Dokładnie 32 lata temu, Ronald Reagan, 40 prezydent USA musiał podjąć trudną decyzję.
Plany wybudowania nowej ambasady USA w Moskwie, na 10-akrowej działce elegancko usytuowanej nad rzeką Moskwą sięgały 1969 roku, kiedy to USA i ówczesne ZSRR po trudnych negocjacjach zawarły dwustronną, wzajemną umowę w tej sprawie. A w zasadzie to sięgały one aż lat 30-tych XX wieku, kiedy to pierwszy ambasador USA w stolicy ZSRR poprosił o taką budowę Stalina, a ten zapewnił go, że – tak, że oczywiście, że niezwłocznie, towarzyszu.
Amerykanie otrzymali do dyspozycji lokalizację niedaleko swojej dotychczasowej ambasady. W której jedynym sposobem na otwartą rozmowę bez posłuchu było zamknięcie się w klaustrofobicznej budce w środku budynku. Inwigilacja była zresztą wówczas w rzeczywistości sowieckiej wszechobecna i stanowiła przykrą codzienność dla wszystkich stacjonujących tam dyplomatów.
W 1946 roku amerykański ambasador William A. Harriman otrzymał od swoich gospodarzy piękną drewnianą replikę Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych (Great Seal of the United States) i powiesił ją dumnie na ścianie w moskiewskiej rezydencji dyplomatycznej (Spaso House). Po latach okazało się, że zawierała ona niewielki mikrofon. Nikt też specjalnie nie pilnował wiernego stróża Sergieja, który miał mieszkanie w piwnicy tego budynku i używał go do regularnego podkładania w rezydencji świeżych pluskiew.
Kiedy zatem Rosjanie narzekali w 1960 roku na forum ONZ, że Amerykanie latają nad ich terytorium samolotami szpiegowskimi Lockheed U2, Amerykanie mogli z urażona dumą, choć nie bez wstydu odpowiedzieć: – A wy nam daliście pieczęć z podsłuchem i mówiliście, że to prezent.
Sowieci mieli otrzymać z kolei podobną działkę na Mount Alto w Waszyngtonie. Strony wyznaczyły sobie 120 dni na negocjacje szczegółów wykonania. Ale jak to w branży budowlanej, terminy są umowne. Negocjacje trwały 3 lata. Osią dyskusji było, kto te budynki postawi i kto będzie pilnował ich wykonania. Prezydent Richard Nixon i Sekretarz Stanu oraz szef dyplomacji Henry Kissinger po negocjacjach umowy z 1969 roku mieli już najwyraźniej dość tego tematu i inne problemy na głowie lub też, co bardziej prawdopodobne, nie podeszli do sprawy z należnym rozsądkiem i powierzyli budowę w całości wykonawcom rosyjskim. Tak miało być zresztą taniej. Dodatkowo, to przecież Rosjanie zbudowali dotąd wszystkie ambasady w Moskwie. Mają doświadczenie w CV. I dają, powiedzielibyśmy dzisiejszym językiem, „gwarancję należytego wykonania kontraktu”.
A kamień węgielny położono i tak dopiero w 1979 roku.
Rosjanie w pilnowaniu swoich interesów tak naiwni oczywiście nie byli. Regularnie zmieniali plany budowy i rozmieszczenie pomieszczeń, a 30 rosyjskich agentów bez przerwy pilnowało 100 amerykańskich robotników i każdego szczegółu wykonania. Amerykanie natomiast w kilka osób obserwowali pracę 800 miejscowych stachanowców, którym wcześniej dali na tacy dokładny rozkład pomieszczeń w swoim budynku. Rosjanie nie mieli oporów przed wstrzymaniem budowy, gdy tylko mieli pytania i wątpliwości. Dla Amerykanów harmonogram prac był święty.
Dopiero Reagan, były aktor, a później polityk, gubernator Kalifornii i prezydent USA, uznawany dziś za najwybitniejszą głowę państwa w historii Stanów Zjednoczonych (m.in. jako architekt ostatecznej klęski gospodarczej ZSRR), zaniepokoił się stanem wykonania tego kluczowego dla interesów Amerykanów budynku, który miał być ukończony do 1983 roku. Wysłana przez niego w 1982 roku ekipa śledcza ujawniła, że ściany nowego budynku są w zasadzie jak „jeden wielki plaster miodu wypełniony mikrofonami”.
Prace zawieszono w 1985 roku, budynek był w tym czasie wykonany w niecałych 65 procentach. Przylegający do ambasady kompleks rezydencyjny został ukończony w kolejnym roku, ale sama nowa ambasada stała nieoddana i nieużywana – dość, powiedzmy to jasno, drogi „biały słoń” zbudowany za pieniądze amerykańskiego podatnika.
Według planów miała to być najdroższa ambasada kiedykolwiek wybudowana przez USA – symbol chwały nowoczesnego imperium. I faktycznie była droga. Ale w rzeczywistości budynek okazał się całkowicie bezużyteczny i okazał się dla Amerykanów jedynie powodem do wstydu.
W 1990 roku legendarny komik Bob Hope wystąpił przed pracownikami starej ambasady, a motywem przewodnim jego skeczów był wszechobecny posłuch. – Nie mówię, że budynek jest zapluskwiony – żartował Hope – ale kiedy dziś rano spojrzałem w tutejszej łazience w lustro i powiedziałem do siebie z podziwem „Chłopie, ale ty jesteś przystojny”, głos zza lustra odpowiedział mi: „Ha, ha, to chyba najśmieszniejszy żart jaki dziś powiesz!”
Do tego czasu Amerykanie wydali na budowę 23 miliony ówczesnych dolarów (odpowiednik około 45 milionów w dzisiejszych cenach) i dwa razy tyle na rozpracowanie, w jaki sposób Rosjanie założyli w budowli tyle podsłuchów.
I w ten sposób 27 października 1998 roku Prezydent Reagan musiał podjąć trudną decyzję – co dalej. Podjął jedyną słuszną – budynek trzeba zburzyć i wybudować od nowa, jak należy (we have to rebuild). Trochę symbolicznie, choć tego oczywiście nie powiedział – jak i samo ZSRR.
Ponowne prace wykonawcze ruszyły dopiero w 1992 roku, kiedy ZSRR już faktycznie nie istniało. Operacja pod kryptonimem Top Hat kosztowała amerykańskiego podatnika 370 milionów dolarów i zakładała wyburzenie 8-piętrowego budynku i zbudowanie nowego, 6-piętrowego, z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa. Mając na uwadze wcześniejsze doświadczenia, materiały budowlane i wyposażenie przywożono z Finlandii, strzeżonymi przez amerykańską armię konwojami.
Budynek otwarto ostatecznie w 2000 r., po 31 latach negocjacji, planów, budowy i rekonstrukcji. Ówczesny ambasador USA nazwał go w przypływie szczerości „najtrudniejszą inwestycją kiedykolwiek prowadzoną przez Departament Stanu” oraz „ambitnym zadaniem trapionym przez lata przez nieoczekiwane trudności”.
Tylko politycy są zdolni do takich eufemizmów.