Kategorie
Historie Kartka z kalendarza Klasyka Natura

Polowanie na Lewiatana

Dziś mija 169 lat od publikacji książki, która w czasie swojej premiery wzbudziła bardzo niewielkie zainteresowanie i raczej krytyczne recenzje (mówiąc językiem dzisiejszego rynku rozrywki – była klasycznym flopem), ale obecnie stanowi kanon literatury światowej i jeden z bezdyskusyjnych amerykańskich klasyków (Great American Novel).

Powieść zaczyna się znanym wstępem „Imię moje: Izmael” (Call me Ishmael) i opowiada o obsesyjnym polowaniu grupy wielorybników, pod dowództwem opętanego pragnieniem zemsty kapitana Ahaba, na olbrzymiego białego kaszalota – o imieniu unieśmiertelnionym w jej tytule: „Moby Dick albo Wieloryb” (Moby Dick or the Whale).

Autor Herman Melville urodził się w 1819 roku w Nowym Jorku i spędził młodość trapioną finansowymi problemami, imając się różnych zajęć – był robotnikiem, sprzedawcą, urzędnikiem i nauczycielem. Ale jego życie i myślenie fabularne ukształtowały lata spędzone na morzu. W tym przede wszystkim podróże na statkach wielorybniczych na legendarnych „Morzach Południowych” (The South Seas).

Dla jasności – termin „Morza Południowe”, którym często posługiwano się w przeszłości (trochę na zasadzie: hic sunt leones), ukuł konkwistador Vasco Núñez de Balboa, zawędrowawszy na południe od Przesmyku Panamskiego i nazywając ocean przed nim Mar del Sur. W sensie przenośnym – była to wyidealizowana kraina przygód, pozostająca poza zasięgiem szarych ludzi. W sensie faktycznym – wody oceanów i mórz na południe od równika.

Marzenia o eksploracji tych terenów i ich legenda były zresztą wśród zwykłych zjadaczy chleba tak silne, że przyczyniły się do powstania jednej z pierwszych baniek spekulacyjnych (speculative bubble) w historii finansów. W 1711 roku założono w Londynie publiczną spółkę akcyjną pod nazwą Kompania Mórz Południowych (The South Sea Company), która miała posiadać i wykonywać królewski monopol na handel z Ameryką Południową. Jeśli chodzi o ten rzeczony „handel”, to monopol miał obejmować głównie, co z dzisiejszego punktu widzenia jest oczywiście naganne (ale taka jest historia), dostawy afrykańskich niewolników na wyspy „Mórz Południowych” i do Ameryki Południowej (tzw. Asiento de Negros). W czasie zawiązania spółki Wielka Brytania była co prawda zaangażowana w Wojnę o sukcesję hiszpańską (sytuacja była więc „rozwojowa”), ale to jednak Hiszpania i Portugalia zgodnie kontrolowały Południową Amerykę – według przyjętego między sobą podziału i pierwszeństwa. To ostatnie powinno było ostrzec inwestorów, że w tym przypadku zasada: „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta” może nie zadziałać i bardziej prawdziwa wydaje się ta: „nie dziel skóry na niedźwiedziu”. Ale tak jak w przypadku wcześniejszego Projektu Darien, czy późniejszej Afery Panamskiej (o których przeczytasz w moim wpisie „50 mil drogi do imperium”, jeśli jeszcze nie miałeś okazji), rozsądek zwiódł.

Kraj opanowała mania inwestycji – swoje pieniądze na finansowanie przedsięwzięcia, mającego jakoby przynieść „ogromne i gwarantowane zyski” wykładali wszyscy – od prostych chłopów, do zamożnych lordów. Zarządzający Kompanią, aby zwiększyć atrakcyjność akcji zaproponowali przy tym rozwiązanie, które wywoła jeszcze niejeden kryzys w przyszłości – pożyczki na ich zakup. Co pozwoliło na osiągnięcie niebezpiecznego lewarowania. Upadek był tym bardziej bolesny. Jak skomentował sprawę po fakcie jeden z naiwnych inwestorów – niejaki sir Isaac Newton – „Umiem przewidzieć ruchy gwiazd, ale nie umiem przewidzieć ludzkiego szaleństwa” (I can calculate the movement of the stars, but not the madness of men).

Wróćmy natomiast do naszego „ludzkiego” bohatera tej historii, który snuł marzenia o realnych przygodach na „Morzach Południowych”. Herman Melville pochodził ze znanej rodziny. Obaj jego dziadkowie byli bohaterami wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (American War of Independence), czym przyszły autor „Moby Dicka” często się chwalił – na poparcie tezy, że co prawda w życiu codziennym musi być z konieczności konformistą, ale w głębi duszy jest rewolucjonistą.

