Kategorie
Poradniki Recenzje książek Styl życia

Jak być wolnym

Tom Hodgkinson już od ponad ćwierć wieku wydaje w Wielkiej Brytanii magazyn Idler (www.idler.co.uk). Po polsku najbliższe znaczeniowo będą tu „Leń” lub „Próżniak”, oba niestety równie pejoratywne. Choć trzeba przyznać, że akurat z tych dwóch „próżniak” brzmi dużo zabawniej i to słowo używane jest w polskim tłumaczeniu książki, którą dziś omówię.

Można przy tej okazji zastanowić się, dlaczego nie ma u nas pozytywnie nacechowanego słowa określającego kogoś, kto robi tylko to, co konieczne. A przecież każdy z nas zna wiele takich osób. A może nawet sam się do nich, oczywiście w skrytości ducha, zalicza.

Bardziej pozytywnie odbieramy wszelkie modne pojęcia, które te same w gruncie rzeczy cechy, jak na przykład oszczędność i nieśpieszność w działaniu, wynoszą do pozycji cnoty. Weźmy choćby pojęcie slow life – dosłownie: „życie w zwolnionym tempie”. Uzupełniane dodatkowo o dalsze przymiotniki charakteryzujące tę filozofię – z dala od konsumpcjonizmu, codziennej bieganiny, czy nawet z dala od niezdrowego jedzenia dostępnego w dużych sklepach. Co ciekawe, idea ta była pierwotnie odpowiedzią na rodzącą się dominację jedzenia typu fast food. W 1986 roku, włoski krytyk kulinarny Carlo Petrini zaprotestował przeciwko rosnącej dominacji sieci McDonald’s i otwarciu jednej z placówek przy samym reprezentacyjnym Placu Hiszpańskim (Piazza di Spagna) w Rzymie. Restauratorzy w odpowiedzi na kulturę fast food zaczęli odtąd w kontrze do niej mówić o slow food i takie dania proponować. Tylko świeże, naturalne składniki, żadnych półproduktów i mrożonek, czasochłonne przygotowywanie posiłku zamiast szybkiego odmrażania czy smażenia.

Wiele się od tego czasu zmieniło – niekoniecznie na lepsze i nie tylko w branży gastronomicznej. Obecnie slow life, jako odpowiedź, to już nie tylko slow food, ale i slow fashion, slow travel, slow parenting, a nawet slow cosmetics, czy slow business. Ogólnie zatem: slow movement. Dalsze odmiany tej nowoczesnej filozofii znajdziemy w takich ideach, jak simple living czy downshifting. Minimalizmie i asetyzmie. Ruchu na rzecz prostoty. Byciu zadowolonym z tego co już mamy.

Życie oczywiście nie jest idealne, a pielęgnowanie filozofii wolnego życia, gdy terminy gonią, a rachunki wołają o opłacenie może okazać się jedynie atrakcyjną teorią. Niemniej na pewno warto wiedzieć, o co tu chodzi i jak przyjąć nastawienie pozwalające choć częściowo skorzystać, a co nawet ważniejsze – uzmysłowić sobie błędne myślenie i nawyki, które wpędzają nas w zupełnie niepotrzebny pośpiech i stres.

Slow life, jako idea życia w zgodzie z naturą, to zresztą ważny element filozofii stoickiej, a ta ma już prawie 2.500 lat i ma się z wiekiem, jak obserwuję i jeszcze do tego wrócę na tych łamach, coraz lepiej.

Tom Hodgkinson, jak sam przyznaje, „od ósmego roku życia pisze artykuły i robi czasopisma”. Napisał kilka książek, ale dwie z nich oddają w sposób całościowy jego filozofię i warto obu poświęcić trochę czasu. To opisywane dziś: „Jak być wolnym” (How To Be Free) oraz równie godne polecenia i pozostające do omówienia następnym razem: „Jak być leniwym” (How To Be Idle).

