Kategorie
Historie Psychologia Sportowcy Styl życia

Anatomia odpuszczania

We wpisie Talent pisałem o tym, jak ważna jest wytrwałość w dążeniu do celu – przynajmniej w porównaniu do samego tylko danego nam potencjału.

Ale faktycznie czy zawsze warto podążać wybraną drogą za wszelką cenę?

„Nigdy się nie poddawaj, dasz radę” – mówią. „Nieważne, ile razy się przewrócisz, ważne ile razy wstaniesz” – motywują i pocieszają. „Nieustannie podążaj za marzeniami” – radzą, pozostając sami w strefie komfortu. „Jeśli do czegoś się przyłożysz, na pewno to dostaniesz” – obiecują, choć to wciąż nie nadchodzi.

Nikt nie mówi nam natomiast o tym, że uporczywe trzymanie się obranej, ale błędnej drogi może okazać się w dłuższej perspektywie zabójcze. Może zaprowadzić cię w ślepy zaułek, doprowadzić do finansowego, zdrowotnego i duchowego upadku i wielu życiowych problemów. Odgradza cię od interesujących alternatyw. Mamy tylko jedno życie, a najbardziej ulotnym aktywem nam danym jest czas. Jeśli źle wybierzesz – na przykład karierę – i będziesz uporczywie się jej trzymał, to nikt już nigdy nie zwróci ci straconych lat.

Nie każdy może (ale pewnie każdy chciałby) być jak Thomas Edison, który uporczywie eksperymentował i w końcu po tysiącach prób opracował działającą żarówkę. „Nie odniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10.000 błędnych rozwiązań– mówił. Stawiany jest dzięki temu za wzór wytrwałości i optymizmu.

To czego nam nie mówią, to że Edison nie był działającym w pojedynkę, upartym i romantycznym geniuszem (taki wypaliłby się zapewne dużo wcześniej), ale bezwzględnym i bogatym przemysłowcem, któremu pomagał we wszystkim sztab ludzi i który nie miał żadnych skrupułów przed naruszaniem cudzych patentów i podkradaniem ich wynalazków. A jeśli trzeba było – atakowaniem i niszczeniem konkurentów. Możesz nie mieć takich środków jak on i możesz nie chcieć wykorzystywać takich jak on sposobów.

Mówi się nam przykładowo, że Edison był tak wytrwały, że praktycznie nie sypiał i pracował bez przerwy (mamy tu brać z niego przykład), ale istnieje wiele relacji gości, którzy niespodziewanie przyjeżdzali do niego w ciągu dnia i zastawali wynalazcę spokojnie drzemiącego, podczas gdy jego pracownicy normalnie pracowali. Na pewno był mistrzem autokreacji. Nie dajmy się nabrać na wszystkie związane z nim legendy.

Z kolei Nikola Tesla, którego biografie ostatnio przeżywały renesans i na którego cześć nazwano pionierską markę elektrycznych samochodów, był niewątpliwie zdolniejszy od Edisona i miał lepsze pomysły, ale on upierał się z kolei (i był w tym niezwykle wytrwały) na prawdziwe działanie w pojedynkę i niezależność – i w konsekwencji umarł zmarginalizowany i bez grosza przy duszy.

Krótko mówiąc – wiele z tego co słyszymy i traktujemy jako dobre przykłady dla naszego działania i jako paliwo dla naszej cnoty wytrwałości (co nazywa się w psychologii „heurystyką dostępności” – availability heuristic, lub „społecznym dowodem słuszności” – social proof) to niekoniecznie przykłady trafne.

Pisałem już o książce Angeli Duckworth “Upór. Potęga pasji i wytrwałości” (Grit. The Power of Passion and Perseverance), która niesie nam pozytywne przesłanie poparte wieloma interesującymi przykładami. Warto się z nią zapoznać. Ale dla równowagi warto również przeczytać książkę Peg Streep i Alana B. Bernsteina „Daruj sobie. Przewodnik dla tych, którzy nie potrafią przestać” (Mastering the Art of Quitting. Why It Matters in Life, Love, and Work).

Autorzy wskazują, że nauczenie się, jak przestawać, stanowi ważną, świadomą przeciwwagę dla wbudowanych i często nieuświadomionych nawyków umysłu sprawiających, że trzymamy się drogi, którą lepiej byłoby porzucić. Warto poznać psychologiczne mechanizmy, dla których tak trudno nam odpuścić, mimo że powinniśmy.