Wczesne dzieciństwo spędził w bogatym domu przy Broadway’u w Nowym Jorku. Jego ojciec Allan, spadkobierca małej fortuny, ale przy tym człowiek życiowo niezaradny i niestabilny emocjonalnie, żył wciąż ponad stan i nie potrafił utrzymać majątku. Jego długi w 1830 roku wynosiły już 20 tys. dolarów (odpowiednik pół miliona w obecnych cenach) i szybko rosły. Zmusiło to rodzinę do przeprowadzki do mniejszej miejscowości – Albany w stanie Nowy Jork. Ojciec Hermana, nie tracąc nadziei na finansowe odbicie, zajął się wówczas działalnością w jednej z najsilniejszych, ale i najbardziej konkurencyjnych branży ówczesnego amerykańskiego przemysłu – handlem futrami. Niestety, w grudniu 1830 roku, Allan Melville, wracając do domu z podróży morskiej, musiał nadkładać drogi z powodu lodu, skuwającego grubą warstwą wejście do portu. Podróżując na mrozie otwartym powozem konnym nabawił się zapalenia płuc, z którego już nie wyzdrowiał.

Śmierć ojca i upadek finansowy jego rodziny były dla Hermana traumatycznym przeżyciem. Musiał odtąd polegać głównie na sobie i szukać własnego źródła utrzymania. Pod wpływem dewocyjnej matki przeszedł na Kalwinizm, w którym osią wiary jest pesymistyczna predestynacja (praedestinare – jesteś zbawiony lub potępiony przez Boga już w momencie narodzin, nic na to nie poradzisz). Ale też nie ma się przez to wiele do stracenia. Wszechstronna edukacja, którą odbył do tej pory i lektury, które już zdążył przyswoić, ukierunkowały jego przyszłe pisarskie aspiracje. Oraz utrzymały jego zainteresowanie dalszą nauką, czytaniem książek i samorozwojem. Intelektualnie Melville był i pozostał zawsze bardzo mocny – był erudytą i miał doskonałą pamięć do historii.

W 1839 roku Melville zapisał się jako chłopiec okrętowy (popularny „majtek” – boy) do załogi statku kupieckiego St. Lawrence (święty Wawrzyniec), który kursował między Nowym Jorkiem a Liverpoolem. To było jego pierwsze doświadczenie morskie. Póżniej miał imać się jeszcze wielu innych prac, ale miał ochotę na więcej przygód na morzu.

W tym samym roku Melville przeczytał w popularnym magazynie Knickerbocker (potoczne określenie nowojorczyka, stąd też nazwa dzisiejszej drużyny koszykarskiej New York Knicks) historię, która w przyszłości, już w jego rękach, miała zmienić oblicze światowej literatury. Była to opowieść o polowaniu na wieloryba. Jej autorem był Jeremiah N. Reynolds – autor, wydawca i podróżnik – organizator między innymi nieudanej wyprawy w kierunku bieguna południowego w 1829 roku (z której w wyniku – powiedzmy dzisiejszym językiem – „błędów w zarządzaniu zasobami ludzkimi” musiał wracać pieszo) oraz propagator popularnej wówczas teorii, że Ziemia jest w środku pusta. W 1832 roku Reynolds był także członkiem załogi (udanego tym razem) pełnego przygód rejsu fregaty USS Potomac dokoła świata (po jego „niepustej” stronie, rzecz jasna).

Reynolds mógł sobie być błędnym rycerzem ówczesnej eksploracji świata, ale akurat ten wieloryb, o którym opowiadał w artykule, który tak zainteresował Melville’a (Mocha Dick: Or The White Whale of the Pacific: A Leaf from a Manuscript Journal), był prawdziwy. I była to nie byle jaka bestia.

Mocha Dick był waleniem – kaszalotem (Physeter macrocephalus, ang. sperm whale), przedstawicielem gatunku największego żyjącego obecnie na Ziemi drapieżnika. Ten konkretny okaz żył i żerował na Oceanie Spokojnym od początku XIX wieku, najczęściej widywano go okolicach Wyspy Mocha (Isla Mocha, Mocha Island) u wybrzeży Chile i stąd jego imię. Był ogromnym samcem (bykiem) – mierzył ponad 21 metrów i był, według relacji świadków, „biały jak wełna”. Był celem ataków wielu łodzi wielorybniczych, które przypływały na łowy na Ocean Spokojny wokół Przylądka Horn (Cabo de Hornos, Cape Horn). Przez wiele lat, począwszy od 1810 roku, pokonywał wszystkich łasych na niego adwersarzy, przechytrzał każdą obławę i skutecznie obchodził każdą pułapkę. W starciu z nim i jego furią to myśliwi szybko stawali się zdobyczą. Z każdym przegranym dla ludzi spotkaniem jego legenda rosła. Do tego stopnia, że po wpłynięciu na Ocean Spokojny marynarze różnych załóg zaczynali zwyczajową pogawędkę o pogodzie (small talk) od charakterystycznego pytania: „Co tam u Mocha Dicka?” (Any news from Mocha Dick?). Jego potężna biała głowa była pokryta bliznami, co nadawało mu, – pasujący z pewnością do jego nieustraszonego charakteru – wygląd morskiego zabijaki. Wodę wydmuchiwał przez swoje pojedyncze nozdrze nie krótkimi chrapliwymi kichnięciami, jak większość osobników jego gatunku, ale jednym potężnym wydechem o brzmieniu zaworu upustowego silnika parowego. A kiedy atakował, był jak Neptun – wyskakiwał w natarciu w całości z wody, jeśli było trzeba.