Otwórz „Jak być wolnym” i od pierwszych stron zobaczysz, że to nie jest kolejny poradnik, którego treść zapomnisz po góra tygodniu od przeczytania. Autor zaczyna mocno i zaczyna dobrze. Wczujmy się przez chwilę w jego narrację.

Niepokój, który ciągle odczuwasz a który należy odrzucić to nie jest wyłącznie twoja wina – przekonuje autor. Żyjesz w epoce niepokoju, zniewolony przez karierę, upokarzany przez szefów, napastowany przez banki, kuszony przez gwiazdy, znudzony telewizją. Świat (w rozumieniu sił nim rządzących) chce, abyś się niepokoił – ludzie zżerani przez niepokój to doskonali konsumenci i pracownicy. Rządy i wielki biznes kochają więc terroryzm i wszelkie zagrożenia – przynoszą im one korzyści. Dodajmy do tego naturalny dla nas ewolucyjnie mechanizm, który każe nam szukać w pierwszej kolejności zagrożeń, jakbyśmy wciąż żyli w buszu i obrazek zaczyna być coraz bardziej spójny. Każde wydanie wiadomości radiowych i telewizyjnych, każda gazeta, a także nasze codzienne rozmowy przynoszą do nas jedno przesłanie – martw się, martw się, martw. Nie wychodź z domu. Oglądaj telewizję. Kupuj przez Internet.

Od czasu pierwszego wydania książki w 2006 roku, diagnoza pozostaje aktualna. Również w swej trzeźwej, przekornej i będącej źródłem niewyczerpanego humoru antysystemowości.

Książka jest pełna doskonałych cytatów i dosadnych, a przy tym zabawnych i plastycznych obserwacji. Zacytujmy przykładową (cytaty z książki oznaczam dalej italikiem). „Skomercjalizowany świat traktuje nas jak gwiazdy. Bo jesteś tego warta – mówi. Płaszczy się przed nami i przychlebia dopóty, dopóki nie podamy danych swojej karty kredytowej. Wówczas pozbywa się nas z raju i odsyła na całą wieczność do czyśćca, jakim jest gigantyczna kolejka do punktu obsługi klienta„.

Wiele z komentarzy rzuca przy okazji ciekawe światło na system, który uważamy za z góry ugruntowany, a który także jest źródłem naszych niepokojów – opresyjny w imię „wyższych” celów społecznych. Znów cytat. „Warto przypomnieć, że kiedy w 1828 roku minister spraw wewnętrznych, Robert Peel, zaproponował utworzenie policji, wybuchły głośne protesty, gdyż uważano, że pomysł ten godzi w wolność obywateli. Przed utworzeniem podlegającej rządowi policji, utrzymaniem porządku publicznego zajmowali się wybierani przez lokalną ludność konstable. Obecnie rządy uwielbiają przestępczość, bo uzasadnia przyczynę ich istnienia, a pod pretekstem ochrony obywateli daje możliwość ich kontrolowania„. Hodgkinson nie byłby przy tym sobą, gdyby nie dodał: „Dlatego też prawdziwy anarchista powinien za wszelką cenę unikać popełniania czynów przestępczych„.

Nawet jeśli się nie zgadzamy, to wyczuwamy tu ironię i przewrotną inteligencję. I po takim wstępnie, odpowiednio już nastawieni do lektury, od razu zaczynamy odczuwać sympatię do autora i samej książki. To nie będzie kolejny nudny poradnik z cyklu „Jak żyć”. A teza wyjściowa, jak powiedziałem, jest trafna. „Istotą kapitalizmu jest wzbudzanie niepokoju oraz wszechobecność instytucji wywołujących niepokój. Dlatego właśnie mówię: To nie wasza wina„.

Co zatem zrobić? Rady są proste i podświadomie je znamy, ale warto je sobie przy okazji lektury przypomnieć. Po pierwsze, mówi autor: nakarm swój umysł. Dieta złożona z dobrej literatury, bez chłamu w postaci gazet i czasopism, które tylko pogłębiają niepokój, zaowocuje sensownym myśleniem i stworzy samowystarczalnego, zaradnego człowieka. Dieta umysłowa – w jej skład powinno także wchodzić inspirujące towarzystwo. Zastąp telewizję przyjaciółmi, a gazety – książkami. Unikaj metra, wsiądź na rower, albo idź piechotą. Urozmaić swój dzień, dieta złożona wyłącznie z pracy biurowej obezwładnia i dusi. Rozbij ekran i poszukaj ołówka oraz kartki papieru.

