodze postępu”, Eastwood pyta krótko: „Pańskiego czy ich?”

Ocena książki: 8/10

Tom Hodgkinson – „Jak być leniwym” (How To Be Idle)