Nick Mason, perkusista legendarnego zespołu Pink Floyd, skończył wczoraj 80 lat. Płyty jego zespołu sprzedały się przez lata w liczbie ponad 250 mln egzemplarzy, a ich wpływ na kulturę popularną pozostaje bezcenny. A jeśliby dodać do tego kariery solowe Rogera Watersa, Davida Gilmoura, czy w mniejszym stopniu samego Masona, wyszłoby jeszcze lepiej.
Sam album The Dark Side of the Moon (o którym wspominałem kiedyś we wpisie Księżyc), który w zeszłym roku obchodził 50-lecie, sprzedał się jak dotąd w ponad 50 mln zł egzemplarzy. A za zarobione na nim pieniądze Nick Mason kupił sobie Ferrari.
W latach 1962-1964 sportowe Ferrari model 250 GTO sprzedawane było w cenie 6 tys. funtów (jakieś 150 tys. funtów obecnie). Mason wysupłał w 1977 r. 37 tys. funtów (wówczas znaczną kwotę), aby kupić jeden z nieco ponad 30 wyprodukowanych egzemplarzy. Jak dziś przyznaje, wszyscy znajomi pukali się wówczas w głowę, że można wydać tyle pieniędzy na niepraktyczny samochód, a i on sam czuł się z tą rozrzutnością nie najlepiej.
Przez kolejne lata Mason zyskał światową sławę jako kolekcjoner samochodów – przez jego ręce przewinęło się ponad 300 bardziej czy mniej egzotycznych klasyków. Jak twierdzi – żałuje, że sprzedał wiele z nich, a najbardziej żal mu Austina Seven z 1930 r., którego dostał od rodziców jako pierwsze w życiu auto. Poszukiwał go potem bezskutecznie na rynku – co przypomina, że wszystko da się kupić, poza wspomnieniami z młodości.
Dziś Mason ma w swojej kolekcji takie okazy jak Bugatti Type 35B, Maserati Tipo 61, Maserati 250F, Ferrari 312, Ferrari F40, Porsche 962, McLaren F1, czy Ferrari LaFerrari. Niektórzy pewnie pamietają, że 20 lat temu jego nowe Ferrari Enzo wystąpiło w jednym z odcinków Top Gear.
Jego kolekcja jest obecnie warta grubo ponad 100 mln dolarów, ale najbardziej wartościowym autem (w sensie już finansowym, nie nostalgicznym) pozostaje kupiony jak szaleństwo młodości Ferrari 250 GTO, którego Mason nigdy nie sprzedał pomimo wielu ofert (w 2010 r. odrzucił cenę 30 mln dolarów). W 2023 r. podobny egzemplarz sprzedał się na aukcji za 52 mln dolarów, co czyni ten model najdroższym samochodem w historii.
Sam Mason przyznaje, że nie kupił auta jako inwestycji i nawet nie spodziewał się, że ten samochód będzie kiedyś warty aż tyle. Planował jeździć nim na co dzień – raz odwiózł nim nawet dzieci do szkoły, bo żaden inny samochód nie odpalił. Tak czy inaczej była to inwestycja udana.
Pomijając całą pasję Nicka Masona do motoryzacji i aut wyścigowych przypomniało mi to trochę o strategii kolekcjonerów sztuki, o której wyczytałem chyba u Morgana Housela, a która działa także na innych polach. Nikt (Nick?) nie zna przyszłości i nikt tak naprawdę nie wie nic pewnego – kupują oni obrazy tak jak fundusz indeksowy kupuje akcje. A potem cierpliwie czekają, aż kilka zaledwie wyjątkowych okazów okaże się z czasem lukratywnymi zwycięzcami.