Oczywiście trudno dziś odróżnić w pełni fikcję od rzeczywistości, ale założenie, że samiec kaszalota tych rozmiarów i o tej reputacji był trudny do pokonania jest na pewno prawdziwe. Albinizm nie jest także cechą niespotykaną u waleni, ale tak jak u wszystkich zwierząt przekłada się na społeczną izolację (choć akurat starsze samce kaszalota z reguły prowadzą kawalerski żywot z wyboru), która powoduje zwiększoną agresję i zmusza do wiecznej walki o przetrwanie w nieprzyjaznym świecie. Mocha Dick został ostatecznie zabity (podobno podstępem) w 1838 roku, w sędziwym już wieku, jako weteran niezliczonych morskich bitew. Był jednak celebrytą tamtych czasów i podobnie jak (nie przymierzając) późniejszy Elvis Presley, był widziany jeszcze wielokrotnie przez wielu marynarzy. W legendzie na zawsze wolny i nigdy niepokonany. Vive Mocha Dick – pisał Reynolds.

Melville był zafascynowany. Trudno było o lepszą inspirację. Jak wyłożył potem ustami swojego bohatera Izmaela: „Aby stworzyć potężną książkę, musicie wybrać temat potężny. Nigdy nikt nie napisze wielkiego wiekopomnego dzieła o pchle, choć było wielu, co tego próbowali” (To produce a mighty book, you must choose a mighty theme. No great and enduring volume can ever be written on the flea, though many there be who have tried it).

Jeśli Melville, wielbiciel biblijnych historii, które potrafił cytować z pamięci, szukał swojej historii o walce z mitycznym Lewiatanem, to właśnie ją odnalazł. Księga Psalmów 104:24-26 – „Jak liczne są dzieła Twoje, Panie! Ty wszystko mądrze uczyniłeś: ziemia jest pełna Twych stworzeń. Oto morze wielkie, długie i szerokie, a w nim jest bez liku żyjątek i zwierząt wielkich i małych. Tamtędy wędrują okręty, i Lewiatan, którego stworzyłeś na to, aby w nim igrał„.

Historia Mocha Dicka i polowań na kaszaloty dała Melville’owi jeszcze jedną inspirację. Pierwowzór – będącego jednym z równoprawnych bohaterów jego powieści – statku wielorybniczego Pequod. W 1819 roku amerykański statek Essex, wypłynął na łowy (podobnie jak jego późniejszy fikcyjny odpowiednik) z bazy na wyspie Nantucket w stanie Massachusetts, nieco na południe od kamienia węgielnego współczesnych Stanów Zjednoczonych – półwyspu Cape Cod. 20 listopada 1820 roku, płynąc wzdłuż Ameryki Południowej statek został staranowany przez kaszalota i zatonął. Prawdopodobnie była to sprawka samego Mocha Dicka. Tragiczne losy rozbitków i ich walkę o życie i powrót do domu opisał później pierwszy oficer Owen Chase w niepotrzebującej specjalnego udramatyzowania książce z 1821 roku Narrative of the Most Extraordinary and Distressing Shipwreck of the Whale-Ship Essex (brak polskiego wydania). Melville oczywiście skrupulatnie i z wielkim zainteresowaniem ją przeczytał.

Z dzisiejszej perspektywy, gdy słyszymy, czy czytamy o polowaniu na „białego wieloryba” – jak w artykule Reynoldsa, czy w przywoływanym dziś opus magnum Melville’a – wizualizujemy sobie najpierw płetwala, czy innego co prawda wielkiego, ale łagodnego planktonożercę. W kręgach kulturowych, gdzie wielorybnictwo było ongiś ważną częścią przemysłu, pierwsze skojarzenie jest oczywiście zupełnie inne. Wieloryb (whale) to w zbiorowej wyobraźni właśnie wielki, drapieżny i niebezpieczny kaszalot (sperm whale). Wieloryb wśród wielorybów (Whale’s Whale).