Przestawanie nie musi być porażką – może być w istocie pierwszym i koniecznym krokiem do zresetowania i przedefiniowania naszych celów i tego, czego chcemy od życia.

To ciekawe podejście – takie powiedzmy „nieamerykańskie”. Jak to przestać? Odpuścić? Porzucić cel? Ponieść porażkę? Zostać „nieudacznikiem”, „loserem„, „quitterem’, „przegrywem”? To „brzydkie słowa”. To nie sprzedaje się dobrze w mediach społecznościowych. Jeśli już akceptujemy jakieś odpuszczanie, to co najwyżej złych nawyków. Ale pamiętajmy, że również większość tego, co śledzimy w mediach, to tylko dobrze podkoloryzowane i przypudrowane mity i pozory.

We wpisie Szczęściarze wspominałem, że najlepiej czują się ci, którzy w życiu spróbowali wielu rzeczy, posmakowali zwycięstw i porażek, a jeśli coś nie wychodziło, to szybko cięli straty (fail fast, fail cheap) i szli dalej. Czas nam dany jest, jak już się rzekło, krótki. Jak powiedział Winston Churchill – „sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu”. To czego nie powiedział, to że istotne jest, aby nie były to porażki śmiertelne oraz aby pozostało jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby iść dalej i zacząć coś nowego. Z tego punktu widzenia wspomniane szybkie porażki mogą być akurat przydatne.

Ale nie zawsze udaje nam się upaść wystarczająco szybko, czasem zajmuje nam to wiele lat.

Wracając do tez z powołanej wyżej książki – są one następujące:

  1. ludzie, którzy ostatecznie osiągają swoje cele, nie poprzestają na wyciąganiu nauki z porażek – muszą porzucić niezrealizowane cele w pełni i do końca;
  2. zaprzestanie czegoś uwalnia umysł i ducha, i to właśnie akt zaprzestania umożliwia rozwój oraz naukę, ułatwiając sformułowanie nowych celów;
  3. najbardziej zadowoleni ludzie potrafią zarówno wytrwale dążyć, jak i rezygnować;
  4. rezygnacja jest zdrową, adaptacyjną reakcją, kiedy nie da się osiągnąć celu lub kiedy nasza ścieżka życiowa okazuje się ślepą uliczką albo życie zaskakuje nas w inny nieprzyjemny sposób;
  5. do odniesienia sukcesu potrzebne jest zachowanie równowagi między zdolnością do trwania w dążeniu a zdolnością do przestawania.

Żeby była jasność – to o czym dziś rozmawiamy to przemyślane zaprzestanie angażowania się w realizacji celu, który okazał się nietrafny (goal disengagement). Chodzi tu świadome działanie, a nie nagły odruch w stylu „mam to gdzieś, wychodzę”, czy zbyt łatwe poddawanie się wynikające po prostu z braku wytrwałości i dyscypliny.

Interesujący przykład człowieka, który przegrał w tym, do czego przez lata aspirował, aby zdążyć następnie podnieść się i wybrać (oraz wygrać) w końcu coś innego, przynosi serial Netflix„Przegrani” (Losers).

Michael Bentt, któremu poświęcony jest pierwszy odcinek, urodzony w 1965 r., był przez całą młodość bokserem. Miał niewątpliwie talent – jest do dziś jednym z najbardziej utytułowanych bokserów amatorów w historii tego sportu – był między innymi 5-krotnym mistrzem kraju. Jego amatorski bilans to 178-10. Zdarzało mu się oczywiście przegrywać ważne walki – dwa razy stracił miejsce na Olimpiadzie na rzecz Raya Mercera, ale jego bilans i rekordy mówią same za siebie.

To czego dowiadujemy się natomiast z poświęconemu mu odcinka dokumentalnego serialu, to że Bentt w zasadzie nigdy nie chciał być bokserem. Było z nim trochę jak z Jamesem „Busterem” Douglasem – zaskakującym i „przypadkowym” pogromcą Mike Tysona, o którym wspominałem we wpisie Ostatnia taka walka. Podążał przez pół życia za ambicjami swojego ojca, bardziej niż za swoimi. Sam Bentt junior, gdyby go o to spytać, chciał grać w baseball, ale – jak szczerze wspomina – jego ojciec potrafił brutalnie i bezwzględnie wymuszać na nim preferowany przez siebie kierunek działań. Bentt senior miał ambicje wobec syna. Więc syn został bokserem.