Niby oczywiste. Ale już stwierdzenie, że wysokie mniemanie o sobie oraz próby interesowania się wszystkim i wszystkimi rodzą niepokój, może być zaskakujące. Staramy się uchodzić za tych, których wszystko obchodzi. Którzy są na czasie. Wiemy przecież co to FOMO (Fear of missing out). Skutek? Zajmujemy się cudzymi problemami, bez żadnych korzyści dla nas samych.

W kolejnych rozdziałach poznajemy krok po kroku recepty na poprawę swojego stosunku do życia. Każda z nich opatrzona jest charakterystyczną ironią, obserwacjami autora – z własnego życia, jak również z rozmów i korespondencji z czytelnikami Idlera, ale i – co jest bardzo cenne – rysem historycznym. Najczęściej osadzonym w realiach anglosaskich, ale to bardzo nie przeszkadza. Przeczytamy zatem nie tylko jak być powinno, ale także jak było kiedyś. I co się stało, że przestało być.

Dowiemy się na przykład, że nudę (jako pojęcie) wynaleziono w 1760 roku, ponieważ w tym właśnie roku po raz pierwszy użyto tego słowa (boredom). A przecież czego nie ma w słowniku i czego nie umiemy nazwać, nie istnieje. Może mieć to związek z rewolucją przemysłową i automatyzacją oraz podziałem pracy, co prowadziło do zmiany przynoszącego satysfakcję, autonomicznego zajęcia (occupation) w uciążliwą, niewolniczą, powtarzalną „robotę” (labour). Jednym z głównych przyczyn nudy ma być zatem odebranie ludziom ich codziennej kreatywności i możliwości kształtowania otaczającej ich rzeczywistości.

Niektóre tezy zmuszają do myślenia. Autor zauważa przykładowo, że jeszcze do całkiem niedawna Kościół był siłą napędową ludowej rozrywki, patronem sztuki, zamawiającym u miejscowych rzemieślników ozdoby, a kazania gromadziły publiczność w głównej mierze ze względu na ich rozrywkowy i urozmaicający codzienne życie charakter. Kościół był prawdziwym teatrem dla widzów. Czy w innym razie Michał Anioł spędziłby lata leżąc pod sufitem i malując Kaplicę Sykstyńską? Dla kogo by to robił, przecież nie dla siebie. A Wit Stwosz tworzący ołtarz jak teatralna scena? Obecnie cały ten dramatyzm i teatralność zostały zlikwidowane, a praktyki dawnego kościoła uznano za zabobon i bałwochwalstwo. Cała pogańska feta, którą Kościół katolicki w swej mądrości przez wieki zachował, cała ta ściana zapełniona przez artystę diabłami walczącymi z aniołami i porywającymi ludzkie dusze, znikła.

Na tej samej zasadzie dostaje się także nudnym w swym uporządkowaniu politykom i rządom, w tym wszelkim maszerującym w równym rzędzie reżimowcom i wszelkim tego typu zaangażowanym i podnieconym swoją „misją” nudziarzom.

Czyżby nuda, którą odczuwamy, była zatem formą kontroli społecznej? Na pewno można powiedzieć jedno – system, który ją wytworzył obiecuje, że nas od niej uwolni. Nudzi cię praca? Reklama zachęca cię, że Twoja Nuda rozproszy się kiedy tylko wydasz trochę pieniędzy. To właśnie nazywa się Work-and-Spend Cycle. Czy wiesz, że słowo leisure („rozrywka w czasie wolnym”), pochodzi od łacińskiego słowa licere – „mieć na coś pozwolenie”? Wygląda na to, że scedowaliśmy na innych walkę z nudą. Tak samo, jak nasz potencjał twórczy. Płacimy innym za to, by zmniejszyli nasze znudzenie. Może czas odzyskać kontrolę nad sytuacją?