Nasze wyobrażenie jest tu o tyle mylące, że wśród 89 żyjących dziś gatunków waleni aż 70 to właśnie mięsożerne zębowce (Odonoceti), a dopiero pozostałe to fiszbinowce (Mysticeti), cierpliwie filtrujące plankton i odpowiadające naszemu potocznemu wyobrażeniu „wielorybów”. My dla kaszalota, wzorem francuskim (cachalot), rezerwujemy natomiast nazwę słabiej kojarząca się z „wielorybem”. Nie jesteśmy w tym zresztą jedyni. Po niemiecku kaszalot to Pottfisch – mimo, że nie jest on przecież rybą, lecz ssakiem. Najwyraźniej ten konkretny „wieloryb” jest tak osobliwy, że trudno go trwale i jednolicie nazwać.

Ale jedno nie budzi wątpliwości – kaszalot jest pod każdy względem niesamowitym i fascynującym zwierzęciem. Jego rozmiar, groźny wygląd – zdominowany przez potężną głowę, jego zachowanie, odwaga i determinacja, z którą nurkuje na głębokość półtora kilometra w czarne głębie oceanu, jego potężny ogon, 50 ostrych zębów o rozmiarze niespotykanym u żadnego innego ssaka, ale też gracja i piękno jego niepokojącego wyglądu i aury – były i pozostają cudem świata zwierzęcego.

Można powiedzieć, że życiowe motto kaszalota to „ekstremalność”. Jest największym przedstawicielem wspomnianej już grupy zębowców (Odontoceti) – do której należą także miedzy innymi grindwal gługopłetwy (Globicephala melas, ang. pilot whale), orka (Orcinus orca, ang. killer whale) i kilka znanych odmian delfinów. Nawet orki są jednak przy kaszalocie liliputami. Przeciętny samiec kaszalota (byk) mierzy 18 metrów i waży 50 ton. Największe znane okazy miały natomiast długość ponad 20 metrów i ważyły 80 ton, a legendy (choć akurat tym rybackim wierzyć nie należy) donoszą o osobnikach jeszcze okazalszych. Dymorfizm płciowy jest przy tym u kaszalotów najdalej posunięty wśród wszystkich waleni. Samice (krowy) są o 1/3 mniejsze od samców. Ale nawet noworodki mierzą od razu 4 metry długości.

Łacińskie określenie Physeter macrocephalus dość dobrze charakteryzuje kaszalota. Physeter to po grecku „dmuchacz” (blower), co odnosi się do pojedynczego nozdrza, którym kaszalot oddycha i charakterystycznie wydmuchuje z płuc wodę i dwutlenek węgla po długotrwałym zanurzeniu. Macrocephalus jest nawet czytelniejsze – to po grecku „wielka głowa”. Nadal można spotkać w obiegu inne łacińskie określenie kaszalota – Physeter catodon, które także całkiem dobrze do niego pasuje. Catodon to z greckiego „dolny ząb” lub „ząb w dolnej szczęce”, co obrazuje charakterystyczne uzębienie kaszalota, u którego żuchwa jest podwieszona pod ogromną głową. Zobacz zresztą na zdjęcia.

Ale to właśnie ta ogromna głowa, stanowiąca aż 1/3 długości jego ciała, jest jego najbardziej charakterystyczną cechą. Przypomina młot, taran lub nawet kowadło (stąd angielskie określenie anvil-headed whale). Ale czy faktycznie jest to głowa? Wielki mózg kaszalota (największy wśród wszystkich zwierząt), jego wielkie oczy i większą część czaszki nie są tam, gdzie spodziewalibyśmy je znaleźć -patrząc na niego z boku. Tak na prawdę są cofnięte do tyłu, znacznie oddalone od charakterystycznego „przodu” tego ogromnego ssaka. Z kolei pojedyncze nozdrze jest umiejscowione właśnie na tym „przedzie” i połączone z płucami długim przewodem oddechowym. Ta głowa to zatem jakby dług „nos”. Strukturą, która nadaje tej (szeroko, nomen omen, pojętej) „głowie” kaszalota większość jej objętości, a jemu samemu kształt organicznej torpedy, jest zbiornik lub narząd spermacetowy (spermaceti organ) – wielka eliptyczna struktura otoczona przez błyszczącą, włóknistą membranę, mięśnie i tłuszcz oraz wypełniona oleistą substancją zwaną „spermacetem” lub „obrotem” (spermaceti oil). To właśnie od tej substancji (która po ostygnięciu przybiera wygląd reprodukcyjnej wydzieliny ssaków o podobnej nazwie) kaszalot wywodzi swoje popularne określenie w języku angielskim (sperm whale). Jest to również, o czym zaraz się przekonamy, zarówno jego przewaga ewolucyjna, jak i potencjalna zguba.

