Kategorie
Poradniki Punkt widzenia Styl życia

Minimalizm

Wszystko ma dwie strony.

Z jednej, zeszły rok przyniósł obywatelom (przynajmniej niektórym) rekordowe oszczędności, rekordowe inwestycje, rekordowe stopy zwrotu.

Z drugiej, uświadomił, że konsumpcja prowadzi do nikąd. Że można obyć się bez przechadzki do sklepu i cotygodniowej pielgrzymki do centrum handlowego. Że można się obyć bez samochodu. Że praca nie jest i nie powinna być najważniejsza. I w końcu – że w obliczu epidemii „być” jest ważniejsze niż „mieć”.

Z jednej strony mówimy tu o sytuacji wyjątkowej, jak to się ładnie mówi – egzystencjalnej, która katalizuje taki sposób myślenia. Mamy przymusową izolację, lockdown, cięcie kosztów, pracę zdalną. Zmieniły się nasze zwyczaje i punkt widzenia. Jak wszystko, to także minie. Ale czy wrócimy do tego co było?

Może. Dostrzegam tu jednak zmianę głębszą. Coś, o czym pisałem we wpisach „Jak być wolnym” i „Jak być leniwym”. Coś, co pojawiło się nieśmiało parę lat temu wraz z książką „Magia sprzątania” (The Life-Changing Magic of Tidying) Marie Kondo (nazwałbym ją „sztuką wyrzucania prawie wszystkiego”), wtedy budziło zdziwienie, a dziś stało się szerszą filozofią życia. Zajrzyj zresztą do książki Joshua Beckera „Im mniej tym więcej” (The More of Less) oraz drugiej „Dom minimalisty” (The Minimalist Home).

Wygląda to tak, jakby coraz więcej osób uświadamiało sobie, że sprzątanie, pozbywanie się, ograniczanie kosztów z jednej i oszczędzanie i inwestowanie z drugiej strony jest drogą do szczęścia, ale co ważniejsze – osobistej wolności. Pieniądze nie powinny być przecież celem samym w sobie, ale środkiem do celu. A celem jest wolność i możliwość realizowania własnych pasji. Do bogactwa dochodzi się zaś od dwóch stron – większych przychodów i/lub niższych kosztów.

Minimalizm to nie asceza – prawidłowo rozumiany, nie polega tylko na odbieraniu sobie, ale raczej na świadomym i intencjonalnym promowaniu tego co wartościowe, kosztem rozpraszaczy i pożeraczy kosztów (nie książek). Minimalizacja liczby posiadanych rzeczy w celu osiągnięcia optimum i skupienie się na tym, co jest potrzebne i co zupełnie nam wystarczy. Uwolnienie miejsca na rzeczy ważne.

Myśląc z kolei mniej idealistycznie – być może jest też tak, że chwilowo ograniczenie relacji społecznych sprawiło, że przestaliśmy się ścigać ze sobą. Warren Buffett ma rację mówiąc, że świat napędza nie chciwość, ale zazdrość – o status innych (It’s not greed that drives the world, but envy). Ludzie, jak mówi znany cytat, „kupują rzeczy, których nie potrzebują, za pieniądze, których nie mają, by zaimponować ludziom, których nie lubią„. Teraz nie ma za bardzo komu imponować.

Tak czy inaczej, dla ludzi mojego pokolenia minimalizm oznacza powrót myślami do czasów niedoborów, gdy nie mieliśmy dużo, a jednak – jak się okazuje – to wystarczało. Wydawało nam się jednak wtedy, że nie wystarcza i goniliśmy większą część życia za tym, aby mieć więcej. Ale wciąż jakoś wracamy myślami do przeszłości, kiedy nasze relacje liczyły się bardziej niż rzeczy.

Tak nam się przynajmniej na ten moment wydaje. I z tego co widzę – nie tylko nam.