Gospodarka? Robienie pieniędzy? We wczesnym średniowieczu wojownicy, duchowieństwo i chłopi pogardzali ludźmi, którzy hołdowali burżuazyjnym wartościom robienia pieniędzy. Było przecież tyle ważniejszych spraw.

A twoje rachunki? Zapominasz czasem o nich? Płacisz z tego tytułu kary i odsetki? Dostajesz wszystkie te listy pisane, jak określa to autor, „w stylu protekcjonalnym, acz nieco autorytarnym”? Te bezosobowe ponaglenia, które mają ci za zadanie przekazać: „Weź się w garść, zawodzisz oczekiwania. Czy wiesz ile naprawdę zarabiasz, ile wydajesz i na co i gdzie trafiają wszystkie twoje składki? Czy nie masz czasem poczucia, że nie do końca wszystko co ważne dla Twoich interesów wiesz i właściwie kontrolujesz? Że interesujesz się nie tym, czym powinieneś?

Zostaliśmy wychowani, by wierzyć w ideę pracy, stanowiska i pensji. Uzależniamy się do pracodawców, specjalistów, urzędników i usługodawców, a powinniśmy być samodzielni, sami sobie narzucić dyscyplinę i lepiej się zorganizować. Również w sprawach finansowych. Księgowość powinna być częścią edukacji każdego samowystarczalnego poszukiwacza wolności. Jest też druga metoda, powiązana z pierwszą – rezygnacja ze zbędnych wydatków, generujących zbędne rachunki. Wracamy tu zatem do ruchu na rzecz prostoty (simplicity movement). Co to jest prostota? To samowystarczalność – im więcej rachunków płacisz, tym częściej prosisz innych by robili za ciebie coś, co powinieneś robić sam. Jeśli uda ci się nie konsumować produktów systemu, których tak naprawdę nie potrzebujesz, nie będziesz musiał za nie płacić. I odciążysz swój umysł. Życie stanie się i tańsze i prostsze.

Twoja kariera? Ona ma być przecież – tak Ci się wydaje i tak słyszysz – czymś więcej niż tylko pracą – ma cię określać. I ograniczać. Ma być wyznacznikiem Twojej własnej wartości. To nie tylko zarabianie na chleb, to „Twoje życie”, to „Ty”. A tak naprawdę, to nienasycony potwór ciągle domagający się więcej i więcej. Twoje zarobki rosną, kupujesz coraz większe samochody, większe mieszkania, coraz więcej rzeczy i nagle orientujesz się, że Twoje potrzeby rosną w tym samym lub nawet szybszym tempie. Twoja kariera zaczyna być niczym innym, jak elegancką formą niewolnictwa.

Musisz stać się wybitny w jednej dziedzinie – mówią Ci. Musisz być człowiekiem skupionym na swojej specjalizacji. Tak jest „profesjonalnie”. Robisz to zatem. I nagle, zanim się zorientujesz, stajesz się bezużyteczny we wszystkim innym. A jeśli nie potrafisz robić nic innego, szybko uzależniasz się od innych takich jak Ty „specjalistów”. „Niedługo nie będzie można przymocować półki bez dyplomu z półkomocowania„. Żyjemy w czasach, które można nazwać „Epoką Profesjonalizmu Odbierającego Sprawność„. Uwolnienie się od modelu pracy opartego na koncepcji kariery oznacza zatem tak naprawdę uniezależnienie się od oczekiwań innych. Prawdziwie wolni sami wydeptują swoją ścieżkę. I pamiętaj także, że warto coś robić nie tylko wtedy, kiedy daje Ci to pieniądze lub przynosi uznanie. Naucz się jakiegoś rzemiosła, zachęca autor, naucz się czegoś więcej niż tylko praca umysłowa na zlecenie.