Zbiornik spermacetowy może zawierać nawet 3 tony lub 23 baryłki tej substancji (1 baryłka to 42 galony lub 159 litrów). Miała ona przez wieki nieocenione znaczenie przemysłowe i handlowe. Świece wykonane z olbrotu świeciły – w epoce przed wynalezieniem lamp naftowych (co nastąpiło dopiero w 1853 roku rękami Polaka – Ignacego Łukasiewicza ze Lwowa) oraz energii elektrycznej – pięknie i czysto, jak żadne inne. Produkowano z niego kremy, leki, atrament, a nawet kobiece szminki. I najlepszy dostępny smar maszynowy. A były to czasy Rewolucji przemysłowej.

Pod zbiornikiem spermacetowym znajduje się kolejna kluczowa struktura ciała kaszalota. Jest to tzw. „junk”, który odpowiada organowi znanemu i innych waleni, w szczególności delfinów, jako „melon” (cetacean). To właśnie od tego organu pochodzi łacińska nazwa tych pływających ssaków – Cetaceans (waleń – a z greckiego dosłownie: „wielka ryba”). U wszystkich waleni pełni ona generalnie funkcję „soczewki”, skupiającej i nakierowującej sygnał echolokacyjny, który służy im do podwodnej nawigacji i komunikacji. U kaszalota struktura ta także zawiera spermacet, ale w mniejszej ilości i o bardziej stałej konsystencji.

Nie wiemy do czego kaszalotowi potrzebny jest ten kilkutonowy zapas tak cennej dla ludzi substancji. Jedne teorie głoszą, że pomaga ona generować dźwięk do echolokacji, ale na odpowiednio większą niż u innych waleni skalę. Kaszalot wydaje w końcu najgłośniejsze dźwięki ze wszystkich zwierząt – serię niezwykle szybkich stukoczących dźwięków o wysokiej częstotliwości. Inne – że substancja ta pomaga kaszalotom wiązać azot, minimalizując niebezpieczne skutki choroby dekompresyjnej. Badania kości starych kaszalotów pokazują jednak, że również one, pomimo przystosowania do nurkowania przez miliony lat ewolucji, również cierpią na długotrwałe skutki choroby dekompresyjnej (bends), a nagłe niekontrolowane wynurzenie byłoby dla ich równie niebezpieczne co dla ludzkiego nurka.

Najbardziej intrygująca teoria zakłada, że głowa kaszalota jest dokładnie tym, na co wygląda – gigantycznym taranem. Zbiornik spermacetowy służyłby zatem do amortyzacji uderzeń. Początkowo podchodzono do takich dywagacji sceptycznie, ale naukowe symulacje pokazały, że usunięcie tej struktury faktycznie znacznie zwiększałoby ryzyko urazów czaszki w przypadku uderzenia przez kaszalota w innego osobnika, ofiarę, lub w przeszkodę. Oraz zmniejszało efektywność takiego uderzenia. Starzy żeglarze nie potrzebowali do takiego wniosku badań naukowych. Bez swojej wielkiej i amortyzującej uderzenia głowy Mocha Dick i jego pobratymcy nie powodowaliby przecież przez lata takich szkód w mieniu prywatnym, państwowym oraz żeglarskim morale. Kaszaloty, jako zwierzęta oceaniczne, są bardzo trudne do obserwacji, ale istnieją relacje na temat samców (byków) walczących w okresie godowym przez zderzanie głów, niczym ich niektóre lądowe odpowiedniki.

Myśląc natomiast praktycznie – prawdopodobnie każde z tych stwierdzeń jest prawdziwe. Przede wszystkim kaszalot prowadzi niebezpieczny żywot podwodnego drapieżnika. A takiemu i ochrona głowy i przyrząd do nurkowania zawsze się przyda. Przez długi czas nie zdawano sobie sprawy, jak głęboko kaszalot nurkuje i w jakim konkretnie celu. Jeśli czytałeś w młodości klasyczną książkę popularnonaukową Andrzeja Trepki – „Co kaszalot je na obiad?”, to znasz już odpowiedź na to pytanie.

Dorosły kaszalot najpierw przez kilka minut przebywa na powierzchni wody, gdzie nabiera powietrza. Im więcej wdechów, tym głębsze zanurzenie planuje, wie to każdy doświadczony wielorybnik. Jak również to, że wynurzy się w końcu niedaleko od miejsca, w którym zaczął. Taką ma technikę. Co ciekawe, żeby odkształcenie płuc pod wpływem zanurzenia jak najmniej wpływało na kształt innych organów, pojemność płuc waleni jest (w przeliczeniu na jednostkę masy ciała) dwukrotnie mniejsza niż u jakiegokolwiek ssaka lądowego. Kaszalot nie przejmuje się tym – tlen magazynuje głównie w mięśniach. Następnie znika pod wodą i natychmiast płynie pionowo w dół. Wielka głowa wypełniona płynem jest dla niego, na jego polecenie, jak balast – który gładko i bez wysiłku ściąga go coraz głębiej i głębiej. Wśród ssaków tylko Wal Cuviera (Ziphius cavirostris) potrafi nurkować na większe głębokości i na dłuższy czas. Kaszalot nurkuje na głębokość półtora kilometra i wytrzymuje pod wodą nawet 2 godziny. Spróbuj zanurkować na 10 metrów i wytrzymać 2 minuty.