Bentt junior, po dziesiątkach sukcesów jako amator, w końcu przeszedł na zawodowstwo w 1989 roku – jako kolejna wielka nadzieja boksu (ile ich było?). W swojej pierwszej zawodowej walce zderzył się boleśnie z rzeczywistością zawodowego boksu – został upokorzony już w pierwszej rundzie przez Jerry’ego Jonesa, którego – jak sam później przyznał – zlekceważył (nie przygotował się prawidłowo na to, że przeciwnik był leworęczny). Po walce ojciec nie chciał go znać, wypowiadał się o nim (delikatnie mówiąc) lekceważąco, a w rodzinnym Queens śmiano się z niego i wytykano palcami. Bentt okazał się loserem. Miał myśli samobójcze, załamał się, stracił wiarę w siebie. Ale był wytrwały – kontynuował karierę.

To, co przytrafiło się Benttowi przydarza się nierzadko i nam – to „prawie wygrana” (near miss). Jest to psychologiczny fenomen, który choć bolesny zwykle działa na nas bardzo motywująco. Ale może być także niebezpieczny, ponieważ na podobnym mechanizmie opierają się niektóre uzależnienia – np. od hazardu. „Prawie mi się udało, odegram się” – mówimy sobie. A to może być myślenie życzeniowe, szczególnie w przypadkach, nad którymi nie mamy wystarczającej kontroli. Ale czasem, gdy już mamy kontrolę i odpowiednio przygotujemy się do następnego podejścia, taka motywacja może być pozytywna – w obliczu trudności pojawia się w nas tak zwana „eskalacja zaangażowania” (escalation of commitment).

Innym ważnym motywem społecznym, widocznym także w historii Bentta, jest potrzeba „autowaloryzacji”. Chcemy widzieć siebie w pozytywnym świetle, a brak osiągnięcia zamierzonego celu powoduje dysonans, który próbujemy zmniejszyć, podtrzymując swoje pierwotne decyzje, mając nadzieję, że w końcu przyniosą nam korzyści. Walczymy więc dalej.

Na początku lat 90-tych Bentt był etatowym sparingpartnerem dla mistrza świata Evandera Holyfielda i – jak twierdzili obserwatorzy – gdy miał dobry dzień był równorzędnym partnerem dla Real Deala. Powoli nabrał dzięki temu znów pewności siebie, powrócił do walk o stawkę i wkrótce wygrał 10 kolejnych zawodowych walk z rzędu.

I wtedy w 1993 roku dostał swoją szansę walki o mistrzowski pas federacji WBO z ówczesną „ostatnią nadzieją białych” (a ile ich było?) – Tommym Morrisonem. To była walka o najwyższą stawkę – szansa na przeniesienie kariery na zupełnie inne poziom. I odegranie się.

Bentt zaczął źle, Morrison trafił go mocno już w pierwszej minucie i rzucił na liny. Następnie przyparł go do nich – wyglądało to jak nadchodzącą egzekucja. Ale tym razem Bentt myślał trzeźwo – przygotował się, nie zlekceważył nikogo, ale pamiętał z obserwacji walk swojego przeciwnika, że gdy Morrison czuje szansę wygranej to wyraźnie usztywnia się, koncentruje na zadawaniu ciosów i przestaje równo oddychać – co sprawia, że ewentualna kontra może być dla niego fizycznie dotkliwa. Drugie o czym pomyślał to, że nie ma mowy aby znów wrócił na Queens jako loser. Skontrował i w niewiarygodnym zwrocie wydarzeń chwilę potem to on triumfował. W 97 sekundzie walki.

I miał swoje zwycięstwo, do którego dążył przez tyle lat treningów. Nagrodę za wytrwałość. To o czym nikt nie wiedział, to że przed każdą walką Bentt marzył tylko, aby jakaś katastrofa odcięła prąd na hali i mecz został odwołany. Nie miał psychiki zwycięzcy, jaką miał Ali, Tyson, czy Holyfield. Podobnie jak Buster Douglas był bokserem, który miał co prawda możliwości, siłę, technikę, sprawność i inteligencję, ale nie miał kluczowego składnika do bycia naprawdę wielkim zawodowym bokserem – serca do boksu.