Kolejna sprawa. Jak się miewa Twój work-life balance? Czy sama ta koncepcja nie jest dość pesymistyczna? Praca jest zła, a życie poza nią jest dobre. Ale przecież jeśli sprawimy, że praca będzie dobra, nawet ta, którą już wykonujemy, że stanie się dla nas twórczą przyjemnością, to nie będziemy musieli równoważyć złego dobrym. Bo wszystko będzie dobre. „Utopia próżniaków nie opiera się na postulacie skrócenia czasu nieprzyjemnej pracy, którą wysuwają związki zawodowe. Wiedzie ona do zharmonizowania pracy i życia w szczęśliwą całość„. Znajdź zatem swoje powołanie – zajęcie, dzięki któremu zarobisz na życie, ale też któremu będziesz lubił się oddawać. Masz zresztą obowiązek to robić – odkrywać tkwiące w Tobie talenty. A jeśli to się uda, to inne aspekty życia także w naturalny sposób się ułożą. Jeśli lubisz swoją pracę, to nie jest to już praca. I co ciekawe: „Jeśli sensem życia uczynimy powołanie, a nie zarabianie pieniędzy dla samego zarabiania, okaże się, że pieniądze też się pojawią„. Wszyscy rodzimy się z jakimś talentem i to tylko od nas zależy, czy go znajdziemy i będziemy potrafili wykorzystać. A jak go znaleźć? Nie rób przez jakiś czas nic, tak długo, jak tylko wytrzymasz. Na co dzień jesteś zbyt zajęty, aby to zauważyć. Pierwsza rzecz, którą będziesz chciał robić po takiej przerwie, będzie prawdopodobnie tą właściwą.

Nie wdrożysz oczywiście w życie wszystkich dobrych rad. Nie wszystkie nadają się też do wdrożenia przez każdego. Nie uciekniesz pewnie z dnia na dzień z dużego, drogiego i przytłaczającego swoim pośpiechem miasta. Ale przynajmniej teraz, kiedy to piszę, w czasie epidemii, możesz przynajmniej spróbować. Na wsi – jak pisał Oscar Wilde – łatwiej jest być dobrym, tutaj nie ma tylu pokus. Ale wiejskie życie można stworzyć także i w mieście, jeśli pod tym hasłem rozumie się samowystarczalność. Jest takie pojęcie jak „permakultura” – jest to ruch mający na celu wspieranie ludzi, aby byli bardziej samowystarczalni, na przykład poprzez projektowanie i rozwój płodnych i zrównoważonych ogrodów i gospodarstw. Na początek więc, wyhoduj coś sam, nawet w domu.

Czas. Zegarek. Terminy. Pada tu oskarżenie wobec Benjamina Franklina, tego „nikczemnego tytana pracy i moralisty„, który w XVIII wieku wyraził całkowicie nowy sposób myślenia o czasie. Czas przestał być darem bożym. Stał się pieniądzem. Jeśli myślisz o uciekającym czasie, to nie żyjesz chwilą obecną, stale myślisz co dalej, jaki jest kolejny ruch do wykonania. Co się stanie? Co będzie? Czy zdążę? A kiedy ostatnio po prostu straciłeś rachubę czasu na rzecz jakiegoś pasjonującego zajęcia? „Pracuję w godzinach 8:00-16:00, jestem wołem roboczym, jestem automatem. Cóż za nędzny sposób na życie!” Bądź więc realistą, nie wymagaj od siebie za dużo. Rób mniej. Rób tyle, ile zdołasz. Ale rób to dobrze. To przecież w przerwach od zajęć i planowania przydarza Ci się przecież życie. A z pracy dobrze i uważnie wykonanej czerpiemy przyjemność. A kiedy mówisz, że nie masz na coś czasu, mówisz tak naprawdę tylko to, że masz inne priorytety. Jakie?