Na docelowej głębokości ponad tysiąca metrów, w całkowitej ciemności i przy ciśnieniu, jakiego nie wytrzymują nowoczesne łodzie podwodne (juz przy 100 metrach pod wodą ciśnienie wynosi nieznośne 11 atmosfer i rośnie o jedną atmosferę na każde następne 10 metrów), kaszalot dzięki echolokacji namierza i toczy (jak przystało na zwierzę na wskroś ekstremalne) epickie walki z największym bezkręgowcem na Ziemi i jednym z najbardziej tajemniczych dużych zwierząt w ogóle – kałamarnicą olbrzymią (Architeuthis dux, ang. giant squid). Wyobraź sobie zwierzę przypominające legendarnego Krakena, ale istniejące realnie – z oczami wielkości piłek futbolowych, mackach o długości 30 metrów i wadze w okolicach 1 tony. Gdybyś umieścił ją w popularnym basenie, na który uczęszczasz, nie zostałoby już dla Ciebie wiele miejsca. Nikt nigdy nie widział żywej kałamarnicy olbrzymiej, jedyne co znamy to ich potężne martwe ciała wyrzucane na brzeg – głównie, choć nie wiemy dlaczego – Wyspy Południowej (the South Island) Nowej Zelandii.

Lewiatan i Kraken. Nierozłączni. Głowy wiekowych kaszalotów noszą wyraźne ślady podwodnych walk, zagojone rany kłute zadane mackami kałamarnic, zakończonych przyssawkami i ostrzami śmiercionośnymi jak harpuny oraz rany szarpane dziobami tych gigantycznych bezkręgowców. Ale kaszalot, rekordzista prawie we wszystkim, ma najgrubszą skórę ze wszystkich zwierząt. Możemy sobie wyobrazić tę walkę, kiedy kaszalot opada w dół i taranuje ogromną kałamarnicę, która broniąc się oplata mu się wokół głowy, wbija się w nią mackami i próbuje uniknąć wielkiej kłapiącej szczęki. Gdybym polował na takie przerażające zwierzęta, też chciałbym mieć taką głowę i takie zęby. Być może pamiętasz jakie wrażenie robiła kałamarnica olbrzymia atakująca łódź podwodną Nautilus w filmie „20.000 mil podmorskiej żeglugi” (Walt Disney’s 20,000 Leagues Under the Sea) z 1954 roku, na motywach nieśmiertelnej powieści Julesa Verne’a pod tym samym tytułem.

W żołądkach kaszalotów znajdujemy najczęściej właśnie niestrawione dzioby kałamarnic, trwałe pozostałości ich ezoterycznych ulubionych dań (rekordzista miał ich w żołądku kilkanaście tysięcy). Jak widać również rekordowy apetyt kaszalota jest trudny do zaspokojenia.

I tu dochodzimy do kolejnego bezcennego produktu ciała kaszalota. Ambra (Ambergris tincture) ma konsystencję wosku i jest wydzieliną ochronną układu trawiennego kaszalota, uwalnianą w przypadku pojawienia się tam trudnych do zabsorbowania elementów – takich jak niestrawione kości ryb (kaszaloty jedna nawet rekiny), wspomniane elementy kostne pożeranych w pośpiechu wielkich bezkręgowców, elementy nieorganiczne (poszycie zatopionych statków) itd. Jej bryły mogą mieć rozmiar piłki i ważyć do 20 kilogramów. Ma zapach zbliżony do końskiego potu lub wolego piżma, ale z wyraźnym tłem w postaci zapachu morza. W XIX wieku była wyceniana wyżej niż złoto. A jeszcze do niedawna pozostawała w powszechnym użyciu przy produkcji najbadziej renomowanych perfum.

Do tego dochodzą jeszcze kości jego długiej szczeki, z których wyrabiano damskie fiszbiny i elementy ściskających talie tamtej epoki gorsetów.

Nie bez przyczyny kaszalot był „złotym runem” przemysłu wielorybniczego (whaling). A był to przemysł, w swoich czasach mocny jak żaden inny, szczególnie w Ameryce. Jest on zresztą stary jak cywilizacja ludzka i datuje się wstecz daleko przed naszą erę – do czasów, kiedy możliwości techniczne pokonania wielotonowego zwierzęcia morskiego zaczęły nadążać za ludzką ambicją.

Począwszy od XVI wieku statki wielorybnicze państw europejskich zabijały już tysiące waleni rocznie. Ameryka dołączyła niewiele później, od razu czyniąc z tego przemysłu, podobnie jak z handlu futrami, swoje oczko w głowie. Już Ojcowie Pielgrzymi (Pilgrim Fathers) ze statku Mayflower interesowali się obserwowanymi u wybrzeży Nowego Świata waleniami, choć jedyne co ze sobą zabrali to wędki. Pojedynczy wieloryb był dla ówczesnego Europejczyka i Amerykanina tym, czym bizon dla Indianina i mamut dla jaskiniowca. Nie było nawet jednej części jego ciała, która nie byłaby gospodarczo lub konsumpcyjnie przydatna. Do dziś stosowane wobec wybranych gatunków waleni określenie the right whale oznaczało początkowo „tego, którego należy upolować”. Chodzi tu o Walenia południowego (Eubalaena australis), Walenia biskajskiego (Eubalaena glacialis) i Walenia japońskiego (Eubalaena japonica). W czasach Melville’a były to już łowy na skalę przemysłową. Historię polowań na wieloryby wraz z bogatą dokumentacją zdjęciową znajdziesz między innymi w doskonałej książce Erica Jay Dolin’aLeviathan: The History of Whaling in America (brak polskiego wydania).

Wśród wszystkich „właściwych” waleni Moby Dick musiał być natomiast właśnie kaszalotem. Nawet nie dlatego, że kaszalot jest jedynym znanym waleniem, który regularnie i z premedytacją zatapiał atakujące go statki (choć przyznasz, że jest to ważny element dramatycznej fabuły), ale dlatego że jest jedynym, którego rzeczywista i udokumentowana biografia, tajemnicza i groźna natura oraz bogata historia spotkań z człowiekiem mogła stanowić podstawę do dobrej historii i przyciągnąć uwagę czytelników. Kto chciałby czytać o polowaniu na jakiegoś łagodnego humbaka?

Na razie, w 1839 roku była to jeszcze tylko ambitna myśl. Ale była już w drodze do materializacji.

W 1846 roku Meville opublikował w Londynie, a chwilę później w Nowym Jorku, swoją pierwszą książkę przygodową – Typee: A Peep at Polynesian Life, zainspirowaną własnymi doświadczeniami z podróży do Wysp Polinezji. Tōviʻi (dzisiejsza nazwa Typee) to płaskowyż w zachodniej części wyspy Nuku Hiva w archipelagu Markizów (Îles Marquises) w Polinezji Francuskiej. Fabuła jest podkoloryzowaną wersją miesięcznego pobytu autora na wyspie, ale nawet jeśli nie odpowiadała prawdziwym wydarzeniom to była „na tyle dobrze zmyślona”, że odtąd Melville’s kojarzono jako człowieka prawdziwej przygody, który żył wśród kanibali (man who lived among the cannibals). Książka pozostawała najbardziej znaną i popularną z repertuaru autora za jego życia. Uczyniła go zachęcająco znanym w Brytyjskim Imperium i zmotywowała do dalszego pisania.

W 1847 roku Melville opublikował sequel: Omoo: A Narrative of Adventures in the South Seas. Fabuła, jak twierdził Melville, została stworzona jako proste odzwierciedlenie zapamiętanych wydarzeń (from simple recollection) z lat 40-tych XIX wieku spędzonych na Pacyfiku i utrwalonych gawędami snutymi dla rodziny i przyjaciół, którzy zachęcali go do ich spisania. Późniejsze badania ujawniły natomiast, że (co nie wydaje się dziwne, mając na uwadze ewolucję pomysłu na Moby Dicka) proces pisarski Melville’a był dużo bardziej złożony – nie bazował tylko na własnej pamięci i doświadczeniach, ale czerpał z bogatego wyboru źródeł. Melville najpierw tworzył szkielet fabuły posługując się własnymi doświadczeniami, a następnie zmieniał daty, dodawał fikcyjne zdarzenia, ubarwiał i zapożyczał historie usłyszane lub przeczytane gdzie indziej. To nie był w końcu reportaż. To była powieść. A marzył mu się przecież nawet moralitet.

„Moby Dick albo Wieloryb” był szóstą książką Melville’a. To nie miała być zwykła opowieść o łowach na wieloryba, choć to rzemiosło autor znał już z pierwszej ręki. W 1841 roku Melville wyruszył w pełną pracy i przygód podróż na statku wielorybniczym Acushnet. Potem do 1844 roku pływał także jako marynarz dla amerykańskiej armii na fregacie USS United States.