Powinien był odpuścić i zająć się czymś innym, ale nie potrafił, za dużo już poświęcił. Rzucenie boksu zawodowego oznaczałoby coś, o czym pisałem we wpisie Utopione koszty. Mało kto jest na to gotowy. A jeśli nie umiemy zdecydować sami, wkrótce los może boleśnie zdecydować za nas.

W 1994 roku Bentt bronił tytułu w starciu w Herbie Hide’m. Tym razem nie była to szybka, jednorundowa walka. Boks zawodowy rządzi się zupełnie innymi prawami niż boks amatorski i była to kolejna, ale już ostatnia lekcja, jaką miał w tym sporcie przyjąć Michael Bentt. Jak sam przyznaje – niewiele pamięta z samej walki. Został zmieciony z ringu, znokautowany i zapadł w śpiączkę.

A kiedy się obudził, diagnoza chirurga była jednoznaczna – jeśli będziesz kontynuować karierę i otrzymasz jeszcze raz podobny cios – umrzesz. I to był koniec Bentta zawodowego boksera, który nie umiał sam dobrowolnie odpuścić.

Hide wygrał, pozostał mistrzem jeszcze przez 4 lata, po czym przegrał wyraźnie z rozpoczynającym drogę na szczyt Vitalim Klitschką. Jego dalsza kariera nie przyniosła już istotnych sukcesów, a on sam wylądował nawet w więzieniu.

Tymczasem Bentt, który znalazł się na życiowym zakręcie i musiał odpuścić boks nie stoczył się. Uświadomił sobie, że zawsze lubił pisać i lubił popkulturę – poczuł, że to właśnie może być szansa na coś nowego. Znalazł sobie nowy cel.

Wkrótce skończył studia i zaczął współpracować ze sportowymi publicystami. Przełomem był artykuł „Anatomia nokautu” (Anatomy of a Knockout), który napisał dla gazety Fight Game. Zwrócił na siebie uwagę jako emerytowany sportowiec, który ma coś ciekawego do powiedzenia. Wkrótce przyszedł kolejny przełom – otrzymał rolę Charlesa „Sonny’ego” Listona w filmie Michaela Manna – „Ali” z 2001 roku.

Podczas kręcenia filmu trenował w boksie odtwórcę głównej roli Muhammada Ali’ego – Willa Smith’a. To miało stać się kolejnym z jego nowych powołań – miał odtąd zostać personalnym trenerem hollywoodzkich gwiazd w Los Angeles. Oraz filmowym konsultantem – wspomagającym na przykład Clinta Eastwooda przy produkcji oskarowego hitu z 2014 roku „Za wszelką cenę” (Million Dollar Baby).

Jak sam dziś twierdzi, porażka z Hide’m była najlepszym co mu się w życiu przytrafiło, pozwoliło mi bowiem zdefiniować się na nowo. Nie odpuścił przy tym boksu zupełnie, ale wykorzystał swoje umiejętności w sposób, który bardziej do niego pasował. To wydaje się doskonałą lekcją odpuszczania i jednocześnie pogodzenia się z już poniesionymi kosztami – doświadczenie, które zdobywamy dzięki dotkliwym porażkom bywa bardziej przydatne niż to, które przynosi łatwy sukces.

Pozostając w klimacie dzisiejszej historii – musimy nauczyć się wybierać, czy „rzucać rękawice” będzie w naszym przypadku oznaczało rzucanie wyzwania do dalszej walki, czy też przemyślane i strategiczne odpuszczenie i wybranie lepszej drogi alternatywnej. Czasem wybór taki może zając więcej czasu, ważne aby nie było za późno. Ale myśląc optymistycznie – rzadko kiedy jest za późno.

Bentt, ujawniając anatomię swojej porażki i późniejszego sukcesu na nowej drodze życia lubi cytować geniusza muzyki Milesa Daviesa.

„Czasem musi minąć bardzo dużo czasu, zanim zaczniesz grać w swoim własnym stylu” (Man, sometimes it takes you a long time to sound like yourself).