Rywalizacja? Konkurencja? Tak wiemy, skutkuje dobrą jakością towarów i rozsądnymi cenami. Ale czy na pewno? Gdzie są wszystkie małe sklepy, które wcześniej były w Twojej okolicy i dawały zatrudnienie osobom, które znałeś z imienia? A one znały Ciebie. Jest takie pojęcie jak „starbuckizacja”, określająca przejmowanie wszystkiego, nawet zwykłej codziennej czynności picia kawy, przez handlowe monopole, które zamiast różnorodności serwują ci po prostu anonimowe klony tej samej usługi, gdziekolwiek się udasz. Masz oczywiście wolność wyboru – ale tylko tego, co Ci zaproponują w menu.

Kiedy konkurencja ogranicza się do rywalizacji w grze, jest fajną zabawą. Człowiek, ten odwieczny fan sportowego współzawodnictwa, ma to głęboko w genach. Ale kiedy to umiłowanie gry zaczyna być przenoszone na obszar pracy, robi się nieprzyjemnie. Tragedią XIX wieku było to, że człowiek Zachodu zaczął postrzegać samego siebie przede wszystkim jako pracownika. Życie stało się nagle poważną sprawą. Powstające od XII wieku cechy i gildie wyrastały natomiast z koncepcji uczciwej i ustalonej ceny oraz wspólnego dobra, a przy tym takiej, która nie byłaby niemiła Bogu. „Podstawowe zasady takiej pracy to założenie, że musi być twórcza i wysokiej jakości, że nie wolno wykonywać jej zbyt wiele, należy ustalać ceny, trzeba troszczyć się o innych rzemieślników z tej samej branży i nie powinno być między nimi konkurencji. Innymi słowy, praca bez wyzysku„. Trzeba było dopiero nudnych purytanów, aby obalić ten raj. To, co możesz zrobić w pierwszej kolejności, to dbać o swoją najbliższą wspólnotę. Stworzyć ją i pielęgnować. Im bardziej pomagasz innym, tym bardziej prawdopodobne, że oni też pomogą Tobie. Nie zginiesz we wszechobecnej rywalizacji. Ale, czy znasz nawet swoich sąsiadów?

Przytłacza Cię kredyt? Spłacanie go sprawia, że odkładasz na później życie i to co chciałbyś z nim robić? Bankowość i odsetki nie są wynalazkiem nowym, wymyślili je już 700 lat temu Medyceusze z Florencji i byli w tym na tyle sprawni, że przekonali samego papieża, że lichwa nie jest grzechem. Przy dzisiejszych bankach, kryzysie z 2008 roku, mogliby oni oczywiście uchodzić za co najwyżej drobnych sklepikarzy i amatorów. Zadłużenie jest potrzebne bo umacnia system. Masz kredyt, to łatwiej Cię kontrolować. Jak zatem wymknąć się więzom zadłużenia? Po pierwsze – przestań się przejmować. „Pozornie zniewalająca natura zadłużenia to mit. Bardzo mało prawdopodobne, byś kiedykolwiek znalazł się na bruku„. Nie mówimy tu o działaniach nierozsądnych, ale świadomości, że jeśli wpadniesz w prawdziwe kłopoty, to będą to także kłopoty pożyczkodawcy, które będzie musiał wspólnie z Tobą je rozwiązać. A potem redukuj wydatki, zmniejszaj potrzeby. I zastanów się, czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co zgromadziłeś. Na pewno poradzisz sobie bez tego, jeśli będzie trzeba.

Lubisz kupować? To na pewno zauważyłeś, że w każdą z rzeczy wbudowany jest czynnik rozczarowania. A mimo, że rzeczy które kupiłeś nie spełniły Twoich oczekiwań, szukasz następnych. W nadziei, że ich nowe i ulepszone wersje nie rozczarują Cię tak, jak poprzednie. „Tak właśnie działa kapitalizm: poprzez nieprzerwany strumień rozczarowań, który zachęca do wydawania coraz większych pieniędzy„. Nie możesz zrezygnować, z rzeczy, które zaspokajają Twoje naprawdę podstawowe potrzeby. Ale ze wszystkich innych – już tak. „Jeżeli masz gdzie mieszkać, dość pieniędzy, żeby sobie kupić albo wyhodować dobre jedzenie, jeżeli masz przyjaciół, książki i wystarczająco dużo procentów do wypicia, to jak życie może być złe?

Konsumpcjonizm. Być może widzieliście film grozy „Świt żywych trupów” (Dawn of the Dead) Georga Romero z 1978 roku. Bohaterowie zostają osaczeni przez hordy zombie w centrum handlowym. Zastanawiając się, dlaczego nieumarli wciąż szturmują właśnie tę świątynię handlu, jeżdżą schodami ruchowymi w górę i w dół i wchodzą do opuszczonych sklepów, dochodzą do wniosku, że to miejsce było po prostu ważną częścią ich życia. I dlatego wracają tu nawet po śmierci. Nie bądź jak zombie.

Z książki zaczerpniesz jeszcze wiele innych życiowych rad i wskazówek. Nie wszystkie rozdziały są równie interesujące. Są też momenty słabsze. Ale jeśli już zacząłeś i zdecydujesz się przeczytać całość, to dowiesz się kolejnych rzeczy i cześć na pewno Ci się przyda.

Dowiesz się, dlaczego warto być anarchistą. Dlaczego warto odrzucić poczucie winy i nie cierpieć za grzechy, które sam sobie wmawiasz. Że nie trzeba być perfekcyjnym i warto pogodzić się z otaczającymi nas niedoskonałością i bałaganem i podchodzić do nich ze spokojem i życzliwością.

Dlaczego nie warto być samotnym, a zostawiać zawsze drzwi otwarte i po prostu otaczać się ludźmi. Jesteśmy przecież z natury istotami towarzyskimi, prawda?

Dowiesz się, jak ograniczyć uzależnianie się we wszystkim od maszyn i automatów zamiast tego używać łopaty, scyzoryka i kosy. Jak zaakceptować czasem chwile melancholii i smutku (które często mylimy z wymagającą leczenia depresją), jako naturalnych towarzyszy życia, od których od czasu do czasu nie ma ucieczki.

Że nie warto tracić czasu na narzekanie. I że trzeba po prostu wziąć odpowiedzialność za swój los. Bo nikt inny tego nie zrobi i robić za nas nie powinien.

A wśród wymogów rodzicielstwa warto także dać wolność swoim dzieciom. Nie martw się, poradzą sobie.

Jeśli książkę przeczytasz i nie potraktujesz jej jako dzieła rozrywkowego, ale motywację do zmiany (wewnętrznej lub zewnętrznej) to pozostanie Ci do wykonania ostatni, najważniejszy krok. Zacząć działać.

I z książki dowiesz się także, że tak jak się spodziewałeś i jak chyba podskórnie czujesz, największą przeszkodą na drodze do wolności jest nasz własny lęk przed nią. Cały czas marzymy o podjęciu wyzwania, o wprowadzeniu do naszego życia zmian, do porzucenia nadmiaru i pośpiechu. Ale przecież wciąż się boimy. Nasze ego mówi nam, że nie warto zaczynać, bo może nam się nie udać, bo może to ryzykowne, bo może nie jesteśmy wystarczająco przygotowani, bo wcześniej muszę jeszcze…bo nie mogę…, bo w końcu co pomyślą i jak ocenią nas inni. W rezultacie często nie robimy nic.

W przywoływanej przez Hodgkinsona książce „Lot nad kukułczym gniazdem” (One Flew Over the Cuckoo’s Nest) Kena Kesey’a, przeniesionej z sukcesem na ekran w 1975 roku przez Miloša Formana, jest znana scena, w której rewolucjonista Randle McMurphy nagle zdaje sobie sprawę, że połowa pacjentów szpitala psychiatrycznego jest na oddziale nie z wyraźnego przymusu, czy w wyniku trwającej choroby, ale z własnej woli. Nie może tego pojąć, ale jednak to prawda.

Nigdy po prostu nie starczyło im odwagi, aby go opuścić.

Ocena książki: 7/10.

Tom Hodgkinson – „Jak być wolnym” (How To Be Free)