O wielorybnictwie Melville wiedział i przeczytał wszystko. A literacko inspirował się tym, co wywarło na nim dotąd największe wrażenie – poza własnymi wspomnieniami i zasłyszanymi opowieściami – także dziełami Szekspira i nieodłączną Biblią. To nie jest w sensie dosłownym książka o polowaniu na walenia i próbie zemsty zranionego (fizycznie i psychicznie) kapitana, to jest książka o społeczeństwie tamtych czasów – przesycona transcendentalnymi i filozoficznymi rozważaniami.

Pisanie najważniejszej książki swojego życia (ale niestety po życiu – jak się zaraz okaże) Herman Melville rozpoczął w 1850 roku i zakończył ją po półtora roku wytężonej pracy. Miał wielkie nadzieje na sukces.

Patrząc na książkę z dzisiejszej perspektywy – to nie jest łatwa lektura. Nie jest to książka przygodowa, po którą sięgnąłbyś równie chętnie co po pozycje Julesa Verne’a czy Roberta Loiusa Stevensona. Ale to inny kaliber literatury. Tak czy inaczej nieco dziwi, że nie zdobyła w swoich czasach należytej popularności. Recenzje, szczególnie amerykańskie, były od początku negatywne. A sprzedaż książki – marna.

I tak Herman Melville do końca życia pozostał niespełnionym pisarzem, pamiętanym (krótko) głównie z dwóch pierwszych książek. W 1865 roku rozczarowany wrócił do Nowego Jorku i przyjął posadę urzędnika celnego. Nie zdołał utrzymać się z samego pisania. Zmarł w 1891 roku. Jego książki przestano drukować już w 1876.

Za jego życia sprzedało się tylko 3.200 egzemplarzy Moby Dicka.

Renesans Hermana Melville’a (Melville Revival) nastąpił dopiero w XX wieku i zbiegł się z setną rocznicą jego urodzin. Dopiero wówczas został odpowiednio rozpropagowany i zyskał trwałe miejsce w panteonie Amerykańskiego Renesansu (American Renaissance). Czasy, które przeminęły, budziły już tylko nostalgię. Jak w przypadku wielu klasyków (może z wyjątkiem Marka Twaina) można mieć natomiast podejrzenie (czy obawę), że Melville napisał książkę, o której wszyscy słyszeli, a prawie nikt jej nie czytał. Dlatego warto wyrobić sobie własne zdanie.

Kaszaloty, dziś gatunek zagrożony, ale ściśle chroniony, nie wyginęły. Ich populacja stale rośnie. Nie wytępiliśmy ich tak, jak większości dużych ssaków lądowych. Przetrwały. Ale ile ich rzeczywiście jest, trudno powiedzieć.

Właśnie – „trudno powiedzieć”. Nawet dziś, w XXI wieku, wieku nauki i ludzkiej dominacji, wiemy zaskakująco mało o oceanach i zamieszkujących je zwierzętach. Według szacunków nadal pozostaje nam do odkrycia aż 30 mln morskich gatunków. Ale nawet bardziej zaskakujące jest to, jak mało wiemy o waleniach – bądź co bądź ssakach – tak, jak my. I to takich, które muszą przecież, od czasu do czasu, pojawić się na powierzchni, aby zaczerpnąć tego samego powietrza.

Istnieje oczywiście wieloryb jeszcze większy niż kaszalot. Płetwal błękitny (Balaenoptera musculus) jest największym zwierzęciem, jakie kiedykolwiek żyło na Ziemi. Gdyby nie jego spokojna natura, to on – z uwagi na swój rozmiar – powinien nosić miano Lewiatana. Jest tak wielki, że – cytując za Billem Brysonem i znakomitą „Krótką historią prawie wszystkiego” (A Short History of Nearly Everything) – jego język waży tyle co afrykański słoń, jego serce jest rozmiaru dużego samochodu, a niektóre z jego tętnic są na tyle szerokie, że mógłbyś w nich pływać. A mimo to jego życie, jak i życie i zwyczaje większości waleni, pozostają dla nas całkowitą tajemnicą. Przez większość czasu nie mamy nawet pojęcia, gdzie wybrane walenie akurat się znajdują. Nie wiemy gdzie się rozmnażają i jak tam docierają. Są z nami od tysięcy lat, były dla nas źródłem jedzenia, produkowały substancje napędzające nasz rozwój gospodarczy. A nie znamy ich prawie wcale.

Potrafimy usłyszeć ich odgłosy, nawoływania i śpiewy, ale nie potrafimy ustalić co znaczą. Niektóre osobniki rozpoczynają nową pieśń, której (jak sądzimy) żaden inny wieloryb, do którego są adresowane, wcześniej nie słyszał. A jednak każdy podchwytuje ją od razu i niezawodnie. Mówią do siebie tym samym językiem.

Nieznanym nam – tak jak